Maria Kownacka

Plastusiowy Pamiętnik



O mojej smutnej doli u Witka w niewoli.

Przez całą lekcję ten wstrętny chłopak mi dokuczał, zamiast uważać, i nos mi rozwałkował jak trąbę u słonia.

Przypomniałem sobie, jak u Tosi zawsze spokojnie, ładnie siedziałem koło kałamarza i płakać mi się chciało. Wreszcie lekcje się skończyły. Myślałem, że mnie ten chłopak zabierze do piórnika, ale on wcale piórnika nie miał. Pióro uwalane atramentem i złamany ołówek wrzucił do teczki, a mnie cisnął na ławkę i poszedł.

Kto nigdy nie siedział przez calutką noc na twardym, wstrętnym pulpicie, zachlapanym atramentem i porzniętym scyzorykiem — ten nie wie, jak to smutno… Wtedy dopiero zrozumiałem, jaka to ważna rzecz ten piórnik i miękka wycieraczka.

Na drugi dzień ten chłopak (wołali na niego Witek) przyszedł i znowu zawiesił mnie na guziku.

Podczas przerwy wypadł z klasy i zaczął biegać po korytarzu. Tego popchnął, temu nogę podstawił, tamtemu język pokazał. A mnie się aż w głowie mąci od tego podrygiwania na nitce…

Nagle, patrzę, a tu drzwi do naszej klasy!… Poznałem doskonale, a na tych drzwiach ogłoszenie wypisane czerwonemi literami. Chciałem przeczytać, ale nie zdążyłem, bo ten Witek rzucił się i popchnął trzy dziewczynki, co szły przed nami.

Dziewczynki rozbiegły się przestraszone, ja patrzę, a to Tosia, Zosia i Joasia… Chciałem krzyknąć, dać znać o sobie, ale nie zdążyłem, bo ten wstrętny Witek pognał jak szalony.