Co się u nas działo na stole w dziecinnym pokoju, to trudno opowiedzieć!
Leżały tam gwiazdki złote, ładniejsze niż na niebie, papier i bibułka we wszystkich kolorach i całe arkusiki aniołków pozrastanych skrzydełkami. I leżały wydmuchane jajka, i pocięte słomki, i szyszki z parku, i sreberko, i złotko, i nie wiem już, co więcej. Co z tego będzie?!
Panny z włóczki plondrowały w tem wszystkiem i wszędzie się pakowały, gdzie nie trzeba. Smarowały się klajstrem i złociły złotkiem…
Tosia, Lodzia, Joasia i Jacek lepili łańcuchy i dzbanuszki, pajączki i różne inne rzeczy, a myśmy byli w pogotowiu. Nasz piórnik stał zamknięty,a zaraz koło nas stało otwarte to kwiatkowate pudełko, w którem mieszkają igły, nici i naparstek, i nożyczki.
Ja stałem sobie na straży na piórniku i dawałem sygnały:
— Uwagaaa!! Joasia potrzebuje nożyczek!
— Hallo!! Jacek potrzebuje scyzoryka!
— Baczność!! Lodzia potrzebuje ołówka!
I wszystko zaraz leciało pomagać komu trzeba, jak pogotowie ratunkowe.
Nożyczki ciachały, scyzoryk krajał, a ołówek rysował, aż trzeszczało… Wszystko się pchało do pomocy, a jakże, ledwo to to utrzymałem w piórniku: gumę-myszkę i stalówki, i pióro. Musiałem tłumaczyć, że poginą, albo kleksów narobią.
Tylko z pannami z włóczki nikt sobie nie mógł dać rady. Czepiały się pajączków, huśtały się na łańcuchach, wskakiwały do dzbanuszków z jajek, fikały koziołki na szklanych kulach.
Wiercipięty nieznośne!
Ale poco myśmy tyle tych ślicznych rzeczy robili? Pewno będzie jakaś niespodzianka!