Ten Witek przeczytał ogłoszenie, przyjrzał mi się chytrze i mówi:
— Ejże, czy to nie ty, fajtusiu? Zaczekaj, wycyganimy od tej sroki, co się da, kiedy cię tak poszukuje… Niech da chociaż scyzoryk i ze cztery stalówki. Za żadne malowanki cię nie oddam, niema głupich!
Chciał mnie schować pod kurtkę prawą ręką, ale syknął z bólu, schował lewą i wszedł do klasy. Nic nie widziałem z pod tego wstrętnego kubraka, ale słyszę głos Witka:
— Czy to ty pisałaś ogłoszenie?
— I nagle usłyszałem słodki głosik Tosi:
— Tak, to ja pisałam.
Jak to usłyszałem, zacząłem się gramolić, ile sił starczyło, do góry, ale nie dałem rady. Jedną nogę mi odgryzł ten chłopak, a ręce mi się rozpłaszczyły o grubą kurtkę Witka.
Więc dałem spokój i słucham, co z tego będzie. Tosia mówi:
— Okropnie mi żal mojego Plastusia.
— To czemu tak mało za niego dajesz?
— A co ja więcej mogę dać? Wszystko mi potrzebne…
— A no, pokaż, co tam masz w piórniku? Zobaczymy.
Tosia mu widać podała piórnik, a on go schwycił bolącą ręką, bo aż krzyknął z bólu.
— Co ci jest? — zapytała Tosia.
— Nic, sparzyłem się…
— Pokaż! ojej! jaka czerwona ręka! i bąble się robią! Taką brudną chustką owinięte! To nie można, zrobi ci się zakażenie i rękę ci odejmą… Zaczekaj, ja przyniosę od pani oleju lnianego i bandaż i rękę ci opatrzymy.
Potem coś robili, chodzili. Usłyszałem głos pani, która powiedziała:
— Trzeba teraz koniecznie rękę zawiesić na temblaku. Czy masz, Witku, szalik?
— Nie, nie mam szalika.
I znowu usłyszałem głos Tosi:
— Ja mam szalik, ja mu pożyczę…
Słyszę, jak Tosia gdzieś pobiegła i nagle czuję, że mnie Witek chwyta, wyciąga z pod kurtki i sadza na naszym pulpicie, między moim najmilszym piórnikiem a kałamarzem.
Patrzę, a tu biegnie Tosia ze swoim ślicznym, nowym szalikiem. Zawiesiła na nim Witkowi rękę, a Witek popokazał na mnie i mówi:
— Masz, weź sobie swojego Plastusia, już ja ci go tak oddam.