Maria Kownacka

Plastusiowy Pamiętnik



O wyprawie cudnej na wyspy bezludne.

Tosia na szczęście usłyszała, że Jacuś upuścił piórnik na podłogę i zaraz kazała nas pozbierać i przynieść sobie do łóżka.

Więc Jacek krzywił się, ale zbierał wszystkich pokolei.

Jak mnie zobaczył za nogą krzesła, to złapał mnie za nos i zaniósł do Tosi.

Ten Jacek to żadnego szacunku dla mnie nie ma.

Tosia ucieszyła się, jak mnie zobaczyła i zaraz zaczęła się zabawa.

Przy Tosi łóżeczku siedziała Lodzia i jedna taka ciocia, co ma czerwony beret. Ta ciocia przyniosła Tosi dwie pomarańcze.

Pomarańcze zaraz się zjadło, a ze skórek pomarańczowych Lodzia zrobiła śliczne łódeczki z żagielkami. Tosi kołderka to było morze, które czasami bardzo mocno falowało. Ja byłem kapitanem, a guma-myszka majtkiem i Jacek nas woził w dalekie ciepłe kraje, na bezludną wyspę z Tosinego jaśka.

A na tej wyspie mieszkała żyrafa i dwa murzynki z celuloidu.

Ale guma-myszka była nic nie warta na majtka, bo za gruba i nie umiała wspinać się na maszty, i jak tylko morze trochę się zakołysało, to zaraz chlup! do wody. Więc Lodzia wzięła włóczkę i porobiła strasznie śmieszne panny z włóczki, co miały powiązane rączki i nóżki i nastroszone spódniczki.

I zaraz zaczęło ich być wszędzie pełno.

Pchały się do łódeczek, przechylały je, wdrapywały się na maszty, piszczały, spadały do wody, topiły się i Jacek musiał je ratować. Wreszcie dojechały do bezludnej wyspy i tam z murzynkami urządziły bal.

A potem była burza morska, podniosła się taka wichura i bałwany, że aż mamusia Tosi przyleciała i powiedziała, że jak kogoś gardło boli, to nie może być burzy morskiej, tylko płukanie gardła i spokojne leżenie w łóżku.

Więc burza zaraz ucichła i panny z włóczki musiały iść spać do pudełeczka po czekoladkach — dobrze, że nie do piórnika…