<?xml version="1.0" encoding="iso-8859-2"?>
<!DOCTYPE poemat SYSTEM "pan-tadeusz.dtd">
<poemat>
  <info>
    <autor>Adam Mickiewicz</autor>
    <tytul>Pan Tadeusz</tytul>
    <podtytul>czyli ostatni zajazd na Litwie</podtytul>
    <podpodtytul>Historia szlachecka z r. 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem</podpodtytul>
  </info>
  <ksiega>
  <numer>Księga pierwsza</numer>
  <tytul>Gospodarstwo</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Powrót panicza.</rzecz>
    <rzecz>Spotkanie się najpierwsze w pokoiku, drugie u stołu.</rzecz>
    <rzecz>Ważna Sędziego nauka o grzeczności.</rzecz>
    <rzecz>Podkomorzego uwagi polityczne nad modami.</rzecz>
    <rzecz>Początek sporu o Kusego i Sokoła.</rzecz>
    <rzecz>Żale Wojskiego.</rzecz>
    <rzecz>Ostatni Woźny Trybunału.</rzecz>
    <rzecz>Rzut oka na ówczesny stan polityczny Litwy i Europy.</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
    <w>Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie</w>
    <w>Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,</w>
    <w>Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie</w>
    <w>Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.</w>
  <str/>  
    <w>Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy</w>
    <w>I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy</w>
    <w>Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!</w>
    <w>Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,</w>
    <w>(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę</w>
    <w>Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę</w>
    <w>I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu</w>
    <w>Iść za wrócone życie podziękować Bogu),</w>
    <w>Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.</w>
    <w>Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną</w>
    <w>Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,</w>
    <w>Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;</w>
    <w>Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,</w>
    <w>Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;</w>
    <w>Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,</w>
    <w>Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,</w>
    <w>A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą</w>
    <w>Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.</w>
  
  <str/>
    <w>Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,</w>
    <w>Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,</w>
    <w>Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;</w>
    <w>Świeciły się z daleka pobielane ściany,</w>
    <w>Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni</w>
    <w>Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.</w>
    <w>Dom mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,</w>
    <w>I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi</w>
    <w>Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;</w>
    <w>Widać, że okolica obfita we zboże,</w>
    <w>I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów</w>
    <w>Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów</w>
    <w>Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,</w>
    <w>Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,</w>
    <w>Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:</w>
    <w>Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.</w>
    <w>Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,</w>
    <w>Że gościnna, i wszystkich w gościnę zaprasza.</w>
  
  <str/>
    <w>Właśnie dwukonną bryką wjechał młody panek</w>
    <w>I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,</w>
    <w>Wysiadł z powozu; konie, porzucone same,</w>
    <w>Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.</w>
    <w>We dworze pusto: bo drzwi od ganku zamknięto</w>
    <w>Zaszczepkami, i kołkiem zaszczepki przetknięto.</w>
    <w>Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać,</w>
    <w>Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.</w>
    <w>Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście</w>
    <w>Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.</w>
    <w>Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne</w>
    <w>Ogląda czule, jako swe znajome dawne.</w>
    <w>Też same widzi sprzęty, też same obicia,</w>
    <w>Z którymi się zabawiać lubił od powicia;</w>
    <w>Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały</w>
    <w>I też same portrety na ścianach wisiały.</w>
    <w>Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma</w>
    <w>Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;</w>
    <w>Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,</w>
    <w>Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów,</w>
    <w>Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie</w>
    <w>Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,</w>
    <w>W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,</w>
    <w>A przed nim leży <i>Fedon</i> i <i>Żywot Katona</i>.</w>
    <w>Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,</w>
    <w>Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,</w>
    <w>Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,</w>
    <w>Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.</w>
    <w>Nawet stary stojący zegar kurantowy</w>
    <w>W drewnianej szafie poznał, u wniścia alkowy,</w>
    <w>I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,</w>
    <w>By stary Dąbrowskiego posłyszeć mazurek.</w>
  
  <str/>
    <w>Biegał po całym domu i szukał komnaty,</w>
    <w>Gdzie mieszkał dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.</w>
    <w>Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice</w>
    <w>Po ścianach; w tej komnacie mieszkanie kobiece?</w>
    <w>Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,</w>
    <w>A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.</w>
    <w>To nie był ochmistrzyni pokój? Fortepiano?</w>
    <w>Na nim nuty i książki; wszystko porzucano</w>
    <w>Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!</w>
    <w>Niestare były rączki, co je tak rzuciły.</w>
    <w>Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta</w>
    <w>Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.</w>
    <w>A na oknach donice z pachnącymi ziołki,</w>
    <w>Geranium, lewkonija, astry i fijołki.</w>
    <w>Podróżny stanął w jednym z okien &mdash; nowe dziwo:</w>
    <w>W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,</w>
    <w>Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,</w>
    <w>Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.</w>
    <w>Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek</w>
    <w>Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.</w>
    <w>Grządki, widać, że były świeżo polewane;</w>
    <w>Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,</w>
    <w>Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;</w>
    <w>Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki</w>
    <w>Świeżo trącone, blisko drzwi ślad widać nóżki</w>
    <w>Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;</w>
    <w>Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,</w>
    <w>Ślad wyraźny, lecz lekki, odgadniesz, że w biegu</w>
    <w>Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi</w>
    <w>Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.</w>
  
  <str/>
    <w>Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,</w>
    <w>Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,</w>
    <w>Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,</w>
    <w>Oczyma ciekawymi po drożynach gonił</w>
    <w>I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,</w>
    <w>Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.</w>
    <w>Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie</w>
    <w>Stała młoda dziewczyna. &mdash; Białe jej ubranie</w>
    <w>Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,</w>
    <w>Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.</w>
    <w>W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,</w>
    <w>W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana;</w>
    <w>Więc choć świadka nie miała, założyła ręce</w>
    <w>Na piersiach, przydawając zasłony sukience.</w>
    <w>Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe</w>
    <w>Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,</w>
    <w>Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku</w>
    <w>Świecił się, jak korona na świętych obrazku.</w>
    <w>Twarzy nie było widać, zwrócona na pole</w>
    <w>Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;</w>
    <w>Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,</w>
    <w>Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie</w>
    <w>I wionęła ogrodem, przez płotki, przez kwiaty,</w>
    <w>I po desce opartej o ścianę komnaty,</w>
    <w>Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,</w>
    <w>Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.</w>
    <w>Nucąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;</w>
    <w>Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła</w>
    <w>Suknia, a twarz ad strachu i dziwu pobladła.</w>
    <w>Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą,</w>
    <w>Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się raną;</w>
    <w>Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,</w>
    <w>Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił</w>
    <w>I cofnął; dziewica krzyknęła boleśnie,</w>
    <w>Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;</w>
    <w>Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było,</w>
    <w>Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło</w>
    <w>Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć</w>
    <w>To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.</w>
  
  <str/>
    <w>Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,</w>
    <w>Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.</w>
    <w>Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,</w>
    <w>Jako w porządnym domu, i obrok, i siano:</w>
    <w>Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,</w>
    <w>Odsyłać konie gości Żydom do gospody.</w>
    <w>Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,</w>
    <w>Aby w domu Sędziego służono niedbale;</w>
    <w>Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,</w>
    <w>Który teraz za domem urządzał wieczerzę.</w>
    <w>On Pana zastępuje i on, w niebytności</w>
    <w>Pana, zwykł sam przyjmować i zabawiać gości</w>
    <w>(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).</w>
    <w>Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu</w>
    <w>(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie),</w>
    <w>Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie,</w>
    <w>Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,</w>
    <w>Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.</w>
  
  <str/>
    <w>Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował</w>
    <w>I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;</w>
    <w>Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,</w>
    <w>W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa</w>
    <w>Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,</w>
    <w>Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.</w>
    <w>Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,</w>
    <w>Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.</w>
  
  <str/>
    <w>&lguillemet;Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano</w>
    <w>Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano</w>
    <w>Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),</w>
    <w>Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził</w>
    <w>Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.</w>
    <w>Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;</w>
    <w>Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne</w>
    <w>Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne,</w>
    <w>Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu,</w>
    <w>I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;</w>
    <w>Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.</w>
    <w>Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,</w>
    <w>A starzy i kobiety żniwo oglądają</w>
    <w>Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.</w>
    <w>Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy</w>
    <w>Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy&rguillemet;.</w>
  
  <str/>
    <w>Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą</w>
    <w>I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.</w>
  
  <str/>
    <w>Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,</w>
    <w>Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,</w>
    <w>Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze</w>
    <w>Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze</w>
    <w>Na spoczynek powraca; już krąg promienisty</w>
    <w>Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,</w>
    <w>Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,</w>
    <w>Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;</w>
    <w>I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,</w>
    <w>Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;</w>
    <w>Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary</w>
    <w>Błysnęło, jako świeca przez okienic szpary,</w>
    <w>I zgasło. I wnet sierpy, gromadnie dzwoniące</w>
    <w>We zbożach, i grabliska suwane po łące</w>
    <w>Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,</w>
    <w>U niego ze dniem kończą prace gospodarze.</w>
    <w>&lguillemet;Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;</w>
    <w>Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,</w>
    <w>Czas i ziemianinowi ustępować z pola&rguillemet;.</w>
    <w>Tak zwykł mawiać pan Sędzia; a Sędziego wola</w>
    <w>Była ekonomowi poczciwemu świętą,</w>
    <w>Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto</w>
    <w>Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;</w>
    <w>Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.</w>
  
  <str/>
    <w>Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,</w>
    <w>Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe</w>
    <w>Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,</w>
    <w>Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;</w>
    <w>Panny tuż za starszymi, a młodzież na boku;</w>
    <w>Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku</w>
    <w>(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał</w>
    <w>O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,</w>
    <w>A każdy mimowolnie porządku pilnował.</w>
    <w>Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował</w>
    <w>I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu</w>
    <w>Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu;</w>
    <w>&lguillemet;Tym ładem, mawiał, domy i narody słyną,</w>
    <w>Z jego upadkiem domy i narody giną&rguillemet;.</w>
    <w>Więc do porządku wykli domowi i słudzy;</w>
    <w>I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,</w>
    <w>Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,</w>
    <w>Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.</w>
  
  <str/>
    <w>Krótkie były Sędziego z synowcem witania,</w>
    <w>Dał mu poważnie rękę do pocałowania</w>
    <w>I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;</w>
    <w>A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,</w>
    <w>Widać było z łez, które wylotem kontusza</w>
    <w>Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.</w>
  
  <str/>
    <w>W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,</w>
    <w>I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.</w>
    <w>Tu owiec trzoda becząc w ulice się tłoczy</w>
    <w>I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy</w>
    <w>Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;</w>
    <w>Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;</w>
    <w>Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa</w>
    <w>Raz w raz skrzypi i napój w koryta rozlewa.</w>
  
  <str/>
    <w>Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,</w>
    <w>Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności,</w>
    <w>Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora</w>
    <w>Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;</w>
    <w>Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,</w>
    <w>Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.</w>
  
  <str/>
    <w>Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni</w>
    <w>Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,</w>
    <w>Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu</w>
    <w>Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu</w>
    <w>I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,</w>
    <w>Którego widne były pod lasem zwaliska.</w>
    <w>Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił</w>
    <w>I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,</w>
    <w>Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,</w>
    <w>Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.</w>
    <w>Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,</w>
    <w>Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:</w>
    <w>We dworze żadna izba nie ma obszerności</w>
    <w>Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości,</w>
    <w>W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,</w>
    <w>Sklepienie całe &mdash; wprawdzie pękła jedna ściana,</w>
    <w>Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;</w>
    <w>Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.</w>
    <w>Tak mówiąc na Sędziego mrugał; widać z miny,</w>
    <w>Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.</w>
  
  <str/>
    <w>O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,</w>
    <w>Okazały budową, poważny ogromem,</w>
    <w>Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;</w>
    <w>Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.</w>
    <w>Dobra całe zniszczone sekwestrami rządu,</w>
    <w>Bezładnością opieki, wyrokami sądu,</w>
    <w>W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,</w>
    <w>A resztę rozdzielono między wierzycieli.</w>
    <w>Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie</w>
    <w>Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;</w>
    <w>Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,</w>
    <w>Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,</w>
    <w>Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,</w>
    <w>Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;</w>
    <w>Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,</w>
    <w>Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.</w>
    <w>Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu</w>
    <w>Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.</w>
    <w>Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,</w>
    <w>W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;</w>
    <w>Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych</w>
    <w>Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.</w>
  
  <str/>
    <w>Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni</w>
    <w>Zmieści się i palestra, i goście proszeni.</w>
    <w>Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem</w>
    <w>Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,</w>
    <w>Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;</w>
    <w>Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi</w>
    <w>Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;</w>
    <w>Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte</w>
    <w>I stoi wypisany każdy po imieniu;</w>
    <w>Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.</w>
  
  <str/>
    <w>Goście weszli w porządku i stanęli kołem;</w>
    <w>Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;</w>
    <w>Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,</w>
    <w>Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.</w>
    <w>Przy nim stał Kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,</w>
    <w>Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie;</w>
    <w>Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli</w>
    <w>I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.</w>
  
  <str/>
    <w>Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa</w>
    <w>Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;</w>
    <w>Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało</w>
    <w>Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.</w>
    <w>Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,</w>
    <w>Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.</w>
    <w>I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,</w>
    <w>I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.</w>
    <w>Dziwna rzecz! miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,</w>
    <w>Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,</w>
    <w>Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;</w>
    <w>Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.</w>
    <w>To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;</w>
    <w>Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki</w>
    <w>Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;</w>
    <w>Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,</w>
    <w>I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,</w>
    <w>Z których by wychowanie poznano stołeczne;</w>
    <w>To jedno puste miejsce nęci go i mami,</w>
    <w>Już nie puste, bo on je napełnił myślami.</w>
    <w>Po tym miejscu biegało domysłów tysiące,</w>
    <w>Jako po deszczu żabki po samotnej łące;</w>
    <w>Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę</w>
    <w>Lilia jezior skroń białą wznosząca nad wodę.</w>
  
  <str/>
    <w>Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,</w>
    <w>Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,</w>
    <w>A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,</w>
    <w>Rzekł: &lguillemet;Muszę ja wam służyć, moje panny córki,</w>
    <w>Choć stary i niezgrabny&rguillemet;. Zatem się rzuciło</w>
    <w>Kilku młodych od stołu i pannom służyło.</w>
    <w>Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza</w>
    <w>I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,</w>
    <w>Nalał węgrzyna i rzekł: &lguillemet;Dziś, nowym zwyczajem,</w>
    <w>My na naukę młodzież do stolicy dajem,</w>
    <w>I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki</w>
    <w>Mają od starych więcej książkowej nauki;</w>
    <w>Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,</w>
    <w>Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.</w>
    <w>Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,</w>
    <w>Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,</w>
    <w>Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana</w>
    <w>(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);</w>
    <w>On mnie radą do usług publicznych sposobił,</w>
    <w>Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.</w>
    <w>W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,</w>
    <w>Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.</w>
    <w>Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze</w>
    <w>Jak drudzy, i wróciwszy w domu ziemię orzę,</w>
    <w>Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,</w>
    <w>Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,</w>
    <w>Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu</w>
    <w>Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu</w>
    <w>W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało,</w>
    <w>Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.</w>
    <w>Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą</w>
    <w>Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;</w>
    <w>Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,</w>
    <w>Ale nie staropolska ani też szlachecka.</w>
    <w>Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;</w>
    <w>Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,</w>
    <w>I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana</w>
    <w>Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.</w>
    <w>Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić</w>
    <w>I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.</w>
    <w>I starzy się uczyli; u panów rozmowa</w>
    <w>Była to historyja żyjąca krajowa,</w>
    <w>A między szlachtą dzieje domowe powiatu.</w>
    <w>Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,</w>
    <w>Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;</w>
    <w>Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.</w>
    <w>Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?</w>
    <w>Z kim on żył, co porabiał? każdy gdzie chce wchodzi,</w>
    <w>Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.</w>
    <w>Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy</w>
    <w>I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,</w>
    <w>Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!</w>
    <w>Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,</w>
    <w>Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi&rguillemet;.</w>
  
  <str/>
    <w>To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;</w>
    <w>Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,</w>
    <w>Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,</w>
    <w>Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.</w>
    <w>Ale wszyścy słuchali w milczeniu głębokiem;</w>
    <w>Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,</w>
    <w>Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,</w>
    <w>Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.</w>
    <w>Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;</w>
    <w>Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał</w>
    <w>I dalej mówił: &lguillemet;Grzeczność nie jest rzeczą małą:</w>
    <w>Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,</w>
    <w>Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,</w>
    <w>Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje:</w>
    <w>Jak na szalach, żebyśmy nasz ciężar poznali,</w>
    <w>Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.</w>
    <w>Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej</w>
    <w>Grzeczność, którą powinna młódź dla płci nadobnej ;</w>
    <w>Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty</w>
    <w>Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.</w>
    <w>Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy</w>
    <w>Wspaniały domów sojusz &mdash; tak myślili starzy.</w>
    <w>A zatem&ellipsis;&rguillemet; Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy</w>
    <w>Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,</w>
    <w>Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.</w>
  
  <str/>
    <w>Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy</w>
    <w>I rzekł: &lguillemet;Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!</w>
    <w>Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,</w>
    <w>Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.</w>
    <w>Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny</w>
    <w>Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!</w>
    <w>Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów</w>
    <w>Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów,</w>
    <w>Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,</w>
    <w>Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.</w>
    <w>Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,</w>
    <w>Gadających przez nosy, a często bez nosów,</w>
    <w>Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,</w>
    <w>Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.</w>
    <w>Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;</w>
    <w>Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,</w>
    <w>Odbiera naprzód rozum od obywateli.</w>
    <w>I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli,</w>
    <w>I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,</w>
    <w>Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród;</w>
    <w>Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory;</w>
    <w>Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.</w>
    <w>Była to maszkarada, zapustna swawola,</w>
    <w>Po której miał przyjść wkrótce wielki post &mdash; niewola!</w>
  
  <str/>
    <w>Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,</w>
    <w>Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie</w>
    <w>Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,</w>
    <w>Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.</w>
    <w>Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,</w>
    <w>Zazdroszczono domowi, przed którego progiem</w>
    <w>Stanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka,</w>
    <w>Która się po francusku zwała karyjulka.</w>
    <w>Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,</w>
    <w>A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;</w>
    <w>Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,</w>
    <w>W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,</w>
    <w>Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.</w>
    <w>Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,</w>
    <w>A chłopi żegnali się mówiąc: że po świecie</w>
    <w>Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.</w>
    <w>Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo,</w>
    <w>Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,</w>
    <w>W wielkiej peruce, którą do złotego runa</w>
    <w>On lubił porównywać, a my do kołtuna.</w>
    <w>Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie</w>
    <w>Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,</w>
    <w>Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza</w>
    <w>Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!</w>
    <w>Taka była przesądów owoczesnych władza!</w>
  
  <str/>
    <w>&lguillemet;Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,</w>
    <w>Cywilizować będzie i konstytuować;</w>
    <w>Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni</w>
    <w>Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni;</w>
    <w>Choć o tym dawno w Pańskim pisano zakonie</w>
    <w>I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.</w>
    <w>Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!</w>
    <w>Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,</w>
    <w>Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,</w>
    <w>Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.</w>
    <w>Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;</w>
    <w>Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,</w>
    <w>A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.</w>
    <w>Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,</w>
    <w>Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;</w>
    <w>Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,</w>
    <w>Demokrata przyjechał z Paryża baronem;</w>
    <w>Gdyby żył dłużej, może nową alternatą</w>
    <w>Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.</w>
    <w>Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,</w>
    <w>A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.</w>
  
  <str/>
    <w>&lguillemet;Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież</w>
    <w>Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,</w>
    <w>Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach</w>
    <w>Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.</w>
    <w>Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,</w>
    <w>Nie daje czasu szukać mody i gawędki.</w>
    <w>Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,</w>
    <w>Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;</w>
    <w>Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!</w>
    <w>Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.</w>
    <w>Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką</w>
    <w>W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!</w>
    <w>Tak długo czekać! nawet tak rzadka nowina!</w>
    <w>Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),</w>
    <w>Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;</w>
    <w>Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Nic a nic&rguillemet; odpowiedział Robak obojętnie</w>
    <w>(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie),</w>
    <w>&lguillemet;Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy</w>
    <w>Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy</w>
    <w>Bernardyńskie; cóż o tym gadać u wieczerzy?</w>
    <w>Są tu świeccy, do których nic to nie należy&rguillemet;.</w>
  
  <str/>
    <w>Tak mówiąc spójrzał zyzem, gdzie śród biesiadników</w>
    <w>Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;</w>
    <w>Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,</w>
    <w>Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.</w>
    <w>Ryków jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,</w>
    <w>Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł podniósłszy głowę</w>
    <w>&lguillemet;Pan Podkomorzy! Oj Wy! Pan zawsze ciekawy</w>
    <w>O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!</w>
    <w>He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem, &mdash;</w>
    <w>Ojczyzna! ja to czuję wszystko, ja rozumiem!</w>
    <w>Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,</w>
    <w>Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.</w>
    <w>Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,</w>
    <w>Pije wódkę; jak krzykną: ura! &mdash; kanonada.</w>
    <w>Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;</w>
    <w>Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.</w>
    <w>Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora</w>
    <w>Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:</w>
    <w>Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,</w>
    <w>Czy na Francuza. Oj, ten Bonapart figurka!</w>
    <w>Bez Suworowa to on może nas wytuza.</w>
    <w>U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,</w>
    <w>Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów</w>
    <w>Czarował; tak i były czary przeciw czarów.</w>
    <w>Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta! &mdash;</w>
    <w>A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;</w>
    <w>Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,</w>
    <w>Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.</w>
    <w>Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą&ellipsis;&rguillemet;</w>
    <w>Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą</w>
    <w>Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.</w>
  
  <str/>
    <w>Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;</w>
    <w>Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,</w>
    <w>Jej ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali,</w>
    <w>Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.</w>
    <w>Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,</w>
    <w>Suknię materyjalną, różową, jedwabną,</w>
    <w>Gors wycięty, kołnierzyk z koronek, rękawki</w>
    <w>Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki</w>
    <w>(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty</w>
    <w>Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.</w>
    <w>Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,</w>
    <w>W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,</w>
    <w>Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,</w>
    <w>Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu,</w>
    <w>Słowem, ubiór galowy; szeptali niejedni,</w>
    <w>Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.</w>
    <w>Nóżek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,</w>
    <w>Bo biegła bardzo szybko, suwała się racz&eacute;j,</w>
    <w>Jako osóbki, które na trzykrólskie święta</w>
    <w>Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.</w>
    <w>Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem</w>
    <w>Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.</w>
    <w>Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało,</w>
    <w>Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,</w>
    <w>Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;</w>
    <w>Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,</w>
    <w>A potem między rzędem siedzących i stołem,</w>
    <w>Jak bilardowa kula toczyła się kołem.</w>
    <w>W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;</w>
    <w>Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana</w>
    <w>Pośliznęła się nieco i w tym roztargnieniu</w>
    <w>Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.</w>
    <w>Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swym siadła</w>
    <w>Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła;</w>
    <w>Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek</w>
    <w>Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek</w>
    <w>Poprawiała, to lekkim dotknieniem się ręki</w>
    <w>Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.</w>
  
  <str/>
    <w>Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.</w>
    <w>Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,</w>
    <w>A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy:</w>
    <w>Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.</w>
    <w>Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,</w>
    <w>Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,</w>
    <w>Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił</w>
    <w>I utrzymywał, że on zająca pochwycił;</w>
    <w>Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,</w>
    <w>Że ta chwała należy chartu Sokołowi.</w>
    <w>Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła</w>
    <w>Brali stronę Kusego albo też Sokoła,</w>
    <w>Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.</w>
    <w>Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki</w>
    <w>Rzekł półgłosem: &lguillemet;Przepraszam, musieliśmy siadać,</w>
    <w>Niepodobna wieczerzy na później odkładać:</w>
    <w>Goście głodni, chodzili daleko na pole;</w>
    <w>Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole&rguillemet;.</w>
    <w>To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu</w>
    <w>O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.</w>
  
  <str/>
    <w>Gdy tak były zajęte stołu strony obie,</w>
    <w>Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie;</w>
    <w>Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem</w>
    <w>Odgadnął zaraz, czyim miało być siedzeniem.</w>
    <w>Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;</w>
    <w>Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!</w>
    <w>Więc było przeznaczono, by przy jego boku</w>
    <w>Usiadła owa piękność widziana w pomroku;</w>
    <w>Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,</w>
    <w>Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.</w>
    <w>I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,</w>
    <w>A u tej krucze, długie zwijały się sploty?</w>
    <w>Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,</w>
    <w>Którymi przy zachodzie wszystko się czerwieni.</w>
    <w>Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,</w>
    <w>Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;</w>
    <w>Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,</w>
    <w>Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;</w>
    <w>U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;</w>
    <w>W wieku może by była największa różnica:</w>
    <w>Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,</w>
    <w>A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;</w>
    <w>Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,</w>
    <w>Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobi&eacute;ta,</w>
    <w>Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,</w>
    <w>A niewinnemu każda kochanka dziewicą.</w>
  
