Maria Kownacka

Plastusiowy Pamiętnik



O tem, jak od Lodzi dostałem samochodzik.

Dzisiaj rano myślę sobie: jakie te siostry borówczanki i braciszkowie jagodowi szczęśliwi, że mają taki śliczny wózek i mogą nim jeździć.

A tu niespodzianka!…

Ale muszę opisać wszystko od samego początku.

My przynosimy zawsze ze sobą do klasy drugie śniadanie.

To drugie śniadanie siedzi sobie w kąciku teczki i bardzo się boi, żeby go książki nie zgniotły.

Ale nasze książki leżą zawsze w teczce równiutko i nikomu jeszcze nie zrobiły krzywdy.

Drugie śniadanie jest zawinięte w białą bibułkę i w śliczną serwetkę.

Tych serwetek jest aż cztery — na zmianę.

Na jednej wyszyte są dwa kogutki, co mają żółte butki.

Na drugiej zające, co skaczą po łące.

Na trzeciej samochodzik czerwony, co jedzie w dalekie strony.

A na czwartej ja — Plastuś.

To jest mój portret. Mam na tym portrecie śliczne odstające uszy i piękny czerwony nos.

Koleżanki Tosi nie mogą się napatrzeć na te nasze serwetki.

Lodzi to najbardziej ze wszystkiego podobał się ten czerwony samochodzik.

Więc myśmy jej zrobili niespodziankę…

Wzięła Tosia płótna, kolorowych nitek z kwiatkowatego pudełka. Szyła, szyła, uwijała się.

Wyszyła na serwetce czerwony samochodzik i dała Lodzi w prezencie.

My dzisiaj przychodzimy do klasy, a tu na naszej ławce koło kałamarza stoi takie malusieńkie czerwone auto.

To auto dla mnie Lodzia zrobiła.

Ono było podobno z pudełka od zapałek, ale było oklejone czerwonym papierem i miało kółka ze szpulek.

Tak się ucieszyłem, że sam nie wiedziałem, co robić z radości.

Zaraz wsiadłem do tego auta i zacząłem jeździć po całej ławce.

Jak ci z piórnika zobaczyli, to podnieśli ogromny krzyk, że i oni chcą jeździć autem.

Guma-myszka dalej się pchać, ale jej nie wziąłem, bo zagruba, rozsadziłaby mi auto.

Ołówek chciał się przejechać, ale go nie mogłem zabrać, bo zadługi — fiknąłby zaraz z auta.

A tutaj zwiedziały się o mojem aucie panny z włóczki, więc pisku narobiły i dalej się tłoczyć po swojemu do samochodu.

Ale ich nie zabrałem, bo zaraz powylatywałyby z auta i byłoby nieszczęście.

Wziąłem tylko jedną stalówkę, co bardzo porządnie umie pisać i nigdy kleksa nie zrobiła w zeszycie, niech się przejedzie.

Zresztą jak guma-myszka trochę schudnie i ołówek zmaleje, a panny z włóczki zmądrzeją, to może ich kiedy przewiozę.

To moje auto jest jeszcze ładniejsze od tego wózka, co nim jeździły siostry borówczanki i braciszkowie jagodowi w tej książce.