Przez parę dni wisiałem na choince. Z początku było bardzo wesoło ale potem mi się to znudziło.
Zatęskniłem do mojego piórnikowego domku i do Tosi, i do gumy-myszki, a najbardziej do mojego pamiętnika. Bo jak tu pisać pamiętnik, kiedy się dynda na drzewku?
Na choince coraz mniej miałem sąsiadów, bo dzieci pozjadały piernikowe lalki i koniki.
I mnie jakiś łakomczuch chciał zjeść, myślał, że jestem z piernika. Odłamał mi lewą nogę, spróbował, ale na szczęście plastelina mu nie smakowała, więc dał mi tylko prztyczka w nos i zostawił mnie w spokoju.
Aż wreszcie jednego dnia przyszła pani i kilkoro dzieci i zaczęli wszystko zdejmować z choinki. Myślałem, że przyjdzie Tosia i zabierze mnie zaraz do piórnika… ale Tosi nie było!…
Rozglądam się, chcę wołać Tosi, a tu mnie łapie jakiś chłopak i krzyczy:
— A tego fajtusia to ja sobie wezmę!…
Łaps mnie z choinki i przywiązuje sobie do guzika przy kurtce.
Ten chłopak to był okropny łobuz ciągle tylko skakał, podrygiwał i fika koziołki. A co on podskoczy, to ja biedny dyndu… dyndu na nitce, że o mało mnie ta nitka na połowę nie przecięła.
Potem poleciał ze mną na lekcję do klasy. Ale ta klasa była wcale niepodobna do naszej i dzieci były tam większe i nieznośne.