Tosia płacze i płacze…
Co tu robić?…
Nikt się nie odważa iść do kałamarza — ja się odważyłem.
Myślę sobie — raz kozie śmierć!…
Stanąłem przed kałamarzem, ukłoniłem się pięknie: szastnąłem lewą nogą w prawą stronę, szastnąłem prawą nogą w lewa stronę — nachyliłem się nad nim i powiadam grzeczniutko:
— Mości kałamarzu, pilnuj atramentu, żeby nam w zeszytach nie robił zamętu!…
A tu atrament: bulgu… bulgu… bulgu… aż zakipiało w kałamarzu.
Więc się okropnie zląkłem i już chciałem uciekać, ale nic, powtarzam jeszcze raz, jeszcze grzeczniej:
— Panie kałamarzu, pilnuj twych kleksików, żeby nie niszczyły Tosi zeszycików…
A kałamarz: huru… buru! nasrożył się okrutnie i wrzasnął:
— Mości Plastusiu! Pilnuj swojego wielkiego nosa! Nie wsadzaj go w kałamarze, bo ci się zaraz umaże!
A ja nic, tylko mówię jeszcze raz, jeszcze grzeczniej, że Tosia płacze i płacze o te kleksiki i żeby co poradził.
A kałamarz na to:
— Że Tosia jest beksa, to nie pomoże na kleksa. Niech się uczy pisać ładnie, to kleksik z pióra nie spadnie!
Więc mu podziękowałem za radę, ukłoniłem się grzecznie: szastnąłem lewą nogą w prawą stronę, szastnąłem prawą nogą w lewą stronę i wróciłem do piórnika.
A tu wszyscy w śmiech: Ha… ha… ha i ha… ha… ha!…
— Patrzcie, patrzcie, co się święci, Plastuś ma nos w atramencie!
Ja się przeglądam w nowej stalówce, a mój piękny nos, co go tak ładnie wycieram, calutki umazany na czarno…
Prawdę powiedział ten kałamarz…