  <str/>
    <w>Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście</w>
    <w>I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,</w>
    <w>Miał za dozorcę księdza, który go pilnował</w>
    <w>I w dawnej surowości prawidłach wychował.</w>
    <w>Tadeusz zatem przywiózł w strony swe rodzinne</w>
    <w>Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne;</w>
    <w>Ale razem niemałą chętkę do swywoli.</w>
    <w>Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli</w>
    <w>Używać na wsi długo wzbronionej swobody;</w>
    <w>Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,</w>
    <w>A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.</w>
    <w>Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie</w>
    <w>Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,</w>
    <w>Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.</w>
  
  <str/>
    <w>Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:</w>
    <w>Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,</w>
    <w>Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,</w>
    <w>Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.</w>
    <w>On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;</w>
    <w>Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,</w>
    <w>Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;</w>
    <w>Ustawicznie do bębna tęsknił siedząc w szkole.</w>
    <w>Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,</w>
    <w>Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,</w>
    <w>I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek</w>
    <w>Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.</w>
  
  <str/>
    <w>Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety</w>
    <w>Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety</w>
    <w>Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,</w>
    <w>Jego ramiona silne, jego pierś szeroką,</w>
    <w>I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,</w>
    <w>Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:</w>
    <w>Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął</w>
    <w>I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął;</w>
    <w>Również patrzyła ona, i cztery źrenice</w>
    <w>Gorzały przeciw sobie jak roratne świ&eacute;ce.</w>
  
  <str/>
    <w>Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;</w>
    <w>Wracał z miasta, ze szkoły; więc o książki nowe,</w>
    <w>O autorów pytała Tadeusza zdania</w>
    <w>I ze zdań wyciągała na nowo pytania;</w>
    <w>Cóż, gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,</w>
    <w>O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!</w>
    <w>Dowiodła, że zna równie pędzel, nuty, druki;</w>
    <w>Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,</w>
    <w>Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,</w>
    <w>I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.</w>
    <w>Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;</w>
    <w>Odgadnęła sąsiadka powód jego trwogi,</w>
    <w>Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:</w>
    <w>O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,</w>
    <w>I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,</w>
    <w>By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.</w>
    <w>Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz dal&eacute;j,</w>
    <w>W pół godziny już byli z sobą poufali;</w>
    <w>Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.</w>
    <w>W końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki,</w>
    <w>Trzy osoby na wybór; wziął najbliższą sobie;</w>
    <w>Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,</w>
    <w>Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,</w>
    <w>Kogo owa szczęśliwsza gałka oznaczała.</w>
  
  <str/>
    <w>Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,</w>
    <w>Bo tam wzmógłszy się nagle stronnicy Sokoła</w>
    <w>Na partyję Kusego bez litości wsiedli:</w>
    <w>Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.</w>
    <w>Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,</w>
    <w>A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony.</w>
    <w>Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował</w>
    <w>I gestami ją bardzo dobitnie malował.</w>
    <w>(Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,</w>
    <w>Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).</w>
    <w>Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,</w>
    <w>Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,</w>
    <w>Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem;</w>
    <w>Właśnie rzecz kończył: &lguillemet;Wyczha! puściliśmy razem</w>
    <w>Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kurki</w>
    <w>Jednym palcem spuszczone u jednej dwururki;</w>
    <w>Wyczha! poszli, a zając jak struna smyk w pole,</w>
    <w>Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole</w>
    <w>I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),</w>
    <w>Psy tuż, i hec od lasu odsadzili kawał;</w>
    <w>Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,</w>
    <w>Wysadził się przed Kusym, o tyle, o palec;</w>
    <w>Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,</w>
    <w>Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;</w>
    <w>Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,</w>
    <w>Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,</w>
    <w>A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,</w>
    <w>Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy</w>
    <w>Cap!!&rguillemet; Tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,</w>
    <w>Z palcami swymi zabiegł aż do drugiej strony</w>
    <w>I &lguillemet;cap!&rguillemet; Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem;</w>
    <w>Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem</w>
    <w>Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,</w>
    <w>Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,</w>
    <w>Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,</w>
    <w>Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem</w>
    <w>Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,</w>
    <w>I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.</w>
  
  <str/>
    <w>Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:</w>
    <w>&lguillemet;Prawda, rzekł, mój Rejencie, prawda, bez wątpienia</w>
    <w>Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny&ellipsis;&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Chwytny? krzyknął pan Rejent, mój pies faworytny</w>
    <w>Żeby nie miał być chwytny?&rguillemet; Więc Tadeusz znowu</w>
    <w>Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,</w>
    <w>Żałował, że go tylko widział idąc z lasu</w>
    <w>I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.</w>
    <w>Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,</w>
    <w>Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.</w>
    <w>Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy</w>
    <w>Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,</w>
    <w>Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,</w>
    <w>Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.</w>
    <w>Tak dowcipne żarciki umiał komponować,</w>
    <w>Iżby je w kalendarzu można wydrukować:</w>
    <w>Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,</w>
    <w>Schedę ojca swojego i majątek bratni,</w>
    <w>Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;</w>
    <w>Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie</w>
    <w>Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,</w>
    <w>Już to że odgłos trąbki i widok obławy</w>
    <w>Przypominał mu jego lata młodociane,</w>
    <w>Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;</w>
    <w>Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,</w>
    <w>I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.</w>
    <w>Więc zbliżył się i z wolna gładząc faworyty,</w>
    <w>Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:</w>
    <w>&lguillemet;Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu,</w>
    <w>Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,</w>
    <w>A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?</w>
    <w>Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.</w>
    <w>Choć pani Telimena mieszkała w stolicy</w>
    <w>I bawi się niedawno w naszej okolicy,</w>
    <w>Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:</w>
    <w>Tak to nauka sama z latami przychodzi&rguillemet;.</w>
  
  <str/>
    <w>Tadeusz, na którego niespodzianie spadał</w>
    <w>Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,</w>
    <w>Lecz patrzył na rywala coraz straszniej, sroż&eacute;j&ellipsis;</w>
    <w>Wtem, wielkim szczęściem dwakroć kichnął Podkomorzy.</w>
    <w>&lguillemet;Wiwat!&rguillemet; krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił</w>
    <w>I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:</w>
    <w>Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,</w>
    <w>A w środku jej był portret króla Stanisława.</w>
    <w>Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,</w>
    <w>Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;</w>
    <w>Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;</w>
    <w>Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.</w>
    <w>On rzekł: &lguillemet;Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!</w>
    <w>Forum myśliwskim tylko są łąki i knieje,</w>
    <w>Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję</w>
    <w>I posiedzenie nasze na jutro solwuję.</w>
    <w>I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę;</w>
    <w>Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.</w>
    <w>Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,</w>
    <w>I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,</w>
    <w>I pani Telimena, i panny, i panie,</w>
    <w>Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;</w>
    <w>I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi&rguillemet;.</w>
    <w>To mówiąc tabakierę podawał starcowi.</w>
  
  <str/>
    <w>Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,</w>
    <w>Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,</w>
    <w>Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,</w>
    <w>Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.</w>
    <w>On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył</w>
    <w>W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;</w>
    <w>Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,</w>
    <w>I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:</w>
    <w>&lguillemet;O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!</w>
    <w>Cóż by to o tym starzy mówili myśliwi,</w>
    <w>Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie</w>
    <w>Mają sądzić się spory o charcim ogonie?</w>
    <w>Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?</w>
    <w>Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!</w>
    <w>Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,</w>
    <w>Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary</w>
    <w>I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,</w>
    <w>I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim,</w>
    <w>A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze?</w>
    <w>Nikt go na polowanie uprosić nie może;</w>
    <w>Białopiotrowiczowi samemu odmówił!</w>
    <w>Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?</w>
    <w>Piękna byłaby sława, ażeby pan taki</w>
    <w>Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!</w>
    <w>Za moich, panie, czasów, w języku strzeleckim</w>
    <w>Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk, zwany był zwierzem szlacheckim,</w>
    <w>A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów</w>
    <w>Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;</w>
    <w>Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki</w>
    <w>Strzelby, którą zhańbiono sypiąc w nią śrut cienki!</w>
    <w>Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,</w>
    <w>Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;</w>
    <w>Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze</w>
    <w>I na konikach małe goniły panicze</w>
    <w>Przed oczami rodziców, którzy te pogonie</w>
    <w>Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!</w>
    <w>Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy</w>
    <w>Odwołać swe rozkazy, i niech mi wybaczy,</w>
    <w>Że nie mogę na takie jechać polowanie</w>
    <w>I nigdy na nim noga moja nie postanie!</w>
    <w>Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha</w>
    <w>Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha&rguillemet;.</w>
  
  <str/>
    <w>Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył,</w>
    <w>Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył,</w>
    <w>Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,</w>
    <w>Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;</w>
    <w>Za nim szedł Kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,</w>
    <w>Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,</w>
    <w>Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,</w>
    <w>A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.</w>
  
  <str/>
    <w>Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,</w>
    <w>A czuł się pomieszany, zły i niewesoły,</w>
    <w>Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki,</w>
    <w>Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,</w>
    <w>A szczególniej mu słowo &lguillemet;ciocia&rguillemet; koło ucha</w>
    <w>Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.</w>
    <w>Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać</w>
    <w>O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;</w>
    <w>Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy</w>
    <w>Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,</w>
    <w>Urządzając we dworze izby do spoczynku.</w>
    <w>Starsi i damy spały we dworskim budynku,</w>
    <w>Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,</w>
    <w>W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.</w>
  
  <str/>
    <w>W pół godziny tak było głucho w całym dworze</w>
    <w>Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;</w>
    <w>Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.</w>
    <w>Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:</w>
    <w>Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę</w>
    <w>W pole, i w domu przyszłą urządza zabawę.</w>
    <w>Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,</w>
    <w>Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,</w>
    <w>I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,</w>
    <w>Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.</w>
    <w>Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,</w>
    <w>Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,</w>
    <w>Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,</w>
    <w>Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;</w>
    <w>Pas taki można równie kłaść na strony obie,</w>
    <w>Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.</w>
    <w>Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;</w>
    <w>Właśnie tym się zatrudniał i kończył tak gadać:</w>
  
  <str/>
    <w>&lguillemet;Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?</w>
    <w>Nikt na tym nic nie stracił, a Pan może zyska,</w>
    <w>Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.</w>
    <w>My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,</w>
    <w>I mimo całą strony przeciwnej zajadłość</w>
    <w>Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość</w>
    <w>Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,</w>
    <w>Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;</w>
    <w>Nawet strony przeciwne weźwiemy na świadki:</w>
    <w>Pamiętam za mych czasów podobne wypadki&rguillemet;.</w>
  
  <str/>
    <w>Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,</w>
    <w>Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,</w>
    <w>Która mu jak Ołtarzyk Złoty zawsze służy,</w>
    <w>Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.</w>
    <w>Była to trybunalska wokanda: tam rzędem</w>
    <w>Stały spisane sprawy, które przed urzędem</w>
    <w>Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał</w>
    <w>Albo o których później dowiedzieć się zdołał.</w>
    <w>Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,</w>
    <w>Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.</w>
    <w>Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,</w>
    <w>Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogirdem,</w>
    <w>Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojcie z Rdułtowskim,</w>
    <w>Obuchowicz z kahałem, Juraha z Piotrowskim,</w>
    <w>Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia&#183;</w>
    <w>Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia</w>
    <w>Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,</w>
    <w>I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;</w>
    <w>I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,</w>
    <w>W granatowym kontuszu stał przed trybunałem,</w>
    <w>Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła</w>
    <w>Przywoławszy dwie strony: &lguillemet;Uciszcie się!&rguillemet; woła.</w>
    <w>Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału</w>
    <w>Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.</w>
  
  <str/>
    <w>Takie były zabawy, spory w one lata</w>
    <w>Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata</w>
    <w>We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,</w>
    <w>Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,</w>
    <w>Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,</w>
    <w>Od puszcz Libijskich latał do Alpów podniebnych,</w>
    <w>Ciskając grom po gromie, w Piramidy, w Tabor,</w>
    <w>W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor</w>
    <w>Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,</w>
    <w>Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu</w>
    <w>Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów</w>
    <w>Odbiła,się, jak od skał, od Moskwy szeregów,</w>
    <w>Które broniły Litwę murami żelaza</w>
    <w>Przed wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.</w>
  
  <str/>
    <w>Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,</w>
    <w>Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,</w>
    <w>Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,</w>
    <w>Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.</w>
    <w>Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy</w>
    <w>Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,</w>
    <w>Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,</w>
    <w>Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,</w>
    <w>Której już bronić nie mógł. &mdash; Jak go wtenczas cała</w>
    <w>Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała</w>
    <w>Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał</w>
    <w>I dziwniejsze od baśni historyje gadał.</w>
    <w>On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski</w>
    <w>Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,</w>
    <w>Jak on rodaków zbiera na Lombardzkim polu;</w>
    <w>Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu</w>
    <w>I zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów</w>
    <w>Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;</w>
    <w>Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,</w>
    <w>Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie</w>
    <w>Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju</w>
    <w>Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.</w>
  
  <str/>
    <w>Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;</w>
    <w>Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,</w>
    <w>Lasami i bagnami skradał się tajemnie,</w>
    <w>Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie</w>
    <w>I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,</w>
    <w>Gdzie usłyszał głos miły: &lguillemet;Witaj nam, kolego!&rguillemet;</w>
    <w>Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia</w>
    <w>I Moskalom przez Niemen rzekł: &lguillemet;Do zobaczenia!&rguillemet;</w>
    <w>Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,</w>
    <w>Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,</w>
    <w>Mierzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,</w>
    <w>Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;</w>
    <w>Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,</w>
    <w>I dobra, które na skarb carski zabierano.</w>
  
  <str/>
    <w>Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru</w>
    <w>Przyszedł, i kiedy bliżej poznał panów dworu,</w>
    <w>Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;</w>
    <w>Tam stała wypisana i liczba żołnierza,</w>
    <w>I nazwisko każdego wodza legijonu,</w>
    <w>I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.</w>
    <w>Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina</w>
    <w>Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;</w>
    <w>Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,</w>
    <w>Po kim była żałoba, tylko zgadywano</w>
    <w>W okolicy; i tylko cichy smutek panów</w>
    <w>Lub cicha radość była gazetą ziemianów.</w>
  
  <str/>
    <w>Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:</w>
    <w>Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;</w>
    <w>Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina</w>
    <w>Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna</w>
    <w>Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze</w>
    <w>Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.</w>
    <w>Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,</w>
    <w>Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni</w>
    <w>I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału,</w>
    <w>Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.</w>
    <w>Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,</w>
    <w>Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.</w>
  
  <str/>
    <w>Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami</w>
    <w>Od ołtarza do ludu, by mówić: &lguillemet;Pan z wami&rguillemet;,</w>
    <w>To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,</w>
    <w>Jakby prawo w tył robił za wodza rozkazem,</w>
    <w>I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem</w>
    <w>Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem.</w>
    <w>Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.</w>
    <w>Spraw także politycznych był Robak świadomszy</w>
    <w>Niźli żywotów Świętych, a jeżdżąc po kweście,</w>
    <w>Często zastanawiał się w powiatowym mieście;</w>
    <w>Miał pełno interesów: to listy odbierał,</w>
    <w>Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,</w>
    <w>To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,</w>
    <w>Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą</w>
    <w>Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał</w>
    <w>I okoliczne wioski dokoła wydeptał,</w>
    <w>I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,</w>
    <w>A zawsze o tym, co się w cudzych krajach działo.</w>
    <w>Teraz Sędziego, który już spał od godziny,</w>
    <w>Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.</w>
  </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga druga</numer>
  <tytul>Zamek</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Polowanie z chartami na upatrzonego.</rzecz>
    <rzecz>Gość w zamku.</rzecz>
    <rzecz>Ostatni z dworzan opowiada historię ostatniego z Horeszków.</rzecz>
    <rzecz>Rzut oka w sad.</rzecz>
    <rzecz>Dziewczyna w ogórkach.</rzecz>
    <rzecz>Śniadanie.</rzecz>
    <rzecz>Pani Telimeny anegdota petersburska.</rzecz>
    <rzecz>Nowy wybuch sporów o Kusego i Sokoła.</rzecz>
    <rzecz>Interwencja Robaka.</rzecz>
    <rzecz>Rzecz Wojskiego.</rzecz>
    <rzecz>Zakład.</rzecz>
    <rzecz>Dalej w grzyby!</rzecz>
  </spis>
  <tekst>  
    <w>Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,</w>
    <w>Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,</w>
    <w>Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,</w>
    <w>Gdzie przestępując miedzę nie poznasz, że cudza!</w>
    <w>Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,</w>
    <w>Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!</w>
    <w>Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku</w>
    <w>Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,</w>
    <w>Czy jak czarownik gada z ziemią, która głucha</w>
    <w>Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.</w>
  <str/>
  
    <w>Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,</w>
    <w>Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;</w>
    <w>Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek,</w>
    <w>Również głęboko w niebie schowany skowronek;</w>
    <w>Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary</w>
    <w>Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;</w>
    <w>Zaś jastrząb, pod jasnymi wiszący błękity,</w>
    <w>Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,</w>
    <w>Aż ujrzawszy śród łąki ptaka lub zająca,</w>
    <w>Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.</w>
    <w>Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli</w>
    <w>I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,</w>
    <w>I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,</w>
    <w>Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;</w>
    <w>Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków,</w>
    <w>I innych gazet oprocz domowych rachunków!</w>
  <str/>
  
    <w>Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło</w>
    <w>Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło;</w>
    <w>I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,</w>
    <w>Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,</w>
    <w>Rozpływały się złote, migające pręgi</w>
    <w>Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;</w>
    <w>I słońce usta sennych promykiem poranka</w>
    <w>Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.</w>
    <w>Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,</w>
    <w>Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo</w>
    <w>Odezwały się chorem kaczki i indyki,</w>
    <w>I słychać bydła w pole idącego ryki.</w>
  <str/>
  
    <w>Wstała młodzież, Tadeusz jeszcze senny leży,</w>
    <w>Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy</w>
    <w>Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu</w>
    <w>Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu</w>
    <w>Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,</w>
    <w>I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,</w>
    <w>Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem</w>
    <w>I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,</w>
    <w>&lguillemet;<i>Surge, puer!</i>&rguillemet; wołając i ponad barkami</w>
    <w>Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.</w>
  <str/>
  
    <w>Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,</w>
    <w>Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,</w>
    <w>Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie,</w>
    <w>Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;</w>
    <w>Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;</w>
    <w>Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,</w>
    <w>Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,</w>
    <w>Potem biegą i kładą szyje na obroże:</w>
    <w>Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży;</w>
    <w>Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.</w>
  <str/>
  
    <w>Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,</w>
    <w>Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;</w>
    <w>W środku jechali obok Asesor z Rejentem,</w>
    <w>A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,</w>
    <w>Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru</w>
    <w>Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;</w>
    <w>Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;</w>
    <w>Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.</w>
    <w>Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami</w>
    <w>Czwałując tuż przy kołach gadali z damami.</w>
  <str/>
  
    <w>Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem</w>
    <w>Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem</w>
    <w>Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,</w>
    <w>Wreszcie kiwnął nań palcem, Tadeusz podjechał;</w>
    <w>Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:</w>
    <w>Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,</w>
    <w>Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,</w>
    <w>Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,</w>
    <w>Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;</w>
    <w>Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.</w>
  <str/>
  
    <w>Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali</w>
    <w>I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;</w>
    <w>Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,</w>
    <w>A wszyscy obrócili oczy do kamienia,</w>
    <w>Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył</w>
    <w>I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.</w>
    <w>Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli</w>
    <w>Asesor i pan Rejent kłusują powoli;</w>
    <w>Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,</w>
    <w>Stanął obok Sędziego i oczyma śledził:</w>
    <w>Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni</w>
    <w>Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza śród kamieni.</w>
    <w>Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając</w>
    <w>Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,</w>
    <w>Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie</w>
    <w>I jakby urzeczony, czując przeznaczenie,</w>
    <w>Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka</w>
    <w>I pod opoką siedział martwy jak opoka.</w>
    <w>Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżej,</w>
    <w>Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,</w>
    <w>Tuż Asesor z Rejentem, razem wrzaśli z tyłu:</w>
    <w>&lguillemet;Wyczha! wyczha!&rguillemet; i z psami znikli w kłębach pyłu.</w>
  <str/>
  
    <w>Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem</w>
    <w>Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.</w>
    <w>Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może</w>
    <w>Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.</w>
    <w>I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził,</w>
    <w>Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;</w>
    <w>Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,</w>
    <w>Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi</w>
    <w>W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,</w>
    <w>W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;</w>
    <w>Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,</w>
    <w>Nazywają się w jego pałacu dżokeje.</w>
    <w>Czwałująca czereda zleciała na błonia,</w>
    <w>Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.</w>
    <w>Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,</w>
    <w>Że to były też same mury, tak odświeżył</w>
    <w>I upięknił poranek zarysy budowy;</w>
    <w>Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.</w>
    <w>Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca</w>
    <w>Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,</w>
    <w>Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,</w>
    <w>Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;</w>
    <w>Niższe piętra oblała tumanu powłoka,</w>
    <w>Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.</w>
    <w>Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany</w>
    <w>Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:</w>
    <w>Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną</w>
    <w>Mury odbudowano i znów zaludniono.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,</w>
    <w>Zwał je romansowymi; mawiał, że ma głowę</w>
    <w>Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.</w>
    <w>Nieraz, pędząc za lisem albo za szarakiem,</w>
    <w>Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie</w>
    <w>Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;</w>
    <w>Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju</w>
    <w>Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju</w>
    <w>Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,</w>
    <w>Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.</w>
    <w>Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;</w>
    <w>Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.</w>
    <w>Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,</w>
    <w>Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,</w>
    <w>Nawet dla Żydów.<str/>Hrabski koń, zwrócony z drogi,</w>
    <w>Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.</w>
    <w>Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,</w>
    <w>Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.</w>
    <w>Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieście kroków</w>
    <w>Człowieka, który, równie miłośnik widoków,</w>
    <w>Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,</w>
    <w>Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.</w>
    <w>Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy</w>
    <w>Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.</w>
    <w>Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,</w>
    <w>Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;</w>
    <w>Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,</w>
    <w>Marszczkami pooraną, posępną, surową.</w>
    <w>Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;</w>
    <w>Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,</w>
    <w>Gerwazy się odmienił, i już od lat wielu</w>
    <w>Ani był na kiermaszu, ani na weselu;</w>
    <w>Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano</w>
    <w>I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.</w>
    <w>Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,</w>
    <w>Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,</w>
    <w>Który dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.</w>
    <w>Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,</w>
    <w>Półkozice, i stąd też cała okolica</w>
    <w>Półkozicem przezwała starego szlachcica.</w>
    <w>Czasem też od przysłowia, które bez ustanku</w>
    <w>Powtarzał, nazywano go także Mopanku;</w>
    <w>Czasem Szczerbcem, że całą łysinę miał w szczerbach;</w>
    <w>Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach</w>
    <w>Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,</w>
    <w>Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.</w>
    <w>I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,</w>
    <w>Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.</w>
    <w>Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje</w>
    <w>Stały otworem; przecież wynalazł drzwi dwoje,</w>
    <w>Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,</w>
    <w>I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.</w>
    <w>W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;</w>
    <w>Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,</w>
    <w>Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,</w>
    <w>Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowym.</w>
  <str/>
  
    <w>Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił</w>
    <w>I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,</w>
    <w>Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka</w>
    <w>I naciętą od licznych kordów jak nasieka;</w>
    <w>Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko</w>
    <w>Skłoniwszy się, rzekł smutnie: &lguillemet;Mopanku, Panisko, &mdash;</w>
    <w>Daruj mi, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,</w>
    <w>To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:</w>
    <w>&lguillemet;Mopanku&rguillemet; powiadali wszyscy Horeszkowie,</w>
    <w>Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie;</w>
    <w>Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz</w>
    <w>Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?</w>
    <w>Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać&rguillemet;.</w>
    <w>Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Cóż dziwnego? rzekł Hrabia, koszt wielki, a nuda</w>
    <w>Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda.</w>
    <w>Upiera się; przewidział, że mię znudzić może:</w>
    <w>Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,</w>
    <w>Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Zgody? krzyknął Gerwazy, z Soplicami zgoda?</w>
    <w>Z Soplicami, Mopanku?&rguillemet; &mdash; To mówiąc wykrzywił</w>
    <w>Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.</w>
    <w>&lguillemet;Zgoda i Soplicowie! Mopanku, Panisko,</w>
    <w>Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,</w>
    <w>Ma pójść w ręce Sopliców? niech Pan tylko raczy</w>
    <w>Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,</w>
    <w>Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,</w>
    <w>Zsiadaj Pan!&rguillemet; &mdash; i przytrzymał strzemię do zsiadania.</w>
  <str/>
  
    <w>Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:</w>
    <w>&lguillemet;Tu, rzekł, dawni panowie, dworem otoczeni,</w>
    <w>Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.</w>
    <w>Pan godził spory włościan; lub w dobrym humorze</w>
    <w>Gościom różne ciekawe historyje prawił,</w>
    <w>Albo ich powieściami i żarty się bawił,</w>
    <w>A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty</w>
  <str/>
  
    <w>Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty&rguillemet;.</w>
    <w>Weszli w sień. &mdash; Rzekł Gerwazy: &lguillemet;W tej ogromnej sieni</w>
    <w>Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,</w>
    <w>Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;</w>
    <w>Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,</w>
    <w>Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,</w>
    <w>Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.</w>
    <w>Podczas uczty na chorze tym kapela stała</w>
    <w>I w organ i w rozliczne instrumenty grała;</w>
    <w>A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym</w>
    <w>Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:</w>
    <w>Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,</w>
    <w>Potem prymasa, potem królowej Jejmości,</w>
    <w>Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej;</w>
    <w>A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,</w>
    <w>Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,</w>
    <w>Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;</w>
    <w>A już gotowe stały cugi i podwody,</w>
    <w>Aby każdego odwieźć do jego gospody&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu</w>
    <w>Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,</w>
    <w>Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;</w>
    <w>Czasem, jakby chciał mówić: &lguillemet;Wszystko się skończyło&rguillemet;,</w>
    <w>Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.</w>
    <w>Widać, że mu wspomnienie samo było męką</w>
    <w>I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali</w>
    <w>Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;</w>
    <w>Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,</w>
    <w>Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy</w>
    <w>Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił</w>
    <w>I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,</w>
    <w>Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.</w>
    <w>Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,</w>
    <w>Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,</w>
    <w>Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie,</w>
    <w>Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:</w>
    <w>&lguillemet;Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą</w>
    <w>I krwią Horeszków; w Panu krew Horeszków płynie,</w>
    <w>Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,</w>
    <w>Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,</w>
    <w>Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.</w>
    <w>Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,</w>
    <w>Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,</w>
    <w>Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,</w>
    <w>Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało</w>
    <w>Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.</w>
    <w>Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,</w>
    <w>Kłótnik, Jacek Soplica, zwany Wojewoda</w>
    <w>Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,</w>
    <w>Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie</w>
    <w>I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,</w>
    <w>Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,</w>
    <w>Szabli, i wielkich wąsów od ucha do ucha.</w>
    <w>Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha</w>
    <w>I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,</w>
    <w>Popularny dla jego krewnych i stronników.</w>
    <w>Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawym przyjęciem,</w>
    <w>Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.</w>
    <w>Do zamku nieproszony coraz częściej jeździł,</w>
    <w>W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł</w>
    <w>I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano</w>
    <w>I czarną mu polewkę do stołu podano.</w>
    <w>Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,</w>
    <w>Ale przed rodzicami taiła głęboko.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał</w>
    <w>Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,</w>
    <w>Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,</w>
    <w>Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy;</w>
    <w>Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,</w>
    <w>Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.</w>
    <w>W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,</w>
    <w>Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,</w>
    <w>Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;</w>
    <w>Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali</w>
    <w>Krzycząc: ura! od bramy wali po tarasie;</w>
    <w>My im ze strzelb dziesięciu palnęli: &lguillemet;a zasie!&rguillemet;</w>
    <w>Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku</w>
    <w>Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.</w>
    <w>Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:</w>
    <w>Dwadzieście strzelb leżało tu, na tej podłodze,</w>
    <w>Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą,</w>
    <w>Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą</w>
    <w>I Pani, i Panienka, i nadworne panny;</w>
    <w>Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;</w>
    <w>Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,</w>
    <w>My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.</w>
    <w>Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,</w>
    <w>Ale za każdym razem trzech nogi zadarło,</w>
    <w>Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.</w>
    <w>Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek</w>
    <w>I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,</w>
    <w>On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;</w>
    <w>Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał</w>
    <w>I już się rzadko który zza ściany wykradał.</w>
    <w>Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,</w>
    <w>Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę</w>
    <w>I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;</w>
    <w>Obróciwszy się do mnie rzekł: &lguillemet;Za mną, Gerwazy!&rguillemet;</w>
    <w>Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,</w>
    <w>Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;</w>
    <w>Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same,</w>
    <w>Pan słaniając się palcem ukazał na bramę.</w>
    <w>Poznałem tego łotra Soplicę! poznałem!</w>
    <w>Po wzroście i po wąsach! jego to postrzałem</w>
    <w>Zginął Stolnik, widziałem! łotr jeszcze do góry</w>
    <w>Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!</w>
    <w>Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!</w>
    <w>Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały</w>
    <w>Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył.</w>
    <w>Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, &mdash; Pan nie żył&rguillemet;.</w>
    <w>Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał,</w>
    <w>Potem rzekł kończąc: &lguillemet;Moskal już wrota wywalał;</w>
    <w>Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie</w>
    <w>I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;</w>
    <w>Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,</w>
    <w>Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,</w>
    <w>Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,</w>
    <w>A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,</w>
    <w>Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,</w>
    <w>Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie</w>
    <w>Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!</w>
    <w>Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany</w>
    <w>Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany,</w>
    <w>(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,</w>
    <w>Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).</w>
    <w>Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach,</w>
    <w>Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;</w>
    <w>Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;</w>
    <w>Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,</w>
    <w>Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze:</w>
    <w>Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,</w>
    <w>Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,</w>
    <w>Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!</w>
    <w>Rodzoniutki braciszek owego wąsala,</w>
    <w>Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,</w>
    <w>Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,</w>
    <w>Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!</w>
    <w>I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi</w>
    <w>Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?</w>
    <w>O nie! póki Gerwazy ma choć za grosz duszy,</w>
    <w>I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy</w>
    <w>Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,</w>
    <w>Póty Soplica tego zamku nie dostanie!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;O! krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry,</w>
    <w>Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!</w>
    <w>Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,</w>
    <w>Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!</w>
    <w>Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,</w>
    <w>Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię:</w>
    <w>Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.</w>
    <w>Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;</w>
    <w>Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,</w>
    <w>A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;</w>
    <w>Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!</w>
    <w>Nieraz takie słyszałem i czytam podania;</w>
    <w>W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,</w>
    <w>W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!</w>
    <w>W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie</w>
    <w>Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,</w>
    <w>Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:</w>
    <w>W Polszcze pierwszy raz słyszę o takim wypadku.</w>
    <w>Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!</w>
    <w>Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.</w>
    <w>Tak! muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,</w>
    <w>Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!</w>
    <w>Honor każe&rguillemet;. Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,</w>
    <w>A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.</w>
    <w>Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,</w>
    <w>Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,</w>
    <w>Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:</w>
    <w>&lguillemet;Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,</w>
    <w>Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki,</w>
    <w>Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki;</w>
    <w>Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:</w>
    <w>Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,</w>
    <w>Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;</w>
    <w>Hrabia lubił myślistwo, ledwie strzelców zoczył,</w>
    <w>Zapomniawszy o wszystkim prosto ku nim skoczył,</w>
    <w>Mijając bramę, ogród, płoty; gdy w zawrocie</w>
    <w>Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.</w>
  <str/>
  
    <w>Był sad. &mdash;<str/>Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,</w>
    <w>Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.</w>
    <w>Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,</w>
    <w>Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;</w>
    <w>Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,</w>
    <w>Wysmukły bób obraca na nią tysiąc oczu;</w>
    <w>Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;</w>
    <w>Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,</w>
    <w>Który od swej łodygi aż w daleką stronę</w>
    <w>Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.</w>
  <str/>
  
    <w>Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie</w>
    <w>Stoją jakby na straży w szeregach konopie,</w>
    <w>Cyprysy jarzyn; ciche, proste i zielone.</w>
    <w>Ich liście i woń służą grzędom za obronę,</w>
    <w>Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się źmija,</w>
    <w>A ich woń gąsienice i owad zabija.</w>
    <w>Dalej maków białawe górują badyle;</w>
    <w>Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle</w>
    <w>Trzepiocąc skrzydełkami, na których się mieni</w>
    <w>Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni;</w>
    <w>Tylą farb żywych, różnych, mak źrenicę mami.</w>
    <w>W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,</w>
    <w>Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem</w>
    <w>Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.</w>
  <str/>
  
    <w>Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki</w>
    <w>Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki.</w>
    <w>Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,</w>
    <w>Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.</w>
    <w>Pośrodku szła dziewczyna w bieliznę ubrana,</w>
    <w>W majowej zieloności tonąc po kolana;</w>
    <w>Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,</w>
    <w>Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.</w>
    <w>Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,</w>
    <w>Od skroni powiewały dwie wstążki różowe</w>
    <w>I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;</w>
    <w>Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,</w>
    <w>Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;</w>
    <w>Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania</w>
    <w>Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila</w>
    <w>Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,</w>
    <w>Który stopą natrąci lub dostrzeże okiem.</w>
  <str/>
  
    <w>Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,</w>
    <w>Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,</w>
    <w>Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.</w>
    <w>On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty</w>
    <w>Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty</w>
    <w>Stojąc na jednej nodze, z czujnymi oczyma</w>
    <w>I by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.</w>
  <str/>
  
    <w>Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;</w>
    <w>Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni</w>
    <w>Podniesione do góry węzłowate sznurki:</w>
    <w>&lguillemet;Ogórków chcesz Waść? krzyknął, oto masz ogórki.</w>
    <w>Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie</w>
    <w>Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie&rguillemet;.</w>
    <w>Potem palcem pogroził, kaptura poprawił</w>
    <w>I odszedł; Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił</w>
    <w>Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;</w>
    <w>Okiem powrócił w ogród; ale już w ogrodzie</w>
    <w>Nie było jej; mignęła tylko śród okienka</w>
    <w>Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.</w>
    <w>Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,</w>
    <w>Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,</w>
    <w>Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,</w>
    <w>Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.</w>
    <w>A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony</w>
    <w>Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,</w>
    <w>Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał</w>
    <w>I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.</w>
  <str/>
  
    <w>Po chwili wszędzie było samotnie i głucho;</w>
    <w>Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,</w>
    <w>Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie</w>
    <w>Za nim stali. &mdash; Aż w cichym i samotnym domie</w>
    <w>Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,</w>
    <w>Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły</w>
    <w>Był to znak, że wracali goście z polowania</w>
    <w>I krzątała się służba około śniadania.</w>
  <str/>
  
    <w>Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,</w>
    <w>Roznoszono potrawy, sztućce i butelki;</w>
    <w>Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,</w>
    <w>Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,</w>
    <w>Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach</w>
    <w>Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;</w>
    <w>Podkomorstwo i Sędzia przy stole; a w kątku</w>
    <w>Panny szeptały z sobą; nie było porządku,</w>
    <w>Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.</w>
    <w>Była to w staropolskim domie moda nowa;</w>
    <w>Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał</w>
    <w>Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.</w>
  <str/>
  
    <w>Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:</w>
    <w>Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,</w>
    <w>Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,</w>
    <w>Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane</w>
    <w>I z porcelany saskiej złote filiżanki,</w>
    <w>Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.</w>
    <w>Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:</w>
    <w>W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,</w>
    <w>Jest do robienia kawy osobna niewiasta,</w>
    <w>Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta</w>
    <w>Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,</w>
    <w>I zna tajne sposoby gotowania trunku,</w>
    <w>Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,</w>
    <w>Zapach moki i gęstość miodowego płynu.</w>
    <w>Wiadomo, czym dla kawy jest dobra śmietana;</w>
    <w>Na wsi nie trudno o nię: bo kawiarka z rana,</w>
    <w>Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie</w>
    <w>I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie</w>
    <w>Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,</w>
    <w>Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.</w>
  <str/>
  
    <w>Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,</w>
    <w>Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę</w>
    <w>Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,</w>
    <w>W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.</w>
    <w>Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:</w>
    <w>Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,</w>
    <w>Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym</w>
    <w>Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;</w>
    <w>W końcu, wniesiono zrazy na ostatnie danie:</w>
    <w>Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.</w>
  <str/>
  
    <w>We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:</w>
    <w>Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,</w>
    <w>Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,</w>
    <w>O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;</w>
    <w>Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski</w>
    <w>Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.</w>
    <w>Panna Wojska włożywszy okulary sine,</w>
    <w>Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.</w>
    <w>W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,</w>
    <w>W spokojniejszych i ciszszych niż zwykle rozmowach</w>
    <w>Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,</w>
    <w>Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,</w>
    <w>Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;</w>
    <w>Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni</w>
    <w>Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny</w>
    <w>Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;</w>
    <w>Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,</w>
    <w>Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;</w>
    <w>Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;</w>
    <w>Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,</w>
    <w>Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,</w>
    <w>Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,</w>
    <w>Czyli obudwu razem: różnie sądzą strony</w>
    <w>I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.</w>
    <w>Wojski stary od izby do izby przechodził,</w>
    <w>Po obu stronach oczy roztargnione wodził,</w>
    <w>Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę</w>
    <w>I widać, że czym innym zajętą miał głowę;</w>
    <w>Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,</w>
    <w>Duma długo i &mdash; muchę zabije na ścianie.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami</w>
    <w>Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;</w>
    <w>Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,</w>
    <w>Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:</w>
    <w>Że ciocia Telimena jest bogata pani,</w>
    <w>Że nie są kanonicznie z sobą powiązani</w>
    <w>Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,</w>
    <w>Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,</w>
    <w>Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice</w>
    <w>Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;</w>
    <w>Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,</w>
    <w>Wyrządziła nieźmierne Sędziemu przysługi;</w>
    <w>Stąd ją Sędzia szanował bardzo, i przed światem</w>
    <w>Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,</w>
    <w>Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.</w>
    <w>Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.</w>
    <w>Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;</w>
    <w>A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,</w>
    <w>Rzekł Rejent mimojazdem: &lguillemet;Ja mówiłem wczora,</w>
    <w>Że polowanie nasze udać się nie może:</w>
    <w>Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże,</w>
    <w>I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;</w>
    <w>Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.</w>
    <w>Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,</w>
    <w>Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;</w>
    <w>Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa,</w>
    <w>I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa</w>
    <w>Polować tak jak u nas, bez żadnego względu</w>
    <w>Na artykuły ustaw, przepisy urzędu;</w>
    <w>Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,</w>
    <w>Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;</w>
    <w>Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,</w>
    <w>Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,</w>
    <w>Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą</w>
    <w>Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,</w>
    <w>Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,</w>
    <w>Że cywilizacyja większa u Moskali;</w>
    <w>Bo tam o polowaniu są ukazy cara</w>
    <w>I dozor policyi, i na winnych kara&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena, ku lewej iźbie obrócona,</w>
    <w>Wachlując batystową chusteczką ramiona:</w>
    <w>&lguillemet;Jak mamę kocham, rzekła, Hrabia się nie myli,</w>
    <w>Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,</w>
    <w>Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów</w>
    <w>Godna pochwały czujność i srogość urzędów.</w>
    <w>Byłam ja w Peterburku, nie raz, nie dwa razy!</w>
    <w>Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!</w>
    <w>Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Peterburku?</w>
    <w>Chcecie może plan widzieć? mam plan miasta w biurku.</w>
    <w>Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,</w>
    <w>To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).</w>
    <w>Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,</w>
    <w>Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,</w>
    <w>Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku:</w>
    <w>Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biurku.</w>
    <w>Otóż na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie</w>
    <w>Jakiś mały czynownik, siedzący na śledztwie;</w>
    <w>Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,</w>
    <w>Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!</w>
    <w>Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu,</w>
    <w>Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,</w>
    <w>Zaraz i pies przyleciał, i kręcił ogonem,</w>
    <w>I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.</w>
    <w>Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło</w>
    <w>Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło</w>
    <w>Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,</w>
    <w>Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka</w>
    <w>Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!</w>
    <w>Miałam ją w podarunku od księcia Sukina</w>
    <w>Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,</w>
    <w>Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biurka.</w>
    <w>Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji</w>
    <w>Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.</w>
    <w>Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;</w>
    <w>Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło</w>
    <w>Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,</w>
    <w>Pyta się o przyczynę tak złego humoru.</w>
    <w>Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;</w>
    <w>Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.</w>
    <w>&lguillemet;Jak śmiesz&rguillemet;, krzyknął Kiryło piorunowym głosem,</w>
    <w>&lguillemet;Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?&rguillemet;</w>
    <w>Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,</w>
    <w>Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał,</w>
    <w>Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem,</w>
    <w>Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.</w>
    <w>&lguillemet;Jak to? krzyknął Kiryło, to śmiałbyś, hultaju,</w>
    <w>Znać się lepiej na łowach i źwierząt rodzaju</w>
    <w>Niżli ja, Kozodusin, Carski Jegermajster?</w>
    <w>Niechajże nas rozsądzi zaraz Policmajster!&rguillemet;</w>
    <w>Wołają Policmajstra, każą spisać śledztwo:</w>
    <w>&lguillemet;Ja, rzecze Kozodusin, wydaję świadectwo,</w>
    <w>Że to łani; on plecie, że to pies domowy:</w>
    <w>Rozsądź nas, kto zna lepiej źwierzynę i łowy!&rguillemet;</w>
    <w>Policmajster powinność służby swej rozumiał,</w>
    <w>Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał</w>
    <w>I odwiódłszy na stronę, po bratersku radził,</w>
    <w>By przyznał się do winy i tym grzech swój zgładził.</w>
    <w>Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi</w>
    <w>Do cesarza i wyrok nieco ułaskawi;</w>
    <w>Skończyło się, że charty poszły na powrozy,</w>
    <w>A czynownik na cztery tygodnie do kozy.</w>
    <w>Zabawiła nas cały wieczor ta pustota,</w>
    <w>Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,</w>
    <w>Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;</w>
    <w>I nawet wiem z pewnością, że sam cesarz śmiał się&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem</w>
    <w>Grał w mariasza, i właśnie z wyświeconym winem</w>
    <w>Miał coś ważnego zadać; już Ksiądz ledwie dyszał,</w>
    <w>Kiedy Sędzia początek powieści usłyszał</w>
    <w>I tak nią był zajęty, że z zadartą głową</w>
    <w>I z kartą podniesioną, do bicia gotową,</w>
    <w>Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,</w>
    <w>Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,</w>
    <w>I rzekł śmiejąc się: &lguillemet;Niech tam sobie, kto chce, chwali</w>
    <w>Niemców cywilizacją, porządek Moskali;</w>
    <w>Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów</w>
    <w>Prawować się o lisa i przyzywać drabów,</w>
    <w>By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;</w>
    <w>Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:</w>
    <w>Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa,</w>
    <w>I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;</w>
    <w>I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,</w>
    <w>Że po jarzynach albo po życie pochodzą;</w>
    <w>Na morgach chłopskich bronię robić polowanie&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Ekonom z lewej izby rzekł: &lguillemet;Nie dziw, Mospanie,</w>
    <w>Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.</w>
    <w>Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę</w>
    <w>Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosków żyta,</w>
    <w>To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,</w>
    <w>Często chłopi talara w przydatku dostali;</w>
    <w>Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,</w>
    <w>Jeśli&ellipsis;&rguillemet; Resztę dowodów pana Ekonoma</w>
    <w>Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma</w>
    <w>Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,</w>
    <w>Anegdot, opowiadań i na koniec sporów.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,</w>
    <w>Pamiętali o sobie. &mdash; Rada była pani,</w>
    <w>Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;</w>
    <w>Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.</w>
    <w>Telimena mówiła coraz wolniej, ciszej,</w>
    <w>I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy</w>
    <w>W tłumie rozmów: więc szepcąc tak zbliżył się do niej,</w>
    <w>Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;</w>
    <w>Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie</w>
    <w>I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka</w>
    <w>Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka</w>
  <str/>
  
    <w>Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy nimi</w>
    <w>Gatunek much osobny, zwanych szlacheckimi;</w>
    <w>Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,</w>
    <w>Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,</w>
    <w>Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,</w>
    <w>A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą,</w>
    <w>Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,</w>
    <w>Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.</w>
    <w>Wszystko to Wojski zbadał, i jeszcze dowodził,</w>
    <w>Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,</w>
    <w>Że one tym są muchom, czym dla roju matki,</w>
    <w>Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.</w>
    <w>Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski</w>
    <w>Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski</w>
    <w>I trzymali inaczej o muszym rodzaju;</w>
    <w>Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju,</w>
    <w>Ledwie dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.</w>
    <w>Właśnie teraz mu szlachcic nad uchem zadzwonił;</w>
    <w>Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,</w>
    <w>Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;</w>
    <w>Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,</w>
    <w>Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,</w>
    <w>Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;</w>
    <w>I tam za nią mignęła Wojskiego prawica:</w>
    <w>Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,</w>
    <w>Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;</w>
    <w>Uderzyły się mocno oboje w uszaki,</w>
    <w>Tak że obojgu sine zostały się znaki.</w>
  <str/>
  
    <w>Szczęściem nikt nie uważał, bo dotychczasowa</w>
    <w>Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa</w>
    <w>Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.</w>
    <w>Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,</w>
    <w>Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,</w>
    <w>A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,</w>
    <w>Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,</w>
    <w>Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy, &mdash;</w>
    <w>Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,</w>
    <w>Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.</w>
    <w>Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty</w>
    <w>Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.</w>
    <w>Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwllę,</w>
    <w>Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,</w>
    <w>Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części,</w>
    <w>Przycinki, gniew, wyzwanie &mdash; i szło już do pięści.</w>
  <str/>
  
    <w>Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali</w>
    <w>I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,</w>
    <w>Unieśli młodą parę stojącą na progu,</w>
    <w>Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy</w>
    <w>Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,</w>
    <w>Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył,</w>
    <w>Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:</w>
    <w>Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.</w>
    <w>Właśnie kiedy Asesor podbiegł do jurysty,</w>
    <w>Gdy już sobie gestami grozili szermierze,</w>
    <w>On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze</w>
    <w>I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne</w>
    <w>Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,</w>
    <w>Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu</w>
    <w>I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;</w>
    <w>Chwilę z rozciągnionymi stał w miejscu rękami</w>
    <w>I &lguillemet;<i>Pax, pax, pax vobiscum!</i> krzyczał, pokój z wami!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:</w>
    <w>Przez szacunek, należny duchownej osobie,</w>
    <w>Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie</w>
    <w>Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę,</w>
    <w>Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,</w>
    <w>Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,</w>
    <w>Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;</w>
    <w>Tylko poprawił kaptur, i ręce za pasem</w>
    <w>Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.</w>
    <w>Tymczasem</w>
    <w>Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony</w>
    <w>Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony</w>
    <w>Z głębokiego dumania, w środku się postawił,</w>
    <w>Wąsy siwe pokręcił, kapoty poprawił,</w>
    <w>Iskrzyły mu się oczy (zawżdy postrzegano</w>
    <w>Ten blask niezwykły, kiedy o łowach gadano),</w>
    <w>Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą</w>
    <w>I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,</w>
    <w>Tam uciszając machał swą placką ze skóry;</w>
    <w>Wreszcie podniosłszy trzonek z powagą do góry</w>
    <w>Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Uciszcie się! powtarzał, miejcie też baczenie,</w>
    <w>Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,</w>
    <w>Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?</w>
    <w>Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,</w>
    <w>Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,</w>
    <w>Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,</w>
    <w>Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!</w>
    <w>Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,</w>
    <w>Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.</w>
    <w>Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;</w>
    <w>Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,</w>
    <w>A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.</w>
    <w>Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?</w>
    <w>Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzem,</w>
    <w>Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?</w>
    <w>Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,</w>
    <w>Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?</w>
    <w>Terajewicza znałem, co idąc na dziki</w>
    <w>Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!</w>
    <w>Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy:</w>
    <w>Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!</w>
    <w>Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?</w>
    <w>Oto obrali sędziów i zakład stawili.</w>
    <w>Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka,</w>
    <w>Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!</w>
    <w>I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem</w>
    <w>I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.</w>
    <w>Słowo wiatr, w sporach słownych nigdy nie masz końca</w>
    <w>Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;</w>
    <w>Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,</w>
    <w>A co wyrzeką, temu sumiennie zawierzcie.</w>
    <w>Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił</w>
    <w>Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;</w>
    <w>I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana&rguillemet;.</w>
    <w>To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Konia, zawołał Rejent, stawię konia z rzędem</w>
    <w>I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,</w>
    <w>Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Ja, rzekł Asesor, stawię me złote obroże,</w>
    <w>Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,</w>
    <w>I smycz tkany jedwabny, którego robota</w>
    <w>Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.</w>
    <w>Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,</w>
    <w>Jeślibym się ożenił: ten sprzęt mnie darował</w>
    <w>Książę Dominik, kiedym z nim razem polował</w>
    <w>I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem</w>
    <w>Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.</w>
    <w>Tam, bezprzykładną w dziejach polowania sztuką,</w>
    <w>Uszczułem sześć zajęcy pojedyńczą suką.</w>
    <w>Polowaliśmy wtenczas na Kupiskim błoniu;</w>
    <w>Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;</w>
    <w>Zsiadł, i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,</w>
    <w>Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,</w>
    <w>A potem trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,</w>
    <w>Rzekł: &lguillemet;Mianuję cię odtąd Księżną na Kupisku&rguillemet;. &mdash;</w>
    <w>Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa</w>
    <w>Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena, znudzona zbyt długimi swary,</w>
    <w>Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;</w>
    <w>Wzięła koszyczek z kołka: &lguillemet;Panowie, jak widzę,</w>
    <w>Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;</w>
    <w>Kto łaska, proszę za mną&rguillemet; &mdash; rzekła, koło głowy</w>
    <w>Obwijając czerwony szal kaszemirowy;</w>
    <w>Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,</w>
    <w>A drugą podchyliła do kostek sukienkę;</w>
    <w>Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.</w>
  <str/>
  
    <w>Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył,</w>
    <w>Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,</w>
    <w>A więc krzyknął: &lguillemet;Panowie, po grzyby do boru!</w>
    <w>Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,</w>
    <w>Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;</w>
    <w>Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,</w>
    <w>Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama&rguillemet;.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga trzecia</numer>
  <tytul>Umizgi</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Wyprawa Hrabi na sad.</rzecz>
    <rzecz>Tajemnicza nimfa gęsi pasie.</rzecz>
    <rzecz>Podobieństwo grzybobrania do przechadzki cieniów elizejskich.</rzecz>
    <rzecz>Gatunki grzybów.</rzecz>
    <rzecz>Telimena w Świątyni dumania.</rzecz>
    <rzecz>Narady tyczące się postanowienia Tadeusza.</rzecz>
    <rzecz>Hrabia pejzażysta.</rzecz>
    <rzecz>Tadeusza uwagi malarskie nad drzewami i obłokami.</rzecz>
    <rzecz>Hrabiego myśli o sztuce.</rzecz>
    <rzecz>Dzwon.</rzecz>
    <rzecz>Bilecik.</rzecz>
    <rzecz>Niedźwiedź, Mospanie!</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>Hrabia wracał do siebie, lecz konia wstrzymywał,</w>
    <w>Głową coraz w tył kręcił, w ogród się wpatrywał;</w>
    <w>I raz mu się zdawało, że znowu z okienka</w>
    <w>Błysnęła tajemnicza, bieluchna sukienka,</w>
    <w>I coś lekkiego znowu upadło z wysoka,</w>
    <w>I przeleciawszy cały ogród w mgnieniu oka,</w>
    <w>Pomiędzy zielonymi świeciło ogórki:</w>
    <w>Jako promień słoneczny, wykradłszy się z chmurki,</w>
    <w>Kiedy śród roli padnie na krzemienia skibę</w>
    <w>Lub śród zielonej łąki w drobną wody szybę.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia zsiadł z konia, sługi odprawił do domu,</w>
    <w>A sam ku ogrodowi ruszył po kryjomu;</w>
    <w>Dobiegł wkrótce parkanu, znalazł w nim otwory</w>
    <w>wcisnął się po cichu, jak wilk do obory;</w>
    <w>Nieszczęściem, trącił krzaki suchego agrestu.</w>
    <w>Ogrodniczka, jak gdyby zlękła się szelestu,</w>
    <w>Oglądała się wkoło, lecz nic nie spostrzegła;</w>
    <w>Przecież ku drugiej stronie ogrodu pobiegła.</w>
    <w>A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie,</w>
    <w>Między liście łopuchu, na rękach, po trawie,</w>
    <w>Skacząc jak żaba, cicho, przyczołgał się blisko,</w>
    <w>Wytknął głowę, i ujrzał cudne widowisko.</w>
    <w>W tej części sadu rosły tu i ówdzie wiśnie,</w>
    <w>Śród nich zboże w gatunkach zmieszanych umyślnie:</w>
    <w>Pszenica, kukuruza, bób, jęczmień wąsaty,</w>
    <w>Proso, groszek, a nawet krzewiny i kwiaty.</w>
    <w>Domowemu to ptastwu taki ochmistszyni</w>
    <w>Wymyśliła ogródek: sławna gospodyni,</w>
    <w>Zwała się Kokosznicka, z domu Jendykowi &mdash;</w>
    <w>czówna; jej wynalazek epokę stanowi</w>
    <w>W domowym gospodarstwie; dziś powszechnie znany,</w>
    <w>Lecz w owych czasach jeszcze za nowość podany,</w>
    <w>Przyjęty pod sekretem od niewielu osób,</w>
    <w>Nim go wydał kalendarz, pod tytułem: Sposób</w>
    <w>Na jastrzębie i kanie, albo nowy środek</w>
    <w>Wychowywania drobiu &mdash; był to ów ogrodek.</w>
  <str/>
  
    <w>Jakoż zaledwie kogut, co odprawia warty,</w>
    <w>Stanie i nieruchomie dzierżąc dziób zadarty,</w>
    <w>I głowę grzebieniastą pochyliwszy bokiem,</w>
    <w>Aby tym łacniej w niebo mógł celować okiem,</w>
    <w>Dostrzeże wiszącego jastrzębia śród chmury,</w>
    <w>Krzyknie: zaraz w ten ogród chowają się kury,</w>
    <w>Nawet gęsi i pawie, i w nagłym przestrachu</w>
    <w>Gołębie, gdy nie mogą schronić się na dachu.</w>
  <str/>
  
    <w>Teraz w niebie żadnego nie widziano wroga,</w>
    <w>Tylko skwarzyła słońca letniego pożoga,</w>
    <w>Od niej ptaki w zbożowym ukryły się lasku;</w>
    <w>Tamte leżą w murawie, te kąpią się w piasku.</w>
  <str/>
  
    <w>Śród ptaszych głów sterczały główki ludzkie małe,</w>
    <w>Odkryte; włosy na nich krótkie, jak len białe;</w>
    <w>Szyje nagie do ramion, a pomiędzy nimi</w>
    <w>Dziewczyna głową wyższa, z włosami dłuższymi;</w>
    <w>Tuż za dziećmi paw siedział i piór swych obręcze</w>
    <w>Szeroko rozprzestrzenił w różnofarbną tęczę,</w>
    <w>Na której główki białe, jak na tle obrazku,</w>
    <w>Rzucone w ciemny błękit, nabierały blasku,</w>
    <w>Obrysowane wkoło kręgiem pawich oczu</w>
    <w>Jak wiankiem gwiazd, świeciły w zbożu jak w przezroczu,</w>
    <w>Pomiędzy kukuruzy złocistymi laski</w>
    <w>I angielską trawicą posrebrzaną w paski,</w>
    <w>I szczyrem koralowym, i zielonym ślazem,</w>
    <w>Których kształty i barwy mieszały się razem,</w>
    <w>Niby krata ze srebra i złota pleciona,</w>
    <w>A powiewna od wiatru jak lekka zasłona</w>
  <str/>
  
    <w>Nad gęstwą różnofarbnych kłosów i badylów</w>
    <w>Wisiała jak baldakim jasna mgła motylów</w>
    <w>Zwanych babkami, których poczwórne skrzydełka,</w>
    <w>Lekkie jak pajęczyna, przejrzyste jak szkiełka,</w>
    <w>Gdy w powietrzu zawisną, zaledwie widome,</w>
    <w>I chociaż brzęczą, myślisz, że są nieruchome.</w>
  <str/>
  
    <w>Dziewczyna powiewała podniesioną w ręku</w>
    <w>Szarą kitką, podobną do piór strusich pęku,</w>
    <w>Nią zdała się oganiać główki niemowlęce</w>
    <w>Od złotego motylów deszczu, &mdash; w drugiej ręce</w>
    <w>Coś u niej rogatego, złocistego świeci,</w>
    <w>Zdaje się, że naczynie do karmienia dzieci,</w>
    <w>Bo je zbliżała dzieciom do ust po kolei,</w>
    <w>Miało zaś kształt złotego rogu Amaltei.</w>
  <str/>
  
    <w>Tak zatrudniona, przecież obracała głowę</w>
    <w>Na pamiętne szelestem krzaki agrestowe,</w>
    <w>Nie widząc, że napastnik już z przeciwnej strony</w>
    <w>Zbliżył się, czołgając się jak wąż przez zagony;</w>
    <w>Aż wyskoczył z łopuchu; spójrzała, &mdash; stał blisko,</w>
    <w>O cztery grzędy od niej, i kłaniał się nisko.</w>
    <w>Już głowę odwróciła i wzniosła ramiona,</w>
    <w>I zrywała się lecieć jak kraska spłoszona,</w>
    <w>I już lekkie jej stopy wionęły nad liściem,</w>
    <w>Kiedy dzieci, przelękłe podróżnego wniściem</w>
    <w>I ucieczką dziewczyny, wrzasnęły okropnie;</w>
    <w>Posłyszała, uczuła, że jest nieroztropnie</w>
    <w>Dziatwę małą, przelękłą i samą porzucić:</w>
    <w>Wracała wstrzymując się, lecz musiała wrócić,</w>
    <w>Jak niechętny duch, wróżka przyzwany zaklęciem,</w>
    <w>Przybiegła z najkrzykliwszym bawić się dziecięciem,</w>
    <w>Siadła przy nim na ziemi, wzięła je na łono,</w>
    <w>Drugie głaskała ręką i mową pieszczoną;</w>
    <w>Aż się uspokoiły, objąwszy w rączęta</w>
    <w>Jej kolana i tuląc główki jak pisklęta</w>
    <w>Pod skrzydło matki. Ona rzekła: &lguillemet;Czy to pięknie</w>
    <w>Tak krzyczeć? czy to grzecznie? Ten pan was się zlęknie</w>
    <w>Ten pan nie przyszedł straszyć; to nie dziad szkaradny,</w>
    <w>To gość, dobry pan, patrzcie tylko, jaki ładny&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Sama spojrzała: Hrabia uśmiechnął się mile</w>
    <w>I widocznie był wdzięczen jej za pochwał tyle;</w>
    <w>Postrzegła się, umilkła, oczy opuściła</w>
    <w>I jako róży pączek cała się spłoniła.</w>
  <str/>
  
    <w>W istocie był to piękny pan: słusznej urody,</w>
    <w>Twarz miał pociągłą, blade, lecz świeże jagody,</w>
    <w>Oczy modre, łagodne, włos długi, białawy;</w>
    <w>Na włosach listki ziela i kosmyki trawy,</w>
    <w>Które Hrabia oberwał pełznąc przez zagony,</w>
    <w>Zieleniły się jako wieniec rozpleciony.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;O ty! rzekł, jakimkolwiek uczczę cię imieniem,</w>
    <w>Bóstwem jesteś czy nimfą, duchem czy widzeniem!</w>
    <w>Mów! własna-li cię wola na ziemię sprowadza</w>
    <w>Obca-li więzi ciebie na padole władza?</w>
    <w>Ach, domyślam się, &mdash; pewnie wzgardzony miłośnik,</w>
    <w>Jaki pan możny, albo opiekun zazdrośnik</w>
    <w>W tym cię parku zamkowym jak zaklętą strzeże!</w>
    <w>Godna, by o cię bronią walczyli rycerze,</w>
    <w>Byś została romansów heroiną smutnych!</w>
    <w>Odkryj mi, Piękna, tajnie twych losów okrutnych!</w>
    <w>Znajdziesz wybawiciela, &mdash; odtąd twym skinieniem,</w>
    <w>Jak rządzisz sercem moim, tak rządź mym ramieniem&rguillemet;.</w>
    <w>Wyciągnął ramię.<str/>Ona z rumieńcem dziewiczym,</w>
    <w>Ale z rozweselonym słuchała obliczem:</w>
    <w>Jak dziecię lubi widzieć obrazki jaskrawe</w>
    <w>I w liczmanach błyszczących znajduje zabawę,</w>
    <w>Nim rozezna ich wartość, tak się słuch jej pieści</w>
    <w>Z dźwięcznymi słowy, których nie pojęła treści.</w>
    <w>Na koniec zapytała: &lguillemet;Skąd tu Pan przychodzi?</w>
    <w>I czego tu po grzędach szuka Pan Dobrodzi&eacute;j&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia oczy roztworzył, zmieszany, zdziwiony,</w>
    <w>Milczał; wreszcie zniżając swej rozmowy tony:</w>
    <w>&lguillemet;Przepraszam, rzekł, Panienko! widzę, żem pomieszał</w>
    <w>Zabawy! ach, przepraszam, jam właśnie pośpieszał</w>
    <w>Na śniadanie: już późno, chciałem na czas zdążyć;</w>
    <w>Panienka wie, że drogą trzeba wkoło krążyć,</w>
    <w>Przez ogród, zdaje mi się, jest do dworu prości&eacute;j&rguillemet;.</w>
    <w>Dziewczyna rzekła: &lguillemet;Tędy droga Jegomości;</w>
    <w>Tylko grząd psuć nie trzeba; tam między murawą</w>
    <w>Ścieżka&rguillemet;. &mdash; &lguillemet;W lewo, zapytał Hrabia, czy na prawo?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Ogrodniczka, podniosłszy błękitne oczęta,</w>
    <w>Zdawała się go badać, ciekawością zdjęta:</w>
    <w>Bo dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni,</w>
    <w>A Hrabia drogi pyta? Ale Hrabia do ni&eacute;j</w>
    <w>Chciał koniecznie coś mówić i szukał powodu</w>
    <w>Rozmowy. &mdash;  &lguillemet;Panna mieszka tu? blisko ogrodu?</w>
    <w>Czy na wsi? jak to było, żem Panny we dworze</w>
    <w>Nie widział? czy niedawno tu? przyjezdna może?&rguillemet;</w>
    <w>Dziewczę wstrząsnęło głową. &mdash; &lguillemet;Przepraszam, Panienko,</w>
    <w>Czy nie tam pokój Panny, gdzie owe okienko?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Myślił zaś w duchu: jeśli nie jest heroiną</w>
    <w>Romansów, jest młodziuchną, prześliczną dziewczyną.</w>
    <w>Zbyt często wielka dusza, myśl wielka, ukryta</w>
    <w>W samotności, jak róża śród lasów rozkwita;</w>
    <w>Dosyć ją wynieść na świat, postawić przed słońcem,</w>
    <w>Aby widzów zdziwiła jasnych barw tysiącem!</w>
  <str/>
  
    <w>Ogrodniczka tymczasem powstała w milczeniu,</w>
    <w>Podniosła jedno dziecię zwisłe na ramieniu,</w>
    <w>Drugie wzięła za rękę, a kilkoro przodem</w>
    <w>Zaganiając jak gąski, szła dalej ogrodem.</w>
  <str/>
  
    <w>Odwróciwszy się rzekła: &lguillemet;Czy też Pan nie może</w>
    <w>Rozbiegłe moje ptastwo wpędzić nazad w zboże?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Ja ptastwo pędzać?&rguillemet; krzyknął Hrabia z zadziwieniem;</w>
    <w>Ona tymczasem znikła zakryta drzew cieniem.</w>
    <w>Chwilę jeszcze z szpaleru przez majowe zwoje</w>
    <w>Przeświecało coś na wskróś, jakby oczu dwoje.</w>
  <str/>
  
    <w>Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie:</w>
    <w>Dusza jego, jak ziemia po słońca zachodzie,</w>
    <w>Ostygała powoli, barwy brała ciemne;</w>
    <w>Zaczął marzyć, lecz sny miał bardzo nieprzyjemne.</w>
    <w>Zbudził się, sam nie wiedząc, na kogo się gniewał;</w>
    <w>Niestety, mało znalazł! nadto się spodziewał!</w>
    <w>Bo gdy zagonem pełznął ku owej pasterce,</w>
    <w>Paliło mu się w głowie, skakało w nim serce;</w>
    <w>Tyle wdzięków w tajemnej nimfie upatrywał,</w>
    <w>W tyle ją cudów ubrał, tyle odgadywał!</w>
    <w>Wszystko znalazł inaczej: prawda, że twarz ładną,</w>
    <w>Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną!</w>
    <w>A owa pulchność liców i rumieńca żywość,</w>
    <w>Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość!</w>
    <w>Znak, że myśl jeszcze drzemie, że serce nieczynne!</w>
    <w>I owe odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne!</w>
    <w>&lguillemet;Po cóż się łudzić, krzyknął, zgaduję po czasie!</w>
    <w>Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Z nimfy zniknieniem całe czarowne przezrocze</w>
    <w>Zmieniło się: te wstęgi, te kraty urocze,</w>
    <w>Złote, srebrne, niestety! więc to była słoma?</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia z załamanymi poglądał rękoma</w>
    <w>Na snopek uwiązanej trawami mietlicy,</w>
    <w>Którą brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy</w>
    <w>Nie zapomniał naczynia: złocista konewka,</w>
    <w>Ów różek Amaltei, była to marchewka!</w>
    <w>Widział ją w ustach dziecka pożeraną chciwie:</w>
    <w>Więc było po uroku! po czarach! po dziwie!</w>
  <str/>
  
    <w>Tak chłopiec, kiedy ujrzy cykoryi kwiaty,</w>
    <w>Wabiące dłoń miękkimi, lekkimi bławaty,</w>
    <w>Chce je pieścić, zbliża się, dmuchnie, i z podmuchem</w>
    <w>Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem,</w>
    <w>A w ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy</w>
    <w>Nagą łodygę szarozielonawej trawy.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia wcisnął na oczy kapelusz i wracał</w>
    <w>Tamtędy, kędy przyszedł, ale drogę skracał</w>
    <w>Stąpając po jarzynach, kwiatach i agreście,</w>
    <w>Aż przeskoczywszy parkan odetchnął nareście!</w>
    <w>Przypomniał, że dziewczynie mówił o śniadaniu;</w>
    <w>Może już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu</w>
    <w>W ogrodzie, blisko domu? może szukać wyślą?</w>
    <w>Postrzegli, że uciekał? kto wie, co pomyślą?</w>
    <w>Więc wypadało wrócić. Chyląc się u płotów,</w>
    <w>Około miedz i zielska, po tysiącach zwrotów</w>
    <w>Rad był przecież, że wyszedł w końcu na gościniec,</w>
    <w>Który prosto prowadził na dworski dziedziniec.</w>
    <w>Szedł przy płocie, a głowę odwracał od sadu,</w>
    <w>Jak złodziej od śpichlerza, aby nie dać śladu,</w>
    <w>Że go myśli nawiedzić albo już nawiedził.</w>
    <w>Tak Hrabia był ostróżny, choć go nikt nie śledził;</w>
    <w>Patrzył w stronę przeciwną ogrodu, na prawo.</w>
  <str/>
  
    <w>Był gaj z rzadka zarosły, wysłany murawą;</w>
    <w>Po jej kobiercach, na wskroś białych pniów brzozowych,</w>
    <w>Pod namiotem obwisłych gałęzi majowych,</w>
    <w>Snuło się mnóstwo kształtów, których dziwne ruchy,</w>
    <w>Niby tańce, i dziwny ubiór: istne duchy</w>
    <w>Błądzące po księżycu. Tamci w czarnych, ciasnych,</w>
    <w>Ci w długich, rozpuszczonych szatach, jak śnieg jasnych;</w>
    <w>Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim,</w>
    <w>Ten z gołą głową; inni, jak gdyby obłokiem</w>
    <w>Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony,</w>
    <w>Ciągnące się za głową jak komet ogony.</w>
    <w>Każdy w innej postawie: ten przyrosł do ziemi,</w>
    <w>Tylko oczyma kręci na dół spuszczonemi;</w>
    <w>Ów, patrząc wprost przed siebie, niby senny kroczy</w>
    <w>Jak po linie, ni w prawo, ni w lewo nie zboczy;</w>
    <w>Wszyscy zaś ciągle w różne schylają się strony</w>
    <w>Aż do ziemi, jak gdyby wybijać pokłony.</w>
    <w>Jeżeli się przybliżą albo się spotkają,</w>
    <w>Ani mówią do siebie, ani się witają,</w>
    <w>Głęboko zadumani, w sobie pogrążeni.</w>
    <w>Hrabia widział w nich obraz elizejskich cieni,</w>
    <w>Które chociaż boleściom, troskom niedostępne,</w>
    <w>Błąkają się spokojne, ciche, lecz posępne.</w>
  <str/>
  
    <w>Któż by zgadnął, że owi, tak mało ruchomi,</w>
    <w>Owi milczący ludzie &mdash; są nasi znajomi?</w>
    <w>Sędziowscy towarzysze! z hucznego śniadania</w>
    <w>Wyszli na uroczysty obrzęd grzybobrania:</w>
    <w>Jako ludzie rozsądni, umieją miarkować</w>
    <w>Mowy i ruchy swoje, aby je stosować</w>
    <w>W każdej okoliczności do miejsca i czasu.</w>
    <w>Dlatego, nim ruszyli za Sędzią do lasu,</w>
    <w>Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne,</w>
    <w>Służące do przechadzki opończe płócienne,</w>
    <w>Którymi osłaniają po wierzchu kontusze,</w>
    <w>A na głowy słomiane wdziali kapelusze,</w>
    <w>Stąd biali wyglądają jak czyscowe dusze.</w>
    <w>Młodzież także przebrana, oprocz Telimeny</w>
    <w>I kilku po francusku chodzących.<str/>Tej sceny</w>
    <w>Hrabia nie pojął, nie znał wiejskiego zwyczaju,</w>
    <w>Więc zdziwiony niezmiernie biegł pędem do gaju.</w>
    <w>Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice,</w>
    <w>Tyle w pieśniach litewskich sławione <i>lisice</i>,</w>
    <w>Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,</w>
    <w>I dziwna, żaden owad na nich nie usiada.</w>
    <w>Panienki za wysmukłym gonią <i>borowikiem</i>,</w>
    <w>Którego pieśń nazywa grzybów pułkownikiem.</w>
    <w>Wszyscy dybią na <i>rydza</i>; ten wzrostem skromniejszy</w>
    <w>I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,</w>
    <w>Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,</w>
    <w>Czy zimą. Ale Wojski zbierał <i>muchomory</i>.</w>
  <str/>
  
    <w>Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku</w>
    <w>Dla szkodliwości albo niedobrego smaku;</w>
    <w>Lecz nie są bez użytku, one zwierza pasą</w>
    <w>I gniazdem są owadów i gajów okrasą.</w>
    <w>Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi</w>
    <w>Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi</w>
    <w><i>Surojadki</i> srebrzyste, żółte i czerwone,</w>
    <w>Niby czareczki różnym winem napełnione;</w>
    <w><i>Koźlak</i>, jak przewrócone kubka dno wypukłe,</w>
    <w>Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,</w>
    <w><i>Bielaki</i> krągłe, białe, szerokie i płaskie,</w>
    <w>Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,</w>
    <w>I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona</w>
    <w><i>Purchawka</i>, jak pieprzniczka &mdash; zaś innych imiona</w>
    <w>Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku,</w>
    <w>Od ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku.</w>
    <w>Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy,</w>
    <w>A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy,</w>
    <w>Zagniewany, grzyb złamie albo nogą kopnie;</w>
    <w>Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.</w>
    <w>Telimena ni wilczych, ni ludzkich nie zbiera,</w>
    <w>Roztargniona, znudzona, dokoła spoziera,</w>
    <w>Z głową w górę zadartą. Więc pan Rejent w gniewie</w>
    <w>Mówił o niej, że grzybów szukała na drzewie;</w>
    <w>Asesor ją złośliwiej równał do samicy,</w>
    <w>Która miejsca na gniazdo szuka w okolicy.</w>
  <str/>
  
    <w>Jakoż zdała się szukać samotności, ciszy,</w>
    <w>Oddalała się z wolna od swych towarzyszy</w>
    <w>I szła lasem na wzgórek pochyło wyniosły,</w>
    <w>Ocieniony, bo drzewa gęściej na nim rosły.</w>
    <w>W środku szarzał się kamień; strumień spod kamienia</w>
    <w>Szumiał, tryskał i zaraz, jakby szukał cienia,</w>
    <w>Chował się między gęste i wysokie zioła,</w>
    <w>Które wodą pojone bujały dokoła;</w>
    <w>Tam ów bystry swawolnik, spowijany w trawy</w>
    <w>I liściem podesłany, bez ruchu, bez wrzawy,</w>
    <w>Niewidzialny i ledwie dosłyszany szepce,</w>
    <w>Jako dziecię krzykliwe złożone w kolebce,</w>
    <w>Gdy matka nad nim zwiąże firanki majowe</w>
    <w>I liścia makowego nasypie pod głowę.</w>
    <w>Miejsce piękne i ciche, tu się często schrania</w>
    <w>Telimena, zowiąc je <i>Świątynią dumania</i>.</w>
  <str/>
  
    <w>Stanąwszy nad strumieniem, rzuciła na trawnik</w>
    <w>Z ramion swój szal powiewny, czerwony jak krwawnik,</w>
    <w>I podobna pływaczce, która do kąpieli</w>
    <w>Zimnej schyla się, nim się zanurzyć ośmieli,</w>
    <w>Klęknęła i powoli chyliła się bokiem;</w>
    <w>Wreszcie, jakby porwana koralu potokiem,</w>
    <w>Upadła nań i cała wzdłuż się rozpostarła,</w>
    <w>Łokcie na trawie, skronie na dłoniach oparła,</w>
    <w>Z głową w dół skłonioną; na dole, u głowy,</w>
    <w>Błysnął francuskiej książki papier welinowy;</w>
    <w>Nad alabastrowymi stronicami księgi</w>
    <w>Wiły się czarne pukle i różowe wstęgi.</w>
  <str/>
  
    <w>W szmaragdzie bujnych traw, na krwawnikowym szalu,</w>
    <w>W sukni długiej, jak gdyby w powłoce koralu,</w>
    <w>Od której odbijał się włos z jednego końca,</w>
    <w>Z drugiego czarny trzewik; po bokach błyszcząca</w>
    <w>Śnieżną pończoszką, chustką, białością rąk, lica,</w>
    <w>Wydawała się z dala jak pstra gąsienica,</w>
    <w>Gdy wpełźnie na zielony liść klonu.<str/>Niestety!</w>
    <w>Wszystkie tego obrazu wdzięki i zalety</w>
    <w>Darmo czekały znawców, nikt nie zważał na nie,</w>
    <w>Tak mocno zajmowało wszystkich grzybobranie.</w>
    <w>Tadeusz przecież zważał i w bok strzelał okiem,</w>
    <w>I nie śmiejąc iść prosto, przysuwał się bokiem:</w>
    <w>Jak strzelec, gdy w ruchomej, gałęzistej szopie,</w>
    <w>Usiadłszy na dwóch kołach, podjeżdża na dropie,</w>
    <w>Albo na siewki idąc, przy koniu się kryje,</w>
    <w>Strzelbę złoży na siodle lub pod końską szyję,</w>
    <w>Niby to bronę włóczy, niby jedzie miedzą,</w>
    <w>A coraz się przybliża, kędy ptaki siedzą,</w>
    <w>Tak skradał się Tadeusz.<str/>Sędzia czaty zmieszał</w>
    <w>I przeciąwszy mu drogę, do źródła pośpieszał.</w>
    <w>Z wiatrem igrały białe poły szarafana</w>
    <w>I wielka chustka w pasie końcem uwiązana;</w>
    <w>Słomiany, podwiązany kapelusz od ruchu</w>
    <w>Nagłego chwiał się z wiatrem jako liść łopuchu,</w>
    <w>Spadając to na barki, to znowu na oczy;</w>
    <w>W ręku ogromna laska: tak pan Sędzia kroczy.</w>
    <w>Schyliwszy się i ręce obmywszy w strumieniu,</w>
    <w>Usiadł przed Telimeną na wielkim kamieniu</w>
    <w>I wsparłszy się oburącz na gałkę słoniową</w>
    <w>Trzciny ogromnej, z taką ozwał się przemową:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Widzi Aśćka, od czasu jak tu u nas gości</w>
    <w>Tadeuszek, niemało mam niespokojności;</w>
    <w>Jestem bezdzietny, stary; ten dobry chłopczyna</w>
    <w>Wszak to moja na świecie pociecha jedyna,</w>
    <w>Przyszły dziedzic fortunki mojej. Z łaski nieba</w>
    <w>Zostawię mu kęs niezły szlacheckiego chleba;</w>
    <w>Już mu też czas obmyśleć los, postanowienie;</w>
    <w>Ale zważaj no, Aśćka, moje utrapienie!</w>
    <w>Wiesz, że pan Jacek, brat mój, Tadeusza ociec,</w>
    <w>Dziwny człowiek, zamiarów jego trudno dociec,</w>
    <w>Nie chce wracać do kraju, Bóg wie gdzie się kryje,</w>
    <w>Nawet nie chce synowi oznajmić, że żyje,</w>
    <w>A ciągle nim zarządza. Naprzód w legijony</w>
    <w>Chciał go posyłać; byłem okropnie zmartwiony.</w>
    <w>Potem zgodził się przecie, by w domu pozostał</w>
    <w>I żeby się ożenił. Jużbyć żony dostał;</w>
    <w>Partyję upatrzyłem; nikt z obywateli</w>
    <w>Nie wyrówna z imienia ani z parenteli</w>
    <w>Podkomorzemu; jego starsza córka Anna</w>
    <w>Jest na wydaniu, piękna i posażna panna.</w>
    <w>Chciałem zagaić&rguillemet;. &mdash; Na to Telimena zbladła,</w>
    <w>Złożyła książkę, wstała nieco i usiadła.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Jak mamę kocham, rzekła, czy to, Panie Bracie,</w>
    <w>Jest w tym sens jaki? czy wy Boga w sercu macie?</w>
    <w>To myślisz Tadeusza zostać dobrodziejem,</w>
    <w>Jeśli młodego chłopca zrobisz grykosiejem!</w>
    <w>Świat mu zawiążesz! wierz mi, kląć was kiedyś będzie!</w>
    <w>Zakopać taki talent w lasach i na grzędzie!</w>
    <w>Wierz mi, ile poznałam, pojętne to dziecię,</w>
    <w>Warto, żeby na wielkim przetarło się świecie;</w>
    <w>Dobrze Brat zrobi, gdy go do stolicy wyśle;</w>
    <w>Na przykład do Warszawy? lub wie Brat, co myślę,</w>
    <w>Żeby do Peterburka? Ja pewnie tej zimy</w>
    <w>Pojadę tam dla sprawy; razem ułożymy,</w>
    <w>Co zrobić z Tadeuszem; znam tam wiele osób,</w>
    <w>Mam wpływy: to najlepszy kreacyi sposób.</w>
    <w>Za mą pomocą znajdzie wstęp w najpierwsze domy,</w>
    <w>A kiedy będzie ważnym osobom znajomy,</w>
    <w>Dostanie urząd, order; wtenczas niech porzuci</w>
    <w>Służbę, jeżeli zechce, niech do domu wróci,</w>
    <w>Mając już i znaczenie, i znajomość świata.</w>
    <w>I cóż Brat myśli o tym?&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Jużci, w młode lata,</w>
    <w>Rzekł Sędzia, nieźle chłopcu trochę się przewietrzyć,</w>
    <w>Obejrzeć się na świecie, między ludźmi przetrzeć;</w>
    <w>Ja za młodu niemało świata objechałem:</w>
    <w>Byłem w Piotrkowie, w Dubnie, to za trybunałem</w>
    <w>Jadąc jako palestrant, to własne swe sprawy</w>
    <w>Forytując, jeździłem nawet do Warszawy.</w>
    <w>Człek niemało skorzystał! chciałbym i synowca</w>
    <w>Wysłać pomiędzy ludzie, prosto jak wędrowca,</w>
    <w>Jak czeladnika, który terminuje lata,</w>
    <w>Ażeby nabył trochę znajomości świata.</w>
    <w>Nie dla rang ni orderów! proszę uniżenie,</w>
    <w>Ranga moskiewska, order, cóż to za znaczenie?</w>
    <w>Któryż to z dawnych panów, ba, nawet dzisiejszych,</w>
    <w>Między szlachtą w powiecie nieco zamożniejszych,</w>
    <w>Dba o podobne fraszki; przecież są w estymie</w>
    <w>U ludzi, bo szanujem w nich ród, dobre imię,</w>
    <w>Albo urząd, lecz ziemski, przyznany wyborem</w>
    <w>Obywatelskim, nie zaś czyimś tam faworem&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena przerwała: &lguillemet;Jeśli Brat tak myśli,</w>
    <w>Tym lepiej, więc go jako wojażera wyślij&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Widzi Siostra, rzekł Sędzia skrobiąc smutnie głowę,</w>
    <w>Chciałbym bardzo, cóż, kiedy mam trudności nowe!</w>
    <w>Pan Jacek nie wypuszcza z opieki swej syna</w>
    <w>I przysłał mi tu właśnie na kark bernardyna</w>
    <w>Robaka, który przybył z tamtej strony Wisły,</w>
    <w>Przyjaciel brata, wszystkie wie jego zamysły;</w>
    <w>A więc o Tadeusza już wyrzekli losie</w>
    <w>I chcą, by się ożenił, aby pojął Zosię,</w>
    <w>Wychowankę Wać Pani; oboje dostaną,</w>
    <w>Oprocz fortunki mojej, z łaski Jacka wiano</w>
    <w>W kapitałach; wiesz Aśćka, że ma kapitały,</w>
    <w>I z łaski jego mam też fundusz prawie cały,</w>
    <w>Ma więc prawo rozrządzać. &mdash; Aśćka pomyśl o tem,</w>
    <w>Żeby się to zrobiło z najmniejszym kłopotem;</w>
    <w>Trzeba ich z sobą poznać. Prawda, bardzo młodzi,</w>
    <w>Szczególnie Zosia mała, lecz to nic nie szkodzi;</w>
    <w>Czas by już Zośkę wreszcie wydobyć z zamknięcia,</w>
    <w>Bo wszakci to już pono wyrasta z dziecięcia&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena, zdziwiona i prawie wylękła,</w>
    <w>Podnosiła się coraz, na szalu uklękła;</w>
    <w>Zrazu słuchała, pilnie potem dłoni ruchem</w>
    <w>Przeczyła, ręką żwawo wstrząsając nad uchem,</w>
    <w>Odpędzając  jak owad nieprzyjemne słowa</w>
    <w>Na powrót w usta mówcy.<str/>&lguillemet;A! a! to rzecz nowa!</w>
    <w>Czy to Tadeuszowi szkodzi, czy nie szkodzi,</w>
    <w>Rzekła z gniewem, sądź o tym sam Wać Pan Dobrodziej;</w>
    <w>Mnie nic do Tadeusza, sami o nim radźcie,</w>
    <w>Zróbcie go ekonomem, lub w karczmie posadźcie,</w>
    <w>Niech szynkuje, lub z lasu niech źwierzynę znosi:</w>
    <w>Z nim sobie, co zechcecie, zróbcie; lecz do Zosi?</w>
    <w>Co Wać Państwu do Zosi? Ja jej ręką rządzę,</w>
    <w>Ja sama! Że pan Jacek dawał był pieniądze</w>
    <w>Na wychowanie Zosi, i że jej wyznaczył</w>
    <w>Małą pensyjkę roczną, więcej przyrzec raczył,</w>
    <w>Toć jej jeszcze nie kupił. Zresztą Państwo wiecie,</w>
    <w>I dotąd jeszcze o tym wiadomo na świecie,</w>
    <w>Że hojność Państwa dla nas nie jest bez powodu,</w>
    <w>Winni coś Soplicowie dla Horeszków rodu&rguillemet;.</w>
    <w>(Tej części mowy Sędzia słuchał z niepojętem</w>
    <w>Pomieszaniem, żałością i widocznym wstrętem;</w>
    <w>Jakby lękał się reszty mowy, głowę skłonił</w>
    <w>I ręką potakując, mocno się zapłonił).</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena kończyła: &lguillemet;Byłam jej piastunką,</w>
    <w>Jestem krewną, jedyną Zosi opiekunką.</w>
    <w>Nikt oprócz mnie nie będzie myślił o jej szczęściu&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;A jeśli ona szczęście znajdzie w tym zamęściu?&rguillemet;</w>
    <w>Rzekł Sędzia wzrok podnosząc. &lguillemet;Jeśli Tadeuszka</w>
    <w>Podoba?&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Czy podoba? to na wierzbie gruszka</w>
    <w>Podoba, nie podoba, a to mi rzecz ważna!</w>
    <w>Zosia nie będzie, prawda, partyja posażna,</w>
    <w>Ale też nie jest z lada wsi, lada szlachcianka,</w>
    <w>Idzie z Jaśnie Wielmożnych, jest Wojewodzianka,</w>
    <w>Rodzi się z Horeszkówny; małżonka dostanie!</w>
    <w>Staraliśmy się tyle o jej wychowanie!</w>
    <w>Chybaby tu zdziczała&rguillemet;. &mdash; Sędzia pilnie słuchał</w>
    <w>Patrząc w oczy; zdało się, że się udobruchał,</w>
    <w>Bo rzekł dosyć wesoło: &lguillemet;No, to i cóż robić,</w>
    <w>Bóg widzi, szczerze chciałem interesu dobić;</w>
    <w>Tylko bez gniewu. Jeśli Aśćka się nie zgodzi,</w>
    <w>Aśćka ma prawo; smutno &mdash; gniewać się nie godzi;</w>
    <w>Radziłem, bo brat kazał, nikt tu nie przymusza;</w>
    <w>Gdy Aśćka rekuzuje pana Tadeusza,</w>
    <w>Odpisuję Jackowi, że nie z mojej winy</w>
    <w>Nie dojdą Tadeusza z Zosią zaręczyny.</w>
    <w>Teraz sam będę radzić; pono z Podkomorzym</w>
    <w>Zagaimy swatostwo i resztę ułożym&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Przez ten czas Telimena ostygła z zapału:</w>
    <w>&lguillemet;Ja nic nie rekuzuję, Braciszku, pomału!</w>
    <w>Sam mówiłeś, że jeszcze za wcześnie, &mdash; zbyt młodzi, &mdash;</w>
    <w>Rozpatrzmy się, czekajmy, nic to nie zaszkodzi,</w>
    <w>Poznajmy z sobą państwa młodych; będziem zważać,</w>
    <w>Nie można szczęścia drugich tak na traf narażać;</w>
    <w>Ostrzegam tylko wcześnie, niech Brat Tadeusza</w>
    <w>Nie namawia, kochać się w Zosi nie przymusza,</w>
    <w>Bo serce nie jest sługa, nie zna, co to pany,</w>
    <w>I nie da się przemocą okuwać w kajdany&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Za czym Sędzia, powstawszy, odszedł zamyślony;</w>
    <w>Pan Tadeusz z przeciwnej przybliżał się strony</w>
    <w>Udając, że szukanie grzybów tam go zwabia;</w>
    <w>W tymże kierunku z wolna posuwał się Hrabia.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia podczas Sędziego sporów z Telimeną</w>
    <w>Stał za drzewami, mocno zdziwiony tą sceną;</w>
    <w>Dobył z kieszeni papier i ołówek, sprzęty,</w>
    <w>Które zawsze miał z sobą, i na pień wygięty</w>
    <w>Rozpiąwszy kartkę, widać, że obraz malował,</w>
    <w>Mówiąc sam z sobą: &lguillemet;Jakbyś umyślnie grupował:</w>
    <w>Ten na głazie, ta w trawie, grupa malownicza!</w>
    <w>Głowy charakterowe! z kontrastem oblicza!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Podchodził, wstrzymywał się, lornetkę przecierał,</w>
    <w>Oczy chustką obwiewał i coraz spozierał:</w>
    <w>&lguillemet;Miałożby to cudowne, śliczne widowisko</w>
    <w>Zginąć albo zmienić się, gdy podejdę blisko?</w>
    <w>Ten aksamit traw będzież to mak i botwinie?</w>
    <w>W nimfie tej czyż obaczę jaką ochmistrzynię?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Choć Hrabia Telimenę już dawniej widywał</w>
    <w>W domu Sędziego, w którym dosyć często bywał,</w>
    <w>Lecz mało ją uważał; zadziwił się zrazu,</w>
    <w>Rozeznając w niej model swojego obrazu.</w>
    <w>Miejsca piękność, postawy wdzięk i gust ubrania</w>
    <w>Zmieniły ją, zaledwie była do poznania.</w>
    <w>W oczach świeciły jeszcze niezagasłe gniewy;</w>
    <w>Twarz ożywiona wiatru świeżymi powiewy,</w>
    <w>Sporem z Sędzią i nagłym przybyciem młodzieńców,</w>
    <w>Nabrała mocnych, żywszych niż zwykle rumieńców.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Pani, rzekł Hrabia, racz mej śmiałości darować,</w>
    <w>Przychodzę i przepraszać, i razem dziękować.</w>
    <w>Przepraszać, że jej kroków śledziłem ukradkiem,</w>
    <w>I dziękować, że byłem jej dumania świadkiem;</w>
    <w>Tyle ją obraziłem! winienem jej tyle!</w>
    <w>Przerwałem chwile dumań: winienem ci chwile</w>
    <w>Natchnienia! chwile błogie! potępiaj człowieka,</w>
    <w>Ale sztukmistrz twojego przebaczenia czeka!</w>
    <w>Na wielem się odważył, na więcej odważę!</w>
    <w>Sądź!&rguillemet; &mdash; tu ukląkł i podał swoje peizaże.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena sądziła malowania proby</w>
    <w>Tonem grzecznej, lecz sztukę znającej osoby;</w>
    <w>Skąpa w pochwały, lecz nie szczędziła zachętu:</w>
    <w>&lguillemet;Brawo, rzekła, winszuję, niemało talentu.</w>
    <w>Tylko Pan nie zaniedbuj; szczególniej potrzeba</w>
    <w>Szukać pięknej natury! O, szczęśliwe nieba</w>
    <w>Krajów włoskich! różowe Cezarów ogrody!</w>
    <w>VVy, klasyczne Tyburu spadające wody!</w>
    <w>I straszne Pauzylipu skaliste wydroże!</w>
    <w>To, Hrabio, kraj malarzów! U nas, żal się Boże.</w>
    <w>Dziecko muz, w Soplicowie oddane na mamki,</w>
    <w>Umrze pewnie. Mój Hrabio, oprawię to w ramki</w>
    <w>Albo w album umieszczę, do rysunków zbiorku,</w>
    <w>Które zewsząd skupiałam: mam ich dosyć w biurku&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitach,</w>
    <w>Morskich szumach, i wiatrach wonnych, i skał szczytach,</w>
    <w>Mieszając tu i ówdzie, podróżnych zwyczajem,</w>
    <w>Śmiech i urąganie się nad ojczystym krajem.</w>
  <str/>
  
    <w>A przecież wokoło nich ciągnęły się lasy</w>
    <w>Litewskie! tak poważne i tak pełne krasy! &mdash;</w>
    <w>Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem,</w>
    <w>Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem,</w>
    <w>Leszczyna jak menada z zielonymi berły,</w>
    <w>Ubranymi jak w grona, w orzechowe perły;</w>
    <w>A niżej dziatwa leśna: głóg w objęciu kalin,</w>
    <w>Ożyna czarne usta tuląca do malin.</w>
    <w>Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce,</w>
    <w>Jak do tańca stające panny i młodzieńce</w>
    <w>Wkoło pary małżonków. Stoi pośród grona</w>
    <w>Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona</w>
    <w>Wysmukłością kibici i barwy powabem,</w>
    <w>Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem</w>
    <w>A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki</w>
    <w>Patrzą siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki,</w>
    <w>Tam matrony topole i mchami brodaty</w>
    <w>Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty,</w>
    <w>Wspiera się, jak na grobów połamanych słupach,</w>
    <w>Na dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach.</w>
  <str/>
  
    <w>Pan Tadeusz kręcił się nudząc niepomału</w>
    <w>Długą rozmową, w której nie mógł brać udziału;</w>
    <w>Aż gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje</w>
    <w>I wyliczać z kolei wszystkich drzew rodzaje:</w>
    <w>Pomarańcze, cyprysy, oliwki, migdały,</w>
    <w>Kaktusy, aloesy, mahonie, sandały,</w>
    <w>Cytryny, bluszcz, orzechy włoskie, nawet figi,</w>
    <w>Wysławiając ich kształty, kwiaty i łodygi, &mdash;</w>
    <w>Tadeusz nie przestawał dąsać się i zżymać,</w>
    <w>Na koniec nie mógł dłużej od gniewu wytrzymać.</w>
  <str/>
  
    <w>Był on prostak, lecz umiał czuć wdzięk przyrodzenia,</w>
    <w>I patrząc w las ojczysty, rzekł pełen natchnienia:</w>
    <w>&lguillemet;Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie</w>
    <w>Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie</w>
    <w>I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi;</w>
    <w>Któreż równać się może z drzewami naszemi?</w>
    <w>Czy aloes z długimi jak konduktor pałki?</w>
    <w>Czy cytryna karlica z złocistymi gałki,</w>
    <w>Z liściem lakierowanym, krótka i pękata,</w>
    <w>Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata?</w>
    <w>Czy zachwalony cyprys, długi, cienki, chudy!</w>
    <w>Co zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy?</w>
    <w>Mówią, że bardzo smutnie wygląda na grobie:</w>
    <w>Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie,</w>
    <w>Nie śmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić,</w>
    <w>Aby się etykiecie niczym nie sprzeciwić.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina,</w>
    <w>Która jako wieśniaczka, kiedy płacze syna,</w>
    <w>Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy</w>
    <w>Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy!</w>
    <w>Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha!</w>
    <w>Czemuż Pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha,</w>
    <w>Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi?</w>
    <w>Prawdziwie, będą z Pana żartować sąsiedzi,</w>
    <w>Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie,</w>
    <w>Malujesz tylko jakieś skały i pustynie&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Przyjacielu! rzekł Hrabia, piękne przyrodzenie</w>
    <w>Jest formą, tłem, materią, a duszą natchnienie,</w>
    <w>Które na wyobraźni unosi się skrzydłach,</w>
    <w>Poleruje się gustem, wspiera na prawidłach.</w>
    <w>Nie dość jest przyrodzenia, nie dosyć zapału,</w>
    <w>Sztukmistrz musi ulecieć w sfery ideału!</w>
    <w>Nie wszystko, co jest piękne, wymalować da się!</w>
    <w>Dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie.</w>
    <w>Co się tycze malarstwa: do obrazu trzeba</w>
    <w>Punktów widzenia, grupy, ensemblu i nieba,</w>
    <w>Nieba włoskiego! stąd też w kunszcie peizażów</w>
    <w>Włochy były, są, będą, ojczyzną malarzów.</w>
    <w>Stąd też oprocz Brejgela, lecz nie Van der Helle,</w>
    <w>Ale peizażysty (bo są dwaj Brejgele),</w>
    <w>I oprocz Ruisdala, na całej północy</w>
    <w>Gdzież był peizażysta który pierwszej mocy?</w>
    <w>Niebios, niebios potrzeba!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Nasz malarz Orłowski,</w>
    <w>Przerwała Telimena, miał gust Soplicowski.</w>
    <w>(Trzeba wiedzieć, że to jest Sopliców choroba,</w>
    <w>Że im oprocz Ojczyzny nic się nie podoba).</w>
    <w>Orłowski, który życie strawił w Peterburku,</w>
    <w>Sławny malarz (mam jego kilka szkiców w biurku),</w>
    <w>Mieszkał tuż przy cesarzu, na dworze, jak w raju,</w>
    <w>A nie uwierzy Hrabia, jak tęsknił po kraju,</w>
    <w>Lubił ciągle wspominać swej młodości czasy,</w>
    <w>Wysławiał wszystko w Polszcze: ziemię, niebo, lasy&ellipsis;&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;I miał rozum! zawołał Tadeusz z zapałem:</w>
    <w>Te Państwa niebo włoskie, jak o nim słyszałem,</w>
    <w>Błękitne, czyste, wszak to jak zamarzła woda;</w>
    <w>Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda?</w>
    <w>U nas dość głowę podnieść, ileż to widoków!</w>
    <w>Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!</w>
    <w>Bo każda chmura inna: na przykład jesienna</w>
    <w>Pełźnie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna,</w>
    <w>I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi</w>
    <w>Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi;</w>
    <w>Chmura z gradem, jak balon, szybko z wiatrem leci,</w>
    <w>Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,</w>
    <w>Szum wielki słychać wkoło; nawet te codzienne,</w>
    <w>Patrzcie Państwo, te białe chmurki, jak odmienne!</w>
    <w>Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,</w>
    <w>A z tyłu wiatr jak sokoł do kupy je pędzi:</w>
    <w>Ściskają się, grubieją, rosną, nowe dziwy!</w>
    <w>Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,</w>
    <w>Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie</w>
    <w>Przelatują jak tabun rumaków po stepie:</w>
    <w>Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się &mdash; nagle</w>
    <w>Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,</w>
    <w>Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie</w>
    <w>Cicho, z wolna, po niebios błękitnej równinie!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia i Telimena poglądali w górę;</w>
    <w>Tadeusz jedną ręką pokazał im chmurę,</w>
    <w>A drugą ścisnął z lekka rączkę Telimeny;</w>
    <w>Kilka już upłynęło minut cichej sceny;</w>
    <w>Hrabia rozłożył papier na swym kapeluszu</w>
    <w>I wydobył ołówek: wtem przykry dla uszu</w>
    <w>Odezwał się dzwon dworski, i zaraz śród lasu</w>
    <w>Cichego pełno było krzyku i hałasu.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia kiwnąwszy głową rzekł poważnym tonem:</w>
    <w>&lguillemet;Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem.</w>
    <w>Rachunki myśli wielkiej, plany wyobraźni,</w>
    <w>Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni,</w>
    <w>Wylania się serc czułych! &mdash; gdy śpiż z dala ryknie,</w>
    <w>Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!&rguillemet;</w>
    <w>Tu obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie:</w>
    <w>&lguillemet;Cóż zostaje?&rguillemet; &mdash; a ona mu rzekła: &lguillemet;Wspomnienie&rguillemet;</w>
    <w>I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek,</w>
    <w>Podała mu urwany kwiatek niezabudek.</w>
    <w>Hrabia go ucałował i na pierś przyszpilał;</w>
    <w>Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał</w>
    <w>Widząc, że się ku niemu tym zielem przewija</w>
    <w>Coś białego, była to rączka jak lilija;</w>
    <w>Pochwycił ją, całował i usty po cichu</w>
    <w>Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu;</w>
    <w>Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały</w>
    <w>Papier w trąbkę zwiniony, był to listek mały;</w>
    <w>Porwał, schował w kieszenie; nie wie, co klucz znaczy,</w>
    <w>Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy.</w>
  <str/>
  
    <w>Dzwon wciąż dzwonił, i echem z głębi cichych lasów</w>
    <w>Odezwało się tysiąc krzyków i hałasów;</w>
    <w>Odgłos to był szukania i nawoływania,</w>
    <w>Hasło zakończonego na dziś grzybobrania,</w>
    <w>Odgłos nie smutny wcale ani pogrzebowy,</w>
    <w>Jak się Hrabiemu zdało, owszem, obiadowy.</w>
    <w>Dzwon ten, w każde południe krzyczący z poddasza,</w>
    <w>Gości i czeladź domu na obiad zaprasza:</w>
    <w>Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju</w>
    <w>I zostało się w domu Sędziego. Więc z gaju</w>
    <w>Wychodziła gromada niosąca krobeczki,</w>
    <w>Koszyki, uwiązane końcami chusteczki,</w>
    <w>Pełne grzybów; a panny w jednym ręku niosły,</w>
    <w>Jako wachlarz zwiniony, <i>borowik</i> rozrosły,</w>
    <w>W drugim związane razem, jakby polne kwiatki,</w>
    <w><i>Opieńki</i> i rozlicznej barwy <i>surojadki</i>:</w>
    <w>Wojski niósł <i>muchomora</i>. Z próżnymi przychodzi</w>
    <w>Rękami Telimena, z nią panicze młodzi.</w>
  <str/>
  
    <w>Goście weszli w porządku i stanęli kołem:</w>
    <w>Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;</w>
    <w>Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,</w>
    <w>Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży;</w>
    <w>Obok stał Kwestarz; Sędzia tuż przy Bernardynie.</w>
    <w>Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie,</w>
    <w>Podano w kolej wódkę, za czym wszyscy siedli</w>
    <w>I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli.</w>
  <str/>
  
    <w>Obiadowano ciszej, niż się zwykle zdarza;</w>
    <w>Nikt nie gadał pomimo wezwań gospodarza.</w>
    <w>Strony biorące udział w wielkiej o psów zwadzie</w>
    <w>Myśliły o jutrzejszej walce i zakładzie;</w>
    <w>Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza.</w>
    <w>Telimena, mówiąca wciąż do Tadeusza,</w>
    <w>Musiała ku Hrabiemu nieraz się odwrócić,</w>
    <w>Nawet na Asesora nieraz okiem rzucić:</w>
    <w>Tak ptasznik patrzy w sidło, kędy szczygły zwabia,</w>
    <w>I razem w pastkę wróblą. Tadeusz i Hrabia,</w>
    <w>Obadwa radzi z siebie, obadwa szczęśliwi,</w>
    <w>Oba pełni nadziei, więc niegadatliwi.</w>
    <w>Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie,</w>
    <w>A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie,</w>
    <w>Czy ów kluczyk nie uciekł; ręką nawet chwytał</w>
    <w>I kręcił kartkę, której dotąd nie przeczytał.></w>
    <w>Sędzia Podkomorzemu węgrzyna, szampana</w>
    <w>Dolewał, służył pilnie, ściskał za kolana,</w>
    <w>Ale do rozmawiania z nim nie miał ochoty</w>
    <w>I widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty.</w>
  <str/>
  
    <w>Przemijały w milczeniu talerze i dania;</w>
    <w>Przerwał nareszcie nudny tok obiadowania</w>
    <w>Gość niespodziany, szybko wpadając, gajowy;</w>
    <w>Nie zważał nawet, że czas właśnie obiadowy,</w>
    <w>Podbiegł do Pana; widać z postawy i z miny,</w>
    <w>Że ważnej i niezwykłej jest posłem nowiny.</w>
    <w>Ku niemu oczy całe zwróciło zebranie,</w>
    <w>On, odetchnąwszy nieco, rzekł: &lguillemet;Niedźwiedź, Mospanie!&rguillemet;</w>
    <w>Resztę wszyscy odgadli; że zwierz z matecznika</w>
    <w>Wyszedł, że w Zaniemeńską puszczę się przemyka,</w>
    <w>Że go trzeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali,</w>
    <w>Choć ani się radzili, ani namyślali &mdash;</w>
    <w>Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów,</w>
    <w>Z gestów żywych, z wydanych rozlicznych rozkazów,</w>
    <w>Które, wychodząc tłumnie, razem z ust tak wielu,</w>
    <w>Dążyły przecież wszystkie do jednego celu.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Na wieś! zawołał Sędzia, hej! konno, setnika!</w>
    <w>Jutro na brzask obława, lecz na ochotnika;</w>
    <w>Kto wystąpi z oszczepem, temu z robocizny</w>
    <w>Wytrącić dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;W skok, krzyknął Podkomorzy, okulbaczyć siwą,</w>
    <w>Dobiec w cwał do mojego dworu; wziąć co żywo</w>
    <w>Dwie pjawki, które w całej okolicy słyną,</w>
    <w>Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Strapczyną;</w>
    <w>Zakneblować im pyski, zawiązać je w miechu</w>
    <w>I przystawić je tutaj konno dla pośpiechu&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Wańka!&rguillemet; krzyknął na chłopca Asesor po rusku,</w>
    <w>&lguillemet;Tasak mój Sanguszowski pociągnąć na brusku:</w>
    <w>Wiesz, tasak, co od Księcia miałem w podarunku;</w>
    <w>Pas opatrzyć, czy kula jest w każdym ładunku&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Strzelby, krzyknęli wszyscy, mieć na pogotowiu!&rguillemet;</w>
    <w>Asesor wołał ciągle: &lguillemet;Ołowiu, ołowiu!</w>
    <w>Formę do kul mam w torbie&rguillemet;. &mdash; &lguillemet;Do księdza plebana</w>
    <w>Dać znać, dodał pan Sędzia, żeby jutro z rana</w>
    <w>Mszę miał w kaplicy leśnej; króciuchna oferta</w>
    <w>Za myśliwych, msza zwykła świętego Huberta&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Po wydanych rozkazach nastało milczenie;</w>
    <w>Każdy dumał i rzucał dokoła wejrzenie,</w>
    <w>Jak gdyby kogoś szukał; z wolna wszystkich oczy</w>
    <w>Sędziwa twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy:</w>
    <w>Znak to był, że szukają na przyszłą wyprawę</w>
    <w>Wodza i że Wojskiemu oddają buławę.</w>
    <w>Wojski powstał, zrozumiał towarzyszów wolę</w>
    <w>I uderzywszy ręką poważnie po stole,</w>
    <w>Pociągnął złocistego z zanadrza łańcuszka,</w>
    <w>Na którym wisiał gruby zegarek jak gruszka.</w>
    <w>&lguillemet;Jutro, rzekł, pół do piątej, przy leśnej kaplicy</w>
    <w>Stawią się bracia strzelcy, wiara obławnicy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Rzekł i ruszył od stołu, za nim szedł gajowy;</w>
    <w>Oni obmyślić mają i urządzić łowy.</w>
  <str/>
  
    <w>Tak wodze gdy na jutro bitwę zapowiedzą,</w>
    <w>Żołnierze po obozie broń czyszczą i jedzą,</w>
    <w>Lub na płaszczach i siodłach śpią próżni kłopotu,</w>
    <w>A wodze śród cichego dumają namiotu.</w>
  <str/>
  
    <w>Przerwał się obiad, dzień zszedł na kowaniu koni,</w>
    <w>Karmieniu psów, zbieraniu i czyszczeniu broni,</w>
    <w>U wieczerzy zaledwie kto przysiadł do stoła;</w>
    <w>Nawet strona Kusego z partyją Sokoła</w>
    <w>Przestała dawnym wielkim zatrudniać się sporem:</w>
    <w>Pobrawszy się pod ręce Rejent z Asesorem</w>
    <w>Wyszukują ołowiu. Reszta spracowana</w>
    <w>Szła spać wcześnie, ażeby przebudzić się z rana.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga czwarta</numer>
  <tytul>Dyplomatyka i łowy</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Zjawisko w papilotach budzi Tadeusza. &mdash; Za późne postrzeżenie omyłki.</rzecz>
    <rzecz>Karczma.</rzecz>
    <rzecz>Emisariusz.</rzecz>
    <rzecz>Zręczne użycie tabakiery zwraca dyskusję na właściwą drogę.</rzecz>
    <rzecz>Matecznik.</rzecz>
    <rzecz>Niedźwiedź.</rzecz>
    <rzecz>Niebezpieczeństwo Tadeusza i Hrabiego.</rzecz>
    <rzecz>Trzy strzały.</rzecz>
    <rzecz>Spór Sagalasówki z Sanguszkówką, rozstrzygniony na stronę jednorurki Horeszkowskiej.</rzecz>
    <rzecz>Bigos.</rzecz>
    <rzecz>Wojskiego powieść o pojedynku Dowejki z Domejką, przerwana szczuciem kota.</rzecz>
    <rzecz>Koniec powieści o Dowejce i Domejce.</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>Rówienniki litewskich wielkich kniaziów, drzewa</w>
    <w>Białowieży, Świtezi, Ponar, Kuszelewa!</w>
    <w>Których cień spadał niegdyś na koronne głowy</w>
    <w>Groźnego Witenesa, wielkiego Mindowy</w>
    <w>I Giedymina, kiedy na Ponarskiej górze,</w>
    <w>Przy ognisku myśliwskim, na niedźwiedziej skórze</w>
    <w>Leżał, słuchając pieśni mądrego Lizdejki,</w>
    <w>A Wiliji widokiem i szumem Wilejki</w>
    <w>Ukołysany, marzył o wilku żelaznym;</w>
    <w>I zbudzony, za bogów rozkazem wyraźnym</w>
    <w>Zbudował miasto Wilno, które w lasach siedzi</w>
    <w>Jak wilk pośrodku żubrów, dzików i niedźwiedzi.</w>
    <w>Z tego to miasta Wilna, jak z rzymskiej wilczycy,</w>
    <w>Wyszedł Kiejstut i Olgierd, i Olgierdowicy,</w>
    <w>Równie myśliwi wielcy jak sławni rycerze,</w>
    <w>Czyli wroga ścigali, czyli dzikie źwierzę.</w>
    <w>Sen myśliwski nam odkrył tajnie przyszłych czasów,</w>
    <w>Że Litwie trzeba zawsze żelaza i lasów.</w>
  <str/>
  
    <w>Knieje! do was ostatni przyjeżdżał na łowy</w>
    <w>Ostatni król, co nosił kołpak Witoldowy,</w>
    <w>Ostatni z Jagiellonów wojownik szczęśliwy</w>
    <w>I ostatni na Litwie monarcha myśliwy.</w>
    <w>Drzewa moje ojczyste! jeśli niebo zdarzy,</w>
    <w>Bym wrócił was oglądać, przyjaciele starzy,</w>
    <w>Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecie?</w>
    <w>Wy, koło których niegdyś pełzałem jak dziecię;</w>
    <w>Czy żyje wielki Baublis, w którego ogromie</w>
    <w>Wiekami wydrążonym, jakby w dobrym domie,</w>
    <w>Dwunastu ludzi mogło wieczerzać za stołem?</w>
    <w>Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem?</w>
    <w>I tam na Ukrainie, czy się dotąd wznosi</w>
    <w>Przed Hołowińskich domem, nad brzegami Rosi,</w>
    <w>Lipa tak rozrośniona, że pod jej cieniami</w>
    <w>Stu młodzieńców, sto panien szło w taniec parami?</w>
  <str/>
  
    <w>Pomniki nasze! ileż co rok was pożera</w>
    <w>Kupiecka, lub rządowa, moskiewska siekiera!</w>
    <w>Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom,</w>
    <w>Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły jak ptakom.</w>
    <w>Wszak lipa Czarnolaska, na głos Jana czuła,</w>
    <w>Tyle rymów natchnęła! wszak ów dąb gaduła</w>
    <w>Kozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa!</w>
  <str/>
  
    <w>Ja ileż wam winienem, o domowe drzewa!</w>
    <w>Błahy strzelec, uchodząc szyderstw towarzyszy</w>
    <w>Za chybioną źwierzynę, ileż w waszej ciszy</w>
    <w>Upolowałem dumań, gdy w dzikim ostępie,</w>
    <w>Zapomniawszy o łowach usiadłem na kępie,</w>
    <w>A koło mnie srebrzył się tu mech siwobrody,</w>
    <w>Zlany granatem czarnej, zgniecionej jagody,</w>
    <w>A tam się czerwieniły wrzosiste pagórki,</w>
    <w>Strojne w brusznice jakby w koralów paciorki &mdash;</w>
    <w>Wokoło była ciemność; gałęzie u góry</w>
    <w>Wisiały jak zielone, gęste, niskie chmury,</w>
    <w>Wicher kędyś nad sklepem szalał nieruchomym,</w>
    <w>Jękiem, szumami, wyciem, łoskotami, gromem:</w>
    <w>Dziwny, odurzający hałas! mnie się zdało,</w>
    <w>Że tam nad głową morze wiszące szalało.</w>
  <str/>
  
    <w>Na dole jak ruiny miast: tu wywrot dębu</w>
    <w>Wysterka z ziemi na kształt ogromnego zrębu;</w>
    <w>Na nim oparte, jak ścian i kolumn obłamy,</w>
    <w>Tam gałęziste kłody, tu wpół zgniłe tramy,</w>
    <w>Ogrodzone parkanem traw; w środek tarasu</w>
    <w>Zajrzeć straszno, tam siedzą gospodarze lasu,</w>
    <w>Dziki, niedźwiedzie, wilki; u wrót leżą kości</w>
    <w>Na pół zgryzione jakichś nieostrożnych gości.</w>
    <w>Czasem wymkną się w górę przez trawy zielenie,</w>
    <w>Jakby dwa wodotryski, dwa rogi jelenie</w>
    <w>I mignie między drzewa źwierz żółtawym pasem,</w>
    <w>Jak promień, kiedy wpadłszy gaśnie między lasem.</w>
  <str/>
  
    <w>I znowu cichość w dole. Dzięcioł na jedlinie</w>
    <w>Stuka z lekka i dalej odlatuje, ginie,</w>
    <w>Schował się, ale dziobem nie przestaje pukać,</w>
    <w>Jak dziecko, gdy schowane woła, by go szukać.</w>
    <w>Bliżej siedzi wiewiórka, orzech w łapkach trzyma,</w>
    <w>Gryzie go; zawiesiła kitkę nad oczyma,</w>
    <w>Jak pióro nad szyszakiem u kirasyjera;</w>
    <w>Chociaż tak osłoniona, dokoła spoziera;</w>
    <w>Dostrzegłszy gościa skacze gajów tanecznica</w>
    <w>Z drzew na drzewa, miga się jako błyskawica;</w>
    <w>Na koniec w niewidzialny otwór pnia przepada</w>
    <w>Jak wracająca w drzewo rodzime dryjada.</w>
    <w>Znowu cicho.<str/>Wtem gałąź wstrząsła się trącona</w>
    <w>I pomiędzy jarzębin rozsunione grona</w>
    <w>Kraśniejsze od jarzębin zajaśniały lica:</w>
    <w>To jagód lub orzechów zbieraczka, dziewica;</w>
    <w>W krobeczce z prostej kory podaje zebrane</w>
    <w>Bruśnice świeże, jako jej usta rumiane;</w>
    <w>Obok młodzieniec idzie, leszczynę nagina,</w>
    <w>Chwyta w lot migające orzechy dziewczyna.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem usłyszeli odgłos rogów i psów granie,</w>
    <w>Zgadują, że się ku nim zbliża polowanie,</w>
    <w>I pomiędzy gałęzi gęstwę, pełni trwogi,</w>
    <w>Zniknęli nagle z oczu jako leśne bogi.</w>
  <str/>
  
    <w>W Soplicowie ruch wielki; lecz ni psów hałasy,</w>
    <w>Ani rżące rumaki, skrzypiące kolasy,</w>
    <w>Ni odgłos trąb dających hasło polowania</w>
    <w>Nie mogły Tadeusza wyciągnąć z posłania;</w>
    <w>Ubrany padłszy w łóżko, spał jak bobak w norze.</w>
    <w>Nikt z młodzieży nie myślił szukać go po dworze,</w>
    <w>Każdy sobą zajęty śpieszył, gdzie kazano;</w>
    <w>O towarzyszu sennym całkiem zapomniano.</w>
  <str/>
  
    <w>On chrapał; słońce w otwór, co śród okienicy</w>
    <w>Wyrznięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy</w>
    <w>Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło;</w>
    <w>On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się w koło,</w>
    <w>Chroniąc się blasku, nagle usłyszał stuknienie,</w>
    <w>Przebudził się; wesołe było przebudzenie.</w>
    <w>Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał,</w>
    <w>Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiechał:</w>
    <w>Myśląc o wszystkim, co mu wczora się zdarzyło,</w>
    <w>Rumienił się i wzdychał, i serce mu biło.</w>
  <str/>
  
    <w>Spójrzał w okno, o dziwy! w promieni przezroczu,</w>
    <w>W owym sercu, błyszczało dwoje jasnych oczu,</w>
    <w>Szeroko otworzonych, jak zwykle wejrzenie,</w>
    <w>Kiedy z jasności dziennej przedziera się w cienie;</w>
    <w>Ujrzał i małą rączkę, niby wachlarz z boku</w>
    <w>Nadstawioną ku słońcu dla ochrony wzroku,</w>
    <w>Palce drobne, zwrócone na światło różowe,</w>
    <w>Czerwieniły się na wskroś jakby rubinowe;</w>
    <w>Usta widział ciekawe, roztulone nieco,</w>
    <w>I ząbki, co jak perły śród koralów świecą,</w>
    <w>I lica, choć od słońca zasłaniane dłonią</w>
    <w>Różową, same całe jak róże się płonią.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz spał pod oknem; sam ukryty w cieniu,</w>
    <w>Leżąc na wznak, cudnemu dziwił się zjawieniu,</w>
    <w>I miał je tuż nad sobą, ledwie nie na twarzy,</w>
    <w>Nie wiedział, czy to jawa, czyli mu się marzy</w>
    <w>Jedna z tych miłych, jasnych twarzyczek dziecinnych,</w>
    <w>Które pomnim widziane we śnie lat niewinnych.</w>
    <w>Twarzyczka schyliła się &mdash; ujrzał, drżąc z bojaźni</w>
    <w>I radości, niestety! ujrzał najwyraźniej,</w>
    <w>Przypomniał, poznał włos ów krótki, jasnozłoty,</w>
    <w>W drobne, jako śnieg białe, zwity papiloty,</w>
    <w>Niby srebrzyste strączki, co od słońca blasku</w>
    <w>Świeciły jak korona na świętych obrazku.</w>
  <str/>
  
    <w>Zerwał się; i widzenie zaraz uleciało,</w>
    <w>Przestraszone łoskotem; czekał, nie wracało!</w>
    <w>Tylko usłyszał znowu trzykrotne stukanie</w>
    <w>I słowa: &lguillemet;Niech Pan wstaje, czas na polowanie,</w>
    <w>Pan zaspał&rguillemet;. Skoczył z łóżka i obu rękami</w>
    <w>Pchnął okienicę, że aż trzasła zawiasami</w>
    <w>I rozwarłszy się w obie uderzyła ściany;</w>
    <w>Wyskoczył, patrzył wkoło, zdumiony, zmieszany,</w>
    <w>Nic nie widział, nie dostrzegł niczyjego śladu.</w>
    <w>Niedaleko od okna był parkan od sadu,</w>
    <w>Na nim chmielowe liście i kwieciste wieńce</w>
    <w>Chwiały się; czy je lekkie potrąciły ręce?</w>
    <w>Czy wiatr ruszył? Tadeusz długo patrzył na nie,</w>
    <w>Nie śmiał iść w ogród; tylko wsparł się na parkanie,</w>
    <w>Oczy podniósł i z palcem do ust przyciśnionym</w>
    <w>Kazał sam sobie milczeć, by słowem kwapionym</w>
    <w>Nie rozerwał myślenia; potem w czoło stukał,</w>
    <w>Niby do wspomnień dawnych, uśpionych w nim, pukał,</w>
    <w>Na koniec gryząc palce do krwi się zadrasnął</w>
    <w>I na cały głos: &lguillemet;Dobrze, dobrze mi tak!&rguillemet; wrzasnął.</w>
  <str/>
  
    <w>We dworze, gdzie przed chwilą tyle było krzyku,</w>
    <w>Teraz pusto i głucho jak na mogilniku:</w>
    <w>Wszyscy ruszyli w pole; Tadeusz nadstawił</w>
    <w>Uszu i ręce do nich jak trąbki przyprawił,</w>
    <w>Słuchał, aż mu wiatr przyniósł, wiejący od puszczy,</w>
    <w>Odgłosy trąb i wrzaski polującej tłuszczy.</w>
  <str/>
  
    <w>Koń Tadeusza w stajni czekał osiodłany,</w>
    <w>Wziął więc flintę, skoczył nań i jak opętany</w>
    <w>Pędził ku karczmom, które stały przy kaplicy,</w>
    <w>Kędy mieli się rankiem zebrać obławnicy.</w>
  <str/>
  
    <w>Dwie chyliły się karczmy po dwóch stronach drogi,</w>
    <w>Oknami wzajem sobie grożąc jako wrogi;</w>
    <w>Stara należy z prawa do zamku dziedzica,</w>
    <w>Nową na złość zamkowi postawił Soplica.</w>
    <w>W tamtej, jak w swym dziedzictwie, rej wodził Gerwazy,</w>
    <w>W tej najwyższe za stołem brał miejsce Protazy.</w>
  <str/>
  
    <w>Nowa karczma nie była ciekawa z pozoru.</w>
    <w>Stara wedle dawnego zbudowana wzoru,</w>
    <w>Który był wymyślony od tyryjskich cieśli,</w>
    <w>A potem go Żydowie po świecie roznieśli:</w>
    <w>Rodzaj architektury, obcym budowniczym</w>
    <w>Wcale nie znany; my go od Żydów dziedziczym.</w>
  <str/>
  
    <w>Karczma z przodu jak korab, z tyłu jak świątynia:</w>
    <w>Korab, istna Noego czworogranna skrzynia,</w>
    <w>Znany dziś pod prostackim nazwiskiem stodoły;</w>
    <w>Tam różne są zwierzęta, konie, krowy, woły,</w>
    <w>Kozy brodate; w górze zaś ptastwa gromady</w>
    <w>I płazów choć po parze, są też i owady.</w>
    <w>Część tylnia, na kształt dziwnej świątyni stawiona,</w>
    <w>Przypomina z pozoru ów gmach Salomona,</w>
    <w>Który pierwsi ćwiczeni w budowań rzemieśle</w>
    <w>Hiramscy na Syjonie wystawili cieśle.</w>
    <w>Żydzi go naśladują dotąd we swych szkołach,</w>
    <w>A szkoł rysunek widny w karczmach i stodołach.</w>
    <w>Dach z dranic i ze słomy, śpiczasty, zadarty,</w>
    <w>Pogięty jako kołpak żydowski podarty.</w>
    <w>Ze szczytu wytryskają krużganku krawędzie,</w>
    <w>Oparte na drewnianym licznych kolumn rzędzie;</w>
    <w>Kolumny, co jak wielkie architektów dziwo,</w>
    <w>Trwałe, chociaż wpół zgniłe i stawione krzywo</w>
    <w>Jako w wieży pizańskiej, nie podług modelów</w>
    <w>Greckich, bo są bez podstaw i bez kapitelów.</w>
    <w>Nad kolumnami biegą wpółokrągłe łuki,</w>
    <w>Także z drzewa, gotyckiej naśladowstwo sztuki.</w>
    <w>Z wierzchu ozdoby sztuczne, nie rylcem, nie dłutem,</w>
    <w>Ale zręcznie ciesielskim wyrzezane sklutem,</w>
    <w>Krzywe jak szabasowych ramiona świeczników;</w>
    <w>Na końcu wiszą gałki, coś na kształt guzików,</w>
    <w>Które Żydzi modląc się na łbach zawieszają</w>
    <w>I które po swojemu &lguillemet;cyces&rguillemet; nazywają.</w>
    <w>Słowem, z daleka karczma chwiejąca się, krzywa,</w>
    <w>Podobna jest do Żyda, gdy się modląc kiwa:</w>
    <w>Dach jak czapka, jak broda strzecha roztrzęśniona.</w>
    <w>Ściany dymne i brudne jak czarna opona,</w>
    <w>A z przodu rzeźba sterczy jak cyces na czole.</w>
  <str/>
  
    <w>W środku karczmy jest podział jak w żydowskiej szkole:</w>
    <w>Jedna część, pełna izbic ciasnych i podłużnych,</w>
    <w>Służy dla dam wyłącznie i panów podróżnych;</w>
    <w>W drugiej ogromna sala. Koło każdej ściany</w>
    <w>Ciągnie się wielonożny stół wąski, drewniany.</w>
    <w>Przy nim stołki, choć niższe, podobne do stoła</w>
    <w>Jako dzieci do ojca.<str/>Na stołkach dokoła</w>
    <w>Siedziały chłopy, chłopki, tudzież szlachta drobna,</w>
    <w>Wszyscy rzędem; Ekonom sam siedział z osobna.</w>
    <w>Po rannej mszy z kaplicy, że była niedziela,</w>
    <w>Zabawić się i wypić przyszli do Jankiela.</w>
    <w>Przed każdym już szumiała siwą wódką czarka,</w>
    <w>Ponad wszystkimi z butlą biegała szynkarka.</w>
    <w>W środku arendarz Jankiel, w długim aż do ziemi</w>
    <w>Szarafanie, zapiętym haftkami srebrnemi,</w>
    <w>Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził,</w>
    <w>Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził;</w>
    <w>Rzucając wkoło okiem, rozkazy wydawał,</w>
    <w>Witał wchodzących gości, przy siedzących stawał</w>
    <w>Zagajając rozmowę, kłótliwych zagadzał,</w>
    <w>Lecz nie służył nikomu, tylko się przechadzał.</w>
    <w>Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości,</w>
    <w>Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,</w>
    <w>Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu:</w>
    <w>O cóż skarżyć? miał trunki dobre do wyboru,</w>
    <w>Rachował się ostrożnie, lecz bez oszukaństwa,</w>
    <w>Ochoty nie zabraniał, nie cierpiał pijaństwa,</w>
    <w>Zabaw wielki miłośnik; u niego wesele</w>
    <w>I chrzciny obchodzono; on w każdą niedzielę</w>
    <w>Kazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce,</w>
    <w>Przy której i basetla była, i kozice.</w>
  <str/>
  
    <w>Muzykę znał, sam słynął muzycznym talentem;</w>
    <w>Z cymbałami, narodu swego instrumentem,</w>
    <w>Chadzał niegdyś po dworach i graniem zdumiewał</w>
    <w>I pieśniami, bo biegle i uczenie śpiewał.</w>
    <w>Chociaż Żyd, dosyć czystą miał polską wymowę,</w>
    <w>Szczególniej zaś polubił pieśni narodowe;</w>
    <w>Przywoził mnóstwo z każdej za Niemen wyprawy</w>
    <w>Kołomyjek z Halicza, mazurów z Warszawy;</w>
    <w>Wieść, nie wiem czyli pewna, w całej okolicy</w>
    <w>Głosiła, że on pierwszy przywiózł z zagranicy</w>
    <w>I upowszechnił wówczas w tamecznym powiecie</w>
    <w>Ową piosenkę, sławną dziś na całym świecie,</w>
    <w>A którą po raz pierwszy na ziemi Auzonów</w>
    <w>Wygrały Włochom polskie trąby legijonów.</w>
    <w>Talent śpiewania bardzo na Litwie popłaca,</w>
    <w>Jedna miłość u ludzi, wsławia i wzbogaca:</w>
    <w>Jankiel zrobił majątek; syt zysków i chwały,</w>
    <w>Zawiesił dźwięcznostrunne na ścianie cymbały;</w>
    <w>Osiadłszy z dziećmi w karczmie, zatrudniał się szynkiem,</w>
    <w>Przy tym w pobliskim mieście był też podrabinkiem,</w>
    <w>A zawsze miłym wszędzie gościem i domowym</w>
    <w>Doradcą; znał się dobrze na handlu zbożowym,</w>
    <w>Na wicinnym: potrzebna jest znajomość taka</w>
    <w>Na wsi. &mdash; Miał także sławę dobrego Polaka.</w>
  <str/>
  
    <w>On pierwszy zgodził kłótnie, często nawet krwawe,</w>
    <w>Między dwiema karczmami: obie wziął w dzierżawę;</w>
    <w>Szanowali go równie i starzy stronnicy</w>
    <w>Horeszkowscy, i słudzy sędziego Soplicy.</w>
    <w>On sam powagę umiał utrzymać nad groźnym</w>
    <w>Klucznikiem Horeszkowskim i kłótliwym Woźnym;</w>
    <w>Przed Jankielem tłumili dawne swe urazy,</w>
    <w>Gerwazy groźny ręką, językiem Protazy.</w>
  <str/>
  
    <w>Gerwazego nie było; ruszył na obławę,</w>
    <w>Nie chcąc, aby tak ważną i trudną wyprawę</w>
    <w>Odbył sam Hrabia, młody i niedoświadczony;</w>
    <w>Poszedł więc z nim dla rady tudzież dla obrony.</w>
  <str/>
  
    <w>Dziś miejsce Gerwazego, najdalsze od progu,</w>
    <w>Między dwiema ławami, w samym karczmy rogu,</w>
    <w>Zwane <i>pokuciem</i>, kwestarz ksiądz Robak zajmował;</w>
    <w>Jankiel go tam posadził; widać, że szanował</w>
    <w>Wysoko Bernardyna, bo skoro dostrzegał</w>
    <w>Ubytek w jego szklance, natychmiast podbiegał</w>
    <w>I rozkazał dolewać lipcowego miodu.</w>
    <w>Słychać, że z Bernardynem znali się za młodu</w>
    <w>Kędyś tam w cudzych krajach. Robak często chadzał</w>
    <w>Nocą do karczmy, tajnie z Żydem się naradzał</w>
    <w>O ważnych rzeczach; słychać było, że towary</w>
    <w>Ksiądz przemycał, lecz potwarz ta niegodna wiary.</w>
  <str/>
  
    <w>Robak wsparty na stole wpółgłośno rozprawiał,</w>
    <w>Tłum szlachty go otaczał i uszy nadstawiał,</w>
    <w>I nosy ku księdzowskiej chylił tabakierze;</w>
    <w>Brano z niej, i kichała szlachta jak możdzerze.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Reverendissime, rzekł kichnąwszy Skołuba,</w>
    <w>To mi tabaka, co to idzie aż do czuba;</w>
    <w>Od czasu jak nos dźwigam (tu głasnął nos długi),</w>
    <w>Takiej nie zażywałem (tu kichnął raz drugi);</w>
    <w>Prawdziwa bernardynka, pewnie z Kowna rodem,</w>
    <w>Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem.</w>
    <w>Byłem tam lat już&ellipsis;&rguillemet; Robak przerwał mu: &lguillemet;Na zdrowie</w>
    <w>Wszystkim Waszmościom, moi Mościwi Panowie!</w>
    <w>Co się tabaki tycze, hem, ona pochodzi</w>
    <w>Z dalszej strony, niż myśli Skołuba Dobrodziej;</w>
    <w>Pochodzi z Jasnej Góry; księża paulinowie</w>
    <w>Tabakę taką robią w mieście Częstochowie,</w>
    <w>Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony</w>
    <w>Bogarodzicy Panny, Królowej Korony</w>
    <w>Polskiej; zowią ją dotąd i Księżną Litewską!</w>
    <w>Koronęć jeszcze dotąd piastuje królewską,</w>
    <w>Lecz na Litewskim Księstwie teraz syzma siedzi!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Z Częstochowy? rzekł Wilbik, byłem tam w spowiedzi,</w>
    <w>Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście;</w>
    <w>Czy to prawda, że Francuz gości teraz w mieście,</w>
    <w>Że chce kościół rozwalać i skarbiec zabierze,</w>
    <w>Bo to wszystko w <i>Litewskim stoi Kuryjerze?</i>&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Nieprawda, rzekł Bernardyn, nie, Pan Najjaśniejszy</w>
    <w>Napoleon katolik jest najprzykładniejszy;</w>
    <w>Wszak go papież namaścił, żyją z sobą w zgodzie</w>
    <w>I nawracają ludzi w francuskim narodzie,</w>
    <w>Który się trochę popsuł; prawda, z Częstochowy</w>
    <w>Oddano wiele srebra na skarb narodowy</w>
    <w>Dla Ojczyzny, dla Polski; sam Pan Bóg tak każe,</w>
    <w>Skarbcem Ojczyzny zawsze są Jego ołtarze;</w>
    <w>Wszakże w Warszawskim Księstwie mamy sto tysięcy</w>
    <w>Wojska polskiego, może wkrótce będzie więc&eacute;j,</w>
    <w>A któż wojsko opłaci? czy nie wy, Litwini?</w>
    <w>Wy tylko grosz dajecie do moskiewskiej skrzyni&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Kat by dał, krzyknął Wilbik, gwałtem od nas biorą&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Oj, Dobrodzieju!&rguillemet; chłopek ozwał się z pokorą,</w>
    <w>Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę,</w>
    <w>&lguillemet;Już to szlachcie, to jeszcze bieda przez połowę,</w>
    <w>Lecz nas drą jak na łyka&rguillemet;. &mdash; &lguillemet;Cham, Skołuba krzyknął,</w>
    <w>Głupi, tobieć to lepiej, tyś, chłopie, przywyknął</w>
    <w>Jak węgorz do odarcia; lecz nam <i>urodzonym</i>,</w>
    <w>Nam wielmożnym, do złotych swobód wzwyczajonym!</w>
    <w>Ach, bracia, wszak to dawniej szlachcic na zagrodzie&ellipsis;</w>
    <w>(&lguillemet;Tak, tak, krzyknęli wszyscy: rowny wojewodzie!&rguillemet;)</w>
    <w>Dziś nam szlachectwa przeczą, każą nam drabować</w>
    <w>Papiery i szlachectwa papierem probować&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Jeszcze Waszeci mniejsza, zawołał Juraha,</w>
    <w>Waszeć z pradziadów chłopów uszlachcony szlacha,</w>
    <w>Ale ja, z kniaziów! pytać u mnie o patenta,</w>
    <w>Kiedym został szlachcicem? sam Bóg to pamięta!</w>
    <w>Niechaj Moskal w las idzie pytać się dębiny,</w>
    <w>Kto jej dał patent rosnąć nad wszystkie krzewiny&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Kniaziu, rzekł Żagiel, świeć Waść baki lada komu,</w>
    <w>Tu znajdziesz pono mitry i w niejednym domu&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Waść ma krzyż w herbie, wołał Podhajski, to skryta</w>
    <w>Aluzyja, że w rodzie bywał neofita&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Fałsz! przerwał Birbasz, przecież ja z tatarskich hrabiów</w>
    <w>Pochodzę, a mam krzyże nad herbem Korabiów&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Poraj, krzyknął Mickiewicz, z mitrą w polu złotym,</w>
    <w>Herb książęcy, Stryjkowski gęsto pisze o tym&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Za czym wielkie powstały w całej karczmie szmery;</w>
    <w>Ksiądz Bernardyn uciekł się do swej tabakiery,</w>
    <w>W kolej częstował mówców, gwar zaraz ucichnął,</w>
    <w>Każdy zażył przez grzeczność i kilkakroć kichnął.</w>
    <w>Bernardyn korzystając z przerwy mówił dal&eacute;j :</w>
    <w>&lguillemet;Oj, wielcy ludzie od tej tabaki kichali!</w>
    <w>Czy uwierzycie Państwo, że z tej tabakiery</w>
    <w>Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Dąbrowski?&rguillemet; zawołali. &mdash; &lguillemet;Tak, tak, on jenerał;</w>
    <w>Byłem w obozie, gdy on Gdańsk Niemcom odbierał,</w>
    <w>Miał coś pisać; bojąc się, ażeby nie zasnął,</w>
    <w>Zażył, kichnął, dwakroć mię po ramieniu klasnął:</w>
    <w>&lquote;Księże Robaku, mówił, Księże Bernardynie,</w>
    <w>Obaczymy się w Litwie, może nim rok minie;</w>
    <w>Powiedz Litwinom, niech mię czekają z tabaką</w>
    <w>Częstochowską, nie biorę innej, tylko taką&rquote;&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Mowa Księdza wzbudziła takie zadziwienie,</w>
    <w>Taką radość, że całe huczne zgromadzenie</w>
    <w>Milczało chwilę; potem na pół ciche słowa</w>
    <w>Powtarzano: &lguillemet;Tabaka z Polski? Częstochowa?</w>
    <w>Dąbrowski? z ziemi włoskiej?&rguillemet; &mdash; aż na koniec razem,</w>
    <w>Jakby myśl z myślą, wyraz sam zbiegł się z wyrazem,</w>
    <w>Wszyscy jedynogłośnie, jak na dane hasło,</w>
    <w>Krzyknęli: &lguillemet;Dąbrowskiego!&rguillemet; Wszystko razem wrzasło,</w>
    <w>Wszystko się uścisnęło: chłop z tatarskim hrabią,</w>
    <w>Mitra z Krzyżem, Poraje z Gryfem i z Korabią;</w>
    <w>Zapomnieli wszystkiego, nawet Bernardyna,</w>
    <w>Tylko śpiewali krzycząc: &lguillemet;Wódki, miodu, wina!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Długo się przysłuchiwał ksiądz Robak piosence,</w>
    <w>Na koniec chciał ją przerwać; wziął w obiedwie ręce</w>
    <w>Tabakierkę, kichaniem melodyję zmieszał</w>
    <w>I nim się nastroili, tak mówić pośpieszał:</w>
    <w>&lguillemet;Chwalicie mą tabakę, Mości Dobrodzieje,</w>
    <w>Obaczcież, co się wewnątrz tabakierki dzieje&rguillemet;.</w>
    <w>Tu, wycierając chustką zabrudzone denko,</w>
    <w>Pokazał malowaną armiję, malenką</w>
    <w>Jak rój much; w środku jeden człowiek na rumaku,</w>
    <w>Wielki jako chrząszcz, siedział, pewnie wódz orszaku;</w>
    <w>Spinał konia, jak gdyby chciał skakać w niebiosa,</w>
    <w>Jednę rękę na cuglach, drugą miał u nosa.</w>
    <w>&lguillemet;Przypatrzcie się, rzekł Robak, tej groźnej postawie,</w>
    <w>Zgadnijcie, czyja?&rguillemet; &mdash; Wszyscy patrzyli ciekawie. &mdash;</w>
    <w>&lguillemet;Wielki to człowiek, Cesarz, ale nie Moskali,</w>
    <w>Ich carowie tabaki nigdy nie bierali&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Wielki człowiek, zawołał Cydzik, a w kapocie?</w>
    <w>Ja myśliłem, że wielcy ludzie chodzą w złocie,</w>
    <w>Bo u Moskalów lada jenerał, Mospanie,</w>
    <w>To tak świeci się w złocie jak szczupak w szafranie&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Ba, przerwał Rymsza, przecież widziałem za młodu</w>
    <w>Kościuszkę, naczelnika naszego narodu:</w>
    <w>Wielki człowiek! a chodził w krakowskiej sukmanie,</w>
    <w>To jest czamarce&rguillemet;. &mdash; &lguillemet;W jakiej czamarce, Mospanie?</w>
    <w>Odparł Wilbik, to przecież zwano taratatką&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Ale tamta z fręzlami, ta jest całkiem gładką&rguillemet;</w>
    <w>Krzyknął Mickiewicz; &mdash; zatem wszczynały się swary</w>
    <w>O różnych taratatki kształtach i czamary.</w>
  <str/>
  
    <w>Przemyślny Robak widząc, że się tak rozpryska</w>
    <w>Rozmowa, jął ją znowu zbierać do ogniska,</w>
    <w>Do swojej tabakiery; częstował, kichali,</w>
    <w>Życzyli sobie zdrowia, on rzecz ciągnął dalej:</w>
    <w>&lguillemet;Gdy cesarz Napoleon w potyczce zażywa</w>
    <w>Raz po raz, to znak pewny, że bitwę wygrywa;</w>
    <w>Na przykład pod Austerlic; Francuzi tak stali</w>
    <w>Z armatami, a na nich biegła ćma Moskali;</w>
    <w>Cesarz patrzył i milczał; co Francuzi strzelą,</w>
    <w>To Moskale pułkami jak trawa się ścielą.</w>
    <w>Pułk za pułkiem cwałował i spadał z kulbaki;</w>
    <w>Co pułk spadnie, to Cesarz zażyje tabaki;</w>
    <w>Aż w końcu Aleksander, ze swoim braciszkiem</w>
    <w>Konstantym i z niemieckim cesarzem Franciszkiem,</w>
    <w>W nogi z pola; więc Cesarz widząc, że po walce,</w>
    <w>Spojrzał na nich, zaśmiał się i otrząsnął palce.</w>
    <w>Otoż, jeśli kto z Panów, coście tu przytomni,</w>
    <w>Będzie w wojsku Cesarza, niech to sobie wspomni&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Ach! zawołał Skołuba, mój Księże Kwestarzu!</w>
    <w>Kiedyż to będzie! wszak to ile w kalendarzu</w>
    <w>Jest świąt, na każde święto Francuzów nam wróżą;</w>
    <w>Wygląda człek, wygląda, aż się oczy mrużą,</w>
    <w>A Moskal jak nas trzymał, tak trzyma za szyję;</w>
    <w>Pono nim słońce wnidzie, rosa oczy wyje&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Mospanie, rzekł Bernardyn, babska rzecz narzekać,</w>
    <w>A żydowska rzecz ręce założywszy czekać,</w>
    <w>Nim kto w karczmę zajedzie i do drzwi zapuka;</w>
    <w>Z Napoleonem pobić Moskalów nie sztuka.</w>
    <w>Jużci on Szwabom skórę trzy razy wymłócił,</w>
    <w>Brzydkie Prusactwo zdeptał, Anglików wyrzucił</w>
    <w>Het za morze, Moskalom zapewne wygodzi;</w>
    <w>Ale co stąd wyniknie, wie Asan Dobrodzi&eacute;j?</w>
    <w>Oto szlachta litewska wtenczas na koń wsiędzie</w>
    <w>I szable weźmie, kiedy bić się z kim nie będzie;</w>
    <w>Napoleon, sam wszystkich pobiwszy, nareszcie</w>
    <w>Powie: &lguillemet;Obejdę się ja bez was, kto jesteście?&rguillemet;</w>
    <w>Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić,</w>
    <w>Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić,</w>
    <w>A przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci;</w>
    <w>Oczyścić dom, powtarzam, oczyścić dom, dzieci!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Nastąpiło milczenie, potem głosy w tłumie:</w>
    <w>&lguillemet;Jakże to dom oczyścić? jak to Ksiądz rozumie?</w>
    <w>Jużci my wszystko zrobim, na wszystko gotowi,</w>
    <w>Tylko niech Ksiądz Dobrodziej jaśniej się wysłowi&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Ksiądz poglądał za okno, przerwawszy rozmowę;</w>
    <w>Ujrzał coś ciekawego, z okna wytknął głowę,</w>
    <w>Po chwili rzekł powstając: &lguillemet;Dziś czasu nie mamy,</w>
    <w>Potem o tem obszerniej z sobą pogadamy;</w>
    <w>Jutro będę dla sprawy w powiatowym mieście</w>
    <w>I do Waszmościów z drogi zajadę po kweście&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Niech też do Niehrymowa Ksiądz na nocleg zdąży,</w>
    <w>Rzekł Ekonom, rad będzie Księdzu pan Chorąży;</w>
    <w>Wszakże na Litwie stare powiada przysłowie:</w>
    <w>Szczęśliwy człowiek, jako kwestarz w Niehrymowie!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;I do nas, rzekł Zubkowski, wstąp, jeżeli łaska;</w>
    <w>Znajdzie się tam półsztuczek płótna, masła faska,</w>
    <w>Baran lub krówka; wspomnij, Księże, na te słowa:</w>
    <w>Szczęśliwy człowiek, trafił jak ksiądz do Zubkowa&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;I do nas&rguillemet; rzekł Skołuba. &mdash; &lguillemet;Do nas&rguillemet;, Terajewicz,</w>
    <w>&lguillemet;Żaden bernardyn głodny nie wyszedł z Pucewicz&rguillemet;.</w>
    <w>Tak cała szlachta prośbą i obietnicami</w>
    <w>Przeprowadzała Księdza; on już był za drzwiami.</w>
  <str/>
  
    <w>On już pierwej przez okno ujrzał Tadeusza,</w>
    <w>Który leciał gościńcem, w cwał, bez kapelusza,</w>
    <w>Z głową schyloną, bladym, posępnym obliczem,</w>
    <w>A konia ustawicznie bodł i kropił biczem.</w>
    <w>Ten widok bardzo księdza Bernardyna zmieszał;</w>
    <w>Więc za młodzieńcem kroki szybkimi pośpieszał</w>
    <w>Do wielkiej puszczy, która, jako oko sięga,</w>
    <w>Czerniła się na całym brzegu widnokręga.</w>
  <str/>
  
    <w>Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy,</w>
    <w>Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?</w>
    <w>Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza;</w>
    <w>Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża,</w>
    <w>Zna je ledwie po wierzchu, ich postać, ich lice,</w>
    <w>Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice:</w>
    <w>Wieść tylko albo bajka wie, co się w nich dzieje.</w>
    <w>Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje,</w>
    <w>Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni,</w>
    <w>Obronny trzęsawicą, tysiącem strumieni</w>
    <w>I siecią zielsk zarosłych, i kopcami mrowisk,</w>
    <w>Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk.</w>
    <w>Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkim męstwem,</w>
    <w>Dalej spotkać się z większym masz niebezpieczeństwem;</w>
    <w>Dalej co krok czyhają, niby wilcze doły,</w>
    <w>Małe jeziorka, trawą zarosłe na poły,</w>
    <w>Tak głębokie, że ludzie dna ich nie dośledzą</w>
    <w>(Wielkie jest podobieństwo, że diabły tam siedzą).</w>
    <w>Woda tych studni sklni się, plamista rdzą krwawą.</w>
    <w>A z wnętrza ciągle dymi zionąc woń plugawą,</w>
    <w>Od której drzewa wkoło tracą liść i korę;</w>
    <w>Łyse, skarłowaciałe, robaczliwe, chore,</w>
    <w>Pochyliwszy konary mchem kołtunowate</w>
    <w>I pnie garbiąc brzydkimi grzybami brodate,</w>
    <w>Siedzą wokoło wody, jak czarownic kupa</w>
    <w>Grzejąca się nad kotłem, w którym warzą trupa.</w>
  <str/>
  
    <w>Za tymi jeziorkami już nie tylko krokiem,</w>
    <w>Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem;</w>
    <w>Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem,</w>
    <w>Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi.</w>
    <w>A za tą mgłą na koniec (jak wieść gminna głosi)</w>
    <w>Ciągnie się bardzo piękna, żyzna okolica,</w>
    <w>Główna królestwa zwierząt i roślin stolica.</w>
    <w>W niej są złożone wszystkich drzew i ziół nasiona,</w>
    <w>Z których się rozrastają na świat ich plemiona;</w>
    <w>W niej, jak w arce Noego, z wszelkich zwierząt rodu</w>
    <w>Jedna przynajmniej para chowa się dla płodu.</w>
    <w>W samym środku (jak słychać) mają swoje dwory</w>
    <w>Dawny Tur, Żubr i Niedźwiedź, puszcz imperatory.</w>
    <w>Około nich na drzewach gnieździ się Ryś bystry</w>
    <w>I żarłoczny Rosomak, jak czujne ministry;</w>
    <w>Dalej zaś, jak podwładni szlachetni wasale,</w>
    <w>Mieszkają Dziki, Wilki i Łosie rogale.</w>
    <w>Nad głowami Sokoły i Orłowie dzicy,</w>
    <w>Żyjący z pańskich stołów, dworscy zausznicy.</w>
    <w>Te pary zwierząt głowne i patryjarchalne,</w>
    <w>Ukryte w jądrze puszczy, światu niewidzialne,</w>
    <w>Dzieci swe ślą dla osad za granicę lasu,</w>
    <w>A sami we stolicy używają wczasu;</w>
    <w>Nie giną nigdy bronią sieczną ani palną,</w>
    <w>Lecz starzy umierają śmiercią naturalną.</w>
    <w>Mają też i swój smętarz, kędy bliscy śmierci,</w>
    <w>Ptaki składają pióra, czworonogi sierci.</w>
    <w>Niedźwiedź, gdy zjadłszy zęby strawy nie przeżuwa,</w>
    <w>Jeleń zgrzybiały, gdy już ledwie nogi suwa,</w>
    <w>Zając sędziwy, gdy mu już krew w żyłach krzepnie,</w>
    <w>Kruk, gdy już posiwieje, sokoł, gdy oślepnie,</w>
    <w>Orzeł, gdy mu dziób stary tak się w kabłąk skrzywi,</w>
    <w>Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi,</w>
    <w>Idą na smętarz. Nawet mniejszy zwierz, raniony</w>
    <w>Lub chory, bieży umrzeć w swe ojczyste strony.</w>
    <w>Stąd to w miejscach dostępnych, kędy człowiek gości,</w>
    <w>Nie znajdują się nigdy martwych zwierząt kości.</w>
    <w>Słychać, że tam w stolicy, między zwierzętami</w>
    <w>Dobre są obyczaje, bo rządzą się sami;</w>
    <w>Jeszcze cywilizacją ludzką nie popsuci,</w>
    <w>Nie znają praw własności, która świat nasz kłóci,</w>
    <w>Nie znają pojedynków ni wojennej sztuki.</w>
    <w>Jak ojce żyły w raju, tak dziś żyją wnuki,</w>
    <w>Dzikie i swojskie razem, w miłości i zgodzie,</w>
    <w>Nigdy jeden drugiego nie kąsa ni bodzie.</w>
    <w>Nawet gdyby tam człowiek wpadł, chociaż niezbrojny,</w>
    <w>Toby środkiem bestyi przechodził spokojny;</w>
    <w>One by nań patrzyły tym wzrokiem zdziwienia,</w>
    <w>Jakim w owym ostatnim, szóstym dniu stworzenia</w>
    <w>Ojce ich pierwsze, co się w ogrójcu gnieździły,</w>
    <w>Patrzyły na Adama, nim się z nim skłóciły.</w>
    <w>Szczęściem, człowiek nie zbłądzi do tego ostępu,</w>
    <w>Bo Trud i Trwoga, i Śmierć bronią mu przystępu.</w>
  <str/>
  
    <w>Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary,</w>
    <w>Wpadłszy niebacznie między bagna, mchy i jary,</w>
    <w>Wnętrznej ich okropności rażone widokiem,</w>
    <w>Uciekają skowycząc, z obłąkanym wzrokiem;</w>
    <w>I długo potem, ręką pana już głaskane,</w>
    <w>Drżą jeszcze u nóg jego strachem opętane.</w>
    <w>Te puszcz stołeczne, ludziom nie znane tajniki</w>
    <w>W języku swoim strzelcy zowią: <emph>mateczniki</emph>.</w>
  <str/>
  
    <w>Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział,</w>
    <w>Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział;</w>
    <w>Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność,</w>
    <w>Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność,</w>
    <w>Wyszedłeś na brzeg puszczy, gdzie się las przerzedził,</w>
    <w>I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził,</w>
    <w>I zaraz obsaczniki, chytre nasłał szpiegi,</w>
    <w>By poznać, gdzie popasasz i gdzie masz noclegi;</w>
    <w>Teraz Wojski z obławą, już od matecznika</w>
    <w>Postawiwszy szeregi, odwrót ci zamyka.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz się dowiedział, że niemało czasu</w>
    <w>Już przeszło, jak ogary wpadły w otchłań lasu.</w>
  <str/>
  
    <w>Cicho; &mdash; próżno myśliwi natężają ucha;</w>
    <w>Próżno, jak najciekawszej mowy, każdy słucha</w>
    <w>Milczenia, długo w miejscu nieruchomy czeka;</w>
    <w>Tylko muzyka puszczy gra do nich z daleka.</w>
    <w>Psy nurtują po puszczy jak pod morzem nurki.</w>
    <w>A strzelcy obróciwszy do lasu dwururki</w>
    <w>Patrzą Wojskiego: ukląkł, ziemię uchem pyta;</w>
    <w>Jako w twarzy lekarza wzrok przyjaciół czyta</w>
    <w>Wyrok życia lub zgonu miłej im osoby,</w>
    <w>Tak strzelcy, ufni w sztuki Wojskiego sposoby,</w>
    <w>Topili w nim spojrzenia nadziei i trwogi.</w>
    <w>&lguillemet;Jest! jest!&rguillemet; wyrzekł półgłosem, zerwał się na nogi.</w>
    <w>On słyszał! oni jeszcze słuchali &mdash; nareszcie</w>
    <w>Słyszą: jeden pies wrzasnął, potem dwa, dwadzieście,</w>
    <w>Wszystkie razem ogary rozpierzchnioną zgrają</w>
    <w>Doławiają się, wrzeszczą, wpadli na trop, grają,</w>
    <w>Ujadają. Już nie jest to powolne granie</w>
    <w>Psów goniących zająca, lisa albo łanie,</w>
    <w>Lecz wciąż wrzask krótki, częsty, ucinany, zjadły;</w>
    <w>To nie na ślad daleki ogary napadły,</w>
    <w>Na oko gonią, &mdash; nagle ustał krzyk pogoni,</w>
    <w>Doszli zwierza &mdash; wrzask znowu, skowyt, &mdash; zwierz się broni</w>
    <w>I zapewne kaleczy, śród ogarów grania</w>
    <w>Słychać coraz to częściej jęk psiego konania.</w>
  <str/>
  
    <w>Strzelcy stali, i każdy ze strzelbą gotową</w>
    <w>Wygiął się jak łuk naprzód, z wciśnioną w las głową;</w>
    <w>Nie mogą dłużej czekać! Już ze stanowiska</w>
    <w>Jeden za drugim zmyka i w puszczę się wciska;</w>
    <w>Chcą pierwsi spotkać zwierza: choć Wojski ostrzegał,</w>
    <w>Choć Wojski stanowiska na koniu obiegał,</w>
    <w>Krzycząc, że czy kto prostym chłopem, czy paniczem,</w>
    <w>Jeżeli z miejsca zejdzie, dostanie w grzbiet smyczem.</w>
    <w>Nie było rady! wszyscy pomimo zakazu</w>
    <w>W las pobiegli, trzy strzelby huknęły od razu,</w>
    <w>Potem wciąż kanonada, aż głośniej nad strzały</w>
    <w>Ryknął niedźwiedź i echem napełnił las cały.</w>
    <w>Ryk okropny! boleści, wściekłości, rozpaczy;</w>
    <w>Za nim wrzask psów, krzyk strzelców, trąby dojeżdżaczy</w>
    <w>Grzmiały ze środka puszczy; strzelcy &mdash; ci w las śpieszą,</w>
    <w>Tamci kurki odwodzą, a wszyscy się cieszą;</w>
    <w>Jeden Wojski w żałości, krzyczy, że chybiono.</w>
    <w>Strzelcy i obławnicy poszli jedną stroną</w>
    <w>Na przełaj zwierza, między ostępem i puszczą;</w>
    <w>A niedźwiedź, odstraszony psów i ludzi tłuszczą,</w>
    <w>Zwrócił się nazad w miejsca mniej pilnie strzeżone</w>
    <w>Ku polom, skąd już zeszły strzelcy rozstawione,</w>
    <w>Gdzie tylko pozostali z mnogich łowczych szyków</w>
    <w>Wojski, Tadeusz, Hrabia, z kilką obławników.</w>
  <str/>
  
    <w>Tu las był rzadszy; słychać z głębi ryk, trzask łomu,</w>
    <w>Aż z gęstwy, jak z chmur, wypadł niedźwiedź na kształt gromu;</w>
    <w>Wkoło psy gonią, straszą, rwą; on wstał na nogi</w>
    <w>Tylne i spojrzał wkoło, rykiem strasząc wrogi,</w>
    <w>I przednimi łapami to drzewa korzenie,</w>
    <w>To pniaki osmalone, to wrosłe kamienie</w>
    <w>Rwał, waląc w psów i w ludzi; aż wyłamał drzewo,</w>
    <w>Kręcąc nim jak maczugą na prawo, na lewo,</w>
    <w>Runął wprost na ostatnich strażników obławy,</w>
    <w>Hrabię i Tadeusza: oni bez obawy</w>
    <w>Stoją w kroku, na źwierza wytknęli flint rury,</w>
    <w>Jako dwa konduktory w łono ciemnej chmury;</w>
    <w>Aż oba jednym razem pociągnęli kurki</w>
    <w>(Niedoświadczeni), razem zagrzmiały dwururki;</w>
    <w>Chybili; niedźwiedź skoczył, oni tuż utkwiony</w>
    <w>Oszczep jeden chwycili czterema ramiony,</w>
    <w>Wydzierali go sobie; spojrzą, aż tu z pyska</w>
    <w>Wielkiego, czerwonego dwa rzędy kłów błyska,</w>
    <w>I łapa z pazurami już się na łby spuszcza;</w>
    <w>Pobledli, w tył skoczyli, i gdzie rzadnie puszcza,</w>
    <w>Zmykali; zwierz za nimi wspiął się, już pazury</w>
    <w>Zahaczał, chybił, podbiegł, wspiął się znów do góry</w>
    <w>I czarną łapą sięgał Hrabiego włos płowy.</w>
    <w>Zdarłby mu czaszkę z mozgów jak kapelusz z głowy,</w>
    <w>Gdy Asesor z Rejentem wyskoczyli z boków,</w>
    <w>A Gerwazy biegł z przodu o jakie sto kroków,</w>
    <w>Z nim Robak, choć bez strzelby &mdash; i trzej w jednej chwili</w>
    <w>Jak gdyby na komendę razem wystrzelili.</w>
    <w>Niedźwiedź wyskoczył w górę jak kot przed chartami</w>
    <w>I głową na dół runął, i czterma łapami</w>
    <w>Przewróciwszy się młyńcem, cielska krwawe brzemię</w>
    <w>Waląc tuż pod Hrabiego, zbił go z nóg na ziemię.</w>
    <w>Jeszcze ryczał, chciał jeszcze powstać, gdy nań wsiadły</w>
    <w>Rozjuszona Strapczyna i Sprawnik zajadły.</w>
  <str/>
  
    <w>Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty</w>
    <w>Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty</w>
    <w>Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął,</w>
    <w>Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął,</w>
    <w>Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha</w>
    <w>I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha,</w>
    <w>I zagrał: róg jak wicher, wirowatym dechem</w>
    <w>Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem.</w>
    <w>Umilkli strzelcy, stali szczwacze zadziwieni</w>
    <w>Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni.</w>
    <w>Starzec cały kunszt, którym niegdyś w lasach słynął,</w>
    <w>Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął;</w>
    <w>Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy,</w>
    <w>Jakby psiarnię w nie wpuścił i rozpoczął łowy.</w>
    <w>Bo w graniu była łowów historyja krótka:</w>
    <w>Zrazu odzew dźwięczący, rześki: to pobudka;</w>
    <w>Potem jęki po jękach skomlą: to psów granie;</w>
    <w>A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot: to strzelanie.</w>
  <str/>
  
    <w>Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,</w>
    <w>Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.</w>
  <str/>
  
    <w>Zadął znowu; myśliłbyś, że róg kształty zmieniał</w>
    <w>I że w ustach Wojskiego to grubiał, to cieniał,</w>
    <w>Udając głosy zwierząt: to raz w wilczą szyję</w>
    <w>Przeciągając się, długo, przeraźliwie wyje,</w>
    <w>Znowu jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się garło,</w>
    <w>Ryknął; potem beczenie żubra wiatr rozdarło.</w>
  <str/>
  
    <w>Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,</w>
    <w>Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.</w>
    <w>Wysłuchawszy rogowej arcydzieło sztuki,</w>
    <w>Powtarzały je dęby dębom, bukom buki.</w>
  <str/>
  
    <w>Dmie znowu: jakby w rogu były setne rogi,</w>
    <w>Słychać zmieszane wrzaski szczwania, gniewu, trwogi,</w>
    <w>Strzelców, psiarni i zwierząt; aż Wojski do góry</w>
    <w>Podniósł róg, i tryumfu hymn uderzył w chmury.</w>
  <str/>
  
    <w>Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,</w>
    <w>Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.</w>
    <w>Ile drzew, tyle rogów znalazło się w boru,</w>
    <w>Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru.</w>
    <w>I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,</w>
    <w>Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,</w>
    <w>Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!</w>
  <str/>
  
    <w>Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu</w>
    <w>Rozkrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennym</w>
    <w>Chwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałym, promiennym,</w>
    <w>Z oczyma wzniesionymi, stał jakby natchniony,</w>
    <w>Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.</w>
    <w>A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,</w>
    <w>Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków.</w>
  <str/>
  
    <w>Uciszono się z wolna i oczy gawiedzi</w>
    <w>Zwróciły się na wielki, świeży trup niedźwiedzi:</w>
    <w>Leżał krwią opryskany, kulami przeszyty,</w>
    <w>Piersiami w gęszcze trawy wplątany i wbity,</w>
    <w>Rozprzestrzenił szeroko przednie krzyżem łapy,</w>
    <w>Dyszał jeszcze, wylewał strumień krwi przez chrapy,</w>
    <w>Otwierał jeszcze oczy, lecz głowy nie ruszy;</w>
    <w>Pjawki Podkomorzego dzierżą go pod uszy,</w>
    <w>Z lewej strony Strapczyna, a z prawej zawisał</w>
    <w>Sprawnik i dusząc gardziel krew czarną wysysał.</w>
  <str/>
  
    <w>Za czym Wojski rozkazał kij żelazny włożyć</w>
    <w>Psom między zęby i tak paszczęki roztworzyć.</w>
    <w>Kolbami przewrócono na wznak zwierza zwłoki</w>
    <w>I znów trzykrotny wiwat uderzył w obłoki.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;A co? krzyknął Asesor kręcąc strzelby rurą,</w>
    <w>A co? fuzyjka moja? górą nasi, górą!</w>
    <w>A co? fuzyjka moja? niewielka ptaszyna,</w>
    <w>A jak się popisała? to jej nie nowina,</w>
    <w>Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku,</w>
    <w>Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku&rguillemet;.</w>
    <w>Tu pokazywał strzelbę przedziwnej roboty,</w>
    <w>Choć maleńką, i zaczął wyliczać jej cnoty.</w>
    <w>&lguillemet;Ja biegłem, przerwał Rejent otarłszy pot z czoła,</w>
    <w>Biegłem tuż za niedźwiedziem; a pan Wojski woła:</w>
    <w>&lguillemet;Stój na miejscu&rguillemet;; jak tam stać, niedźwiedź w pole wali</w>
    <w>Rwąc z kopyta jak zając, coraz dalej, dalej,</w>
    <w>Aż mi ducha nie stało, dobiec ni nadziei,</w>
    <w>Aż spojrzę w prawo: sadzi, a tu rzadko w kniei,</w>
    <w>Jak też wziąłem na oko, postójże, marucha!</w>
    <w>Pomyśliłem, i basta: ot, leży bez ducha;</w>
    <w>Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka,</w>
    <w>Napis: &lquote;Sagalas London &agrave; Bałabanówka&rquote;.</w>
    <w>(Sławny tam mieszkał ślusarz Polak, który robił</w>
    <w>Polskie strzelby, ale je po angielsku zdobił)&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Jak to, parsknął Asesor, do kroćset niedźwiedzi!</w>
    <w>To to niby Pan zabił? co też to Pan bredzi?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Słuchaj no, odparł Rejent, tu, Panie, nie śledztwo,</w>
    <w>Tu obława; tu wszystkich wezwiem na świadectwo&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Więc kłótnia między zgrają wszczęła się zawzięta,</w>
    <w>Ci stronę Asesora, ci brali Rejenta;</w>
    <w>O Gerwazym nie wspomniał nikt, bo wszyscy biegli</w>
    <w>Z boków, i co się z przodu działo, nie postrzegli.</w>
    <w>Wojski głos zabrał: &lguillemet;Teraz jest przynajmniej za co,</w>
    <w>Bo to, Panowie, nie jest ów szarak ladaco,</w>
    <w>To niedźwiedź, tu już nie żal poszukać odwetu,</w>
    <w>Czy szarpetyną, czyli nawet z pistoletu;</w>
    <w>Spór wasz trudno pogodzić, więc dawnym zwyczajem</w>
    <w>Na pojedynek nasze pozwolenie dajem.</w>
    <w>Pamiętam, za mych czasów żyło dwóch sąsiadów,</w>
    <w>Oba ludzie uczciwi, szlachta z prapradziadów,</w>
    <w>Mieszkali po dwóch stronach nad rzeką Wilejką,</w>
    <w>Jeden zwał się Domeyko, a drugi Doweyko.</w>
    <w>Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili:</w>
    <w>Kto zabił, trudno dociec, strasznie się skłócili</w>
    <w>I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę:</w>
    <w>To mi to po szlachecku, prawie rura w rurę.</w>
    <w>Pojedynek ten wiele narobił hałasu;</w>
    <w>Pieśni o nim śpiewano za owego czasu.</w>
    <w>Ja byłem sekundantem; jak się wszystko działo,</w>
    <w>Opowiem od początku historyję całą&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził;</w>
    <w>On niedźwiedzia z uwagą dokoła obchodził,</w>
    <w>Nareszcie dobył tasak, rozciął pysk na dwoje</w>
    <w>I w tylcu głowy, mózgu rozkroiwszy słoje,</w>
    <w>Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył,</w>
    <w>Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył;</w>
    <w>A potem, dłoń podnosząc i kulę na dłoni:</w>
    <w>&lguillemet;Panowie, rzekł, ta kula nie jest z waszej broni,</w>
    <w>Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki</w>
    <w>(Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki),</w>
    <w>Lecz nie ja wystrzeliłem. O, trzeba tam było</w>
    <w>Odwagi; straszno wspomnieć, w oczach mi się ćmiło!</w>
  <str/>
  
    <w>Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie,</w>
    <w>A niedźwiedź z tyłu już, już, na Hrabiego głowie,</w>
    <w>Ostatniego z Horeszków! chociaż po kądzieli.</w>
    <w>Jezus Maria! krzyknąłem; i Pańscy anieli</w>
    <w>Zesłali mi na pomoc księdza Bernardyna.</w>
    <w>On nas wszystkich zawstydził; oj, dzielny księżyna !</w>
    <w>Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił,</w>
    <w>On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił, wystrzelił:</w>
    <w>Między dwie głowy strzelić! sto kroków! nie chybić!</w>
    <w>I w sam środek paszczęki! tak mu zęby wybić!</w>
    <w>Panowie! długo żyję, jednego widziałem</w>
    <w>Człowieka, co mógł takim popisać się strzałem.</w>
    <w>Ów głośny niegdyś u nas z tylu pojedynków,</w>
    <w>Ów, co korki kobietom wystrzelał z patynków,</w>
    <w>Ów łotr nad łotry, sławny w czasy wiekopomne,</w>
    <w>Ów Jacek, <i>vulgo</i> Wąsal; nazwiska nie wspomnę:</w>
    <w>Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi;</w>
    <w>Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi.</w>
    <w>Chwała Księdzu! dwom ludziom on życie ocalił,</w>
    <w>Może i trzem; Gerwazy nie będzie się chwalił,</w>
    <w>Ale gdyby ostatnie z krwi Horeszków dziecię</w>
    <w>Wpadło w bestyi paszczę, nie byłbym na świecie,</w>
    <w>I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości;</w>
    <w>Pójdź, Księże, wypijemy zdrowie Jegomości&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Próżno szukano Księdza; wiedzą tylko tyle,</w>
    <w>Że po zabiciu źwierza zjawił się na chwilę,</w>
    <w>Poskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi,</w>
    <w>A widząc, że obadwa cali są i zdrowi,</w>
    <w>Podniosł ku niebu oczy, cicho pacierz zmówił,</w>
    <w>I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem na Wojskiego rozkaz pęki wrzosu,</w>
    <w>Suche chrusty i pniaki rzucono do stosu;</w>
    <w>Bucha ogień, wyrasta szara sosna dymu</w>
    <w>I rozszerza się w górze na kształt baldakimu.</w>
    <w>Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki,</w>
    <w>Na grotach zawieszono brzuchate kociołki;</w>
    <w>Z wozów niosą jarzyny, mąki i pieczyste,</w>
    <w>I chleb.<str/>Sędzia otworzył puzderko zamczyste,</w>
    <w>W którym rzędami flaszek białe sterczą głowy;</w>
    <w>Wybiera z nich największy kufel kryształowy</w>
    <w>(Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka),</w>
    <w>Wódka to gdańska, napój miły dla Polaka;</w>
    <w>&lguillemet;Niech żyje! krzyknął Sędzia, w górę wznosząc flaszę,</w>
    <w>Miasto Gdańsk, niegdyś nasze, będzie znowu nasze!&rguillemet;</w>
    <w>I lał srebrzysty likwor w kolej, aż na końcu</w>
    <w>Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu.</w>
  <str/>
  
    <w>W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno</w>
    <w>Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;</w>
    <w>Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,</w>
    <w>Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.</w>
    <w>Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,</w>
    <w>Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.</w>
  <str/>
  
    <w>Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada</w>
    <w>Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.</w>
    <w>Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,</w>
    <w>Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;</w>
    <w>Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa</w>
    <w>Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;</w>
    <w>I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie</w>
    <w>Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie</w>
    <w>I powietrze dokoła zionie aromatem.</w>
  <str/>
  
    <w>Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,</w>
    <w>Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie,</w>
    <w>Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,</w>
    <w>Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów</w>
    <w>Wre para, jak w kraterze zagasłych wulkanów.</w>
  <str/>
  
    <w>Kiedy się już do woli napili, najedli,</w>
    <w>Zwierza na wóz złożyli, sami na koń siedli,</w>
    <w>Radzi wszyscy, rozmowni, oprócz Asesora</w>
    <w>I Rejenta; ci byli gniewliwsi niż wczora,</w>
    <w>Kłócąc się o zalety, ten swej Sanguszkówki,</w>
    <w>A ten bałabanowskiej swej Sagalasówki.</w>
    <w>Hrabia też i Tadeusz jadą nieweseli,</w>
    <w>Wstydząc się, że chybili i że się cofnęli:</w>
    <w>Bo na Litwie kto źwierza wypuści z obławy,</w>
    <w>Długo musi pracować, nim poprawi sławy.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia mówił, że pierwszy do oszczepu godził</w>
    <w>I że spotkaniu z zwierzem Tadeusz przeszkodził;</w>
    <w>Tadeusz utrzymywał, że będąc silniejszy</w>
    <w>I do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy,</w>
    <w>Chciał wyręczyć Hrabiego; tak sobie niekiedy</w>
    <w>Przymawiali śród gwaru i wrzasku czeredy.</w>
  <str/>
  
    <w>Wojski jechał pośrodku; staruszek szanowny</w>
    <w>Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny;</w>
    <w>Chcąc kłótników zabawić i do zgody dowieść,</w>
    <w>Kończył im o Doweyce i Domeyce powieść:</w>
    <w>&lguillemet;Asesorze, jeżeli chciałem, byś z Rejentem</w>
    <w>Pojedynkował, nie myśl, że jestem zawziętym</w>
    <w>Na krew ludzką; broń Boże! chciałem was zabawić,</w>
    <w>Chciałem wam komedyję niby to wyprawić,</w>
    <w>Wznowić koncept, który ja, lat temu czterdzieście,</w>
    <w>Wymyśliłem &mdash; przedziwny! &mdash; Wy młodzi jesteście,</w>
    <w>Nie pamiętacie o nim, lecz za moich czasów</w>
    <w>Głośny był od tej puszczy do poleskich lasów.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Domeyki i Doweyki wszystkie sprzeciwieństwa</w>
    <w>Pochodziły, rzecz dziwna, z nazwisk podobieństwa</w>
    <w>Bardzo niewygodnego. Bo gdy w czas sejmików</w>
    <w>Przyjaciele Doweyki skarbili stronników,</w>
    <w>Szepnął ktoś do szlachcica: &lguillemet;Daj kreskę Doweyce!&rguillemet;,</w>
    <w>A ten nie dosłyszawszy dał