Dzisiaj rano czekamy, kiedy Tosia nasz piórnik włoży do teczki, a tu nic… Stoimy i stoimy na stole.
Wszyscy są tem rozdrażnieni.
Guma-myszka piszczy mi nad uchem:
— Oj! oj! oj! co to się stało? Już dawno zegar wybił ósmą! Słyszę, że scyzoryk i stalówki aż zgrzytają z niecierpliwości.
Tylko ja sobie z tego nic nie robię. Myślę sobie: nie pójdziemy do szkoły, to nie. Przynajmiej się porządnie wyśpię… i przewracam się na drugi bok.
Aż tu nagle coś koło stołu: tup… tup… tup… Ktoś nagle szarpnął piórnikiem i trrrach — tararach! leżymy wszyscy na podłodze.
Ja klapnąłem tak, że z pewnością mam nos spłaszczony jak placek (trzeba się będzie w stalówce przejrzeć), guma-myszka zaskakała aż w najdalszy kąt pokoju, a stalówki, pióro, ołówek, scyzoryk — wszystko to się rozsypało po podłodze. Awantura!
Strach nas obleciał na dobre.
To Jacuś, brat Tosi, do nas się dobrał.
Oj, źle z nami, źle!
Ten Jacuś jest malutki, ale my się go okropnie boimy, bo każdemu dokuczy. Jak nas gdzie dopadnie, to zaraz się do nas zabiera.
Raz mnie rozwałkował na placuszek swoim klockiem — ledwo mnie Tosia odratowała. (Żeby tak jego kto rozwałkował, toby dopiero wrzeszczał!) Raz mnie wrzucił do miednicy z wodą, żebym się napił. (Żeby tak jego kto wrzucił do miednicy z wodą, zobaczyłbym, coby mówił…) A raz mnie wysmarował czekoladą, żebym był murzynkiem…
Więc Tosia po tem wszystkim nigdy nie chciała przy tym Jacku otwierać piórnika.
Aż tutaj taka awantura!
Przycupnąłem za nogą od krzesła i patrzę, co się dzieje?
A tu nasza Tosia leży w łóżku z owiązanem gardłem. Więc się zaraz domyśliłem, że Tosia jest chora i dlatego nie poszła dzisiaj do szkoły.