Maria Kownacka

Plastusiowy Pamiętnik



O tem, jak to z porządkiem było — ale dobrze się skończyło.

Oj! co to było! co to było!

Pani pod koniec lekcji sprawdzała porządek w klasie. Otworzyła pani nasz piórnik i zawołała:

— Tosiu! ja myślałam, że ty jesteś porządna dziewczynka, a tu: scyzoryk wyszczerbiony, stalówka złamana, ołówek pogryziony, a guma-myszka i cały piórnik powalany atramentem!…

To dopiero ładny porządek!

Tosia stała ze spuszczoną głową i ani słówka nie powiedziała.

Ja zerwałem się, zacząłem machać rękami i chciałem krzyczeć, że Tosia nic nie winna, że to Zosia tak nas poniszczyła, że Tosia o nas dba, że dawniej u nas w piórniku było czyściutko jak w szklance.

Chciałem to wszystko powiedzieć, ale nic nie powedziałem, bo nie mogę być skarżypytą i zresztą mam taki cichy, plastelinkowy głosik, że pani nicby z pewnością nie usłyszała. Ale wyjrzałem z piórnika na Zosię i krzyknąłem, jak tylko mogłem najgłośniej i najgrubiej:

— Zosiu, czy ci nie wstyd?!

A Zosia siedziała czerwona jak burak i patrzyła na ławkę. Zdaje się, że było jej wstyd.

Dalej nie wiem, co się stało, bo Tosia zamknęła piórnik, ale scyzoryk podważył troszeczkę wieczko i znowu zacząłem wyglądać…

Patrzę, a tu pani znowu stoi przy nas i głaszcze Tosię po głowie i mówi:

— Ja wiedziałam, Tosiu, że z ciebie porządna i dzielna dziewczynka.

A potem pani odeszła, a Zosia z Tosią jak się ściskać, a całować, a beczeć… tylko im się głowy trzęsły.

Te dziewczyny to są beksy. Wolałbym, żeby Tosia była chłopcem. Ale możeby nie była taka dobra? Sam nie wiem, muszę się zapytać pióra.

Po tem wszystkiem domyśliliśmy się w piórniku, że Zosia musiała się sama przyznać do winy. Może i ta Zosia będzie jeszcze niezgorsza.

Ano zobaczymy.