Dzisiaj rano, ledwo Tosia otworzyła piórnik, zaraz Zosia woła:
— Tosiu, dajno mi scyzoryk, odkręcę tę śrubkę w ławce!
Scyzoryk nie zdążył się nasrożyć, jak: zgrzyt… zgrzyt… już miał ostrze wyszczerbione o żelazną śrubkę.
Ale Zosia nie zważała na to, kręci dalej. Wtem ostrze ześlizguje się ze śrubki prosto w palec Zosi.
— A to wstrętny scyzoryk!
Zosia rzuciła go i owinęła krwawiący palec chusteczką.
Zaczęło się ćwiczenie.
— Oj, nie mam stalówki! Tosiu, pożycz mi stalówkę!
Tosia zaraz pożyczyła stalówkę.
Zosia gryzmoli, nie widzi, że atrament pryska ze stalówki, że całe palce atramentem powalane.
W końcu przycisnęła tak mocno, że strach! Stalówka pękła.
A na stronicę skoczyło dziesięć kleksów.
— Oj! co to będzie?
Przyjdzie, pani będzie się gniewała.
Ale Zosia znowu:
— Tosiu! pożycz mi gumę!
Chwyciła Zosia biedną gumę-myszkę: trze… trze… zamazała całą stronnicę.
— To jest guma do ołówka, atramentu nią nie zetrzesz!
Więc Zosia w płacz, a Tosia pociesza:
— Nie płacz, Zosiu, powoli nauczysz się wszystkiego… nie będziesz kaleczyła się scyzorykiem, nie będziesz robiła kleksów w kajecie, nie będziesz łamała stalówek.
Wszyscyśmy w piórniku powiedzieli, że ta nasza Tosia, to jest za dobra…