Maria Kownacka

Plastusiowy Pamiętnik



O kwiatach w szkole i o kaktusie, co kole.

Wczoraj pani mówiła pogadankę o tem, że śniegu jest mało, że w ogrodzie smutno, na podwórku smutno, na skwerku smutno, bo szaro, nie zielono…

Potem pani powiedziała tak:

— Jakby to dobrze było mieć w klasie trochę kwiatów w doniczkach.

A na to dziewczynki zaraz się wyrywają :

— Proszę pani, to ja przyniosę mirt!

— A ja przyniosę primulkę!

A Bronek zaraz się przedrzeźnia:

— A jakże firt… firt… przyniosą primulkę i mirt!

— Właśnie, że przyniesiemy!

I dzisiaj rano wpadają dziewczynki do klasy, a prawie każda dźwiga w gazecie doniczkę.

Joasia przyniosła kwitnącą primulkę. Lodzia przyniosła mirt, każda, co tam mogła. Nawet ten „nowy” chłopiec Adrjan, co siedzi pod oknem, przyniósł kaktusik. I myśmy też przynieśli kaktusik. Taki śmieszulek pękaty jak beczułka. Wyjęła go Tosia z teczki, postawiła na ławce i poszła pomagać Joasi odwijać z papieru primulkę, żeby się kwiaty nie połamały.

A tu tymczasem panny z włóczki zaczęły wyłazić z teczki. Tych panien z włóczki to wszędzie pełno. Ciągle im nowe figle w głowie. Jedna wpadła dziś do kałamarza i zamieniła się na murzynkę. Jedna zrobiła sobie huśtawkę na Tosi guziku. Jedna się przykleiła do gumy arabskiej. Aż głowa puchnie od tego wszystkiego! (Nie wiem, poco Tosia nosi te wiercipięty.) Zobaczyły kaktusik, krzyku narobiły:

— Co to? Czyj to domek? Akurat jak dla nas!

I dalejże się gramolić na doniczkę. Ja też słyszałem, że czasami w kaktusach mają mieszkanka takie malutkie ludziki, jak ja, ale nie będę wszędzie pakował swojego nosa.

A one wgramoliły się na doniczkę i — stuk… puk… w kaktusik.

— Kto tam mieszka?

Oj! pokłuły się, krzyku, pisku narobiły i pospadały na ławkę. Tylko jedna zaczepiła się o kolec i została na kaktusiku.

Tosia prędko kaktusik zaniosła na okno.

Wchodzi pani… a tu na oknie zielono, a tu na oknie wesoło… a tu na oknie jak w maju!

Pani aż się za głowę złapała, jak zobaczyła tyle kwiatów…

— Oj! ile kwiatów! Jakie ładne! Primulka kwitnie… Co to? I kaktusik kwitnie?

Podchodzi pani bliżej, a to na kaktusiku nie kwiatek — tylko panna z włóczki!

Cała klasa aż się trzęsła ze śmiechu!

Panna z włóczki wstydu się najadła i wróciła do nas jak niepyszna. Ja jej też na nosie zagrałem, bo poco się wszędzie wpycha, gdzie jej nie proszą…

A potem pani powiedziała, że przynieść kwiatki, to jeszcze za mało — teraz trzeba się niemi opiekować jak dziećmi. Trzeba kurz ścierać z listków i spryskiwać kwiaty wodą. I trzeba wystrugać drabinki, żeby się miały na czem oprzeć, i łopatką do przekopywania ziemi, żeby była zawsze pulchna.

Ale opiekować się kwiatami nie mogą wszyscy razem, trzeba wyznaczyć dyżury. Porządkowe i tak mają dużo roboty.

Więc rada w radę, uradziliśmy, że będzie dyżurna kwiaciarka, tylko trzeba jej dać jakąś odznakę. Ale jaką? Jedni wołali, że czerwone kwiatki, inni, że kokardki, a Walerka zawołała:

— Dać pannę z włóczki, kiedy taka do kwiatka ciekawa!

Wszystkim się to najlepiej podobało, nawet chłopcy zaczęli wołać, że i oni też chcą być kwiaciarzami i mieć pannę z włóczki jako odznakę.

Więc pani się ucieszyła i zaraz wybrała na dyżurnego tego Adrjana, co przyniósł kaktus i przypięła mu do boku najmniejszą pannę z włóczki.

A te inne o mało nie popękały z zazdrości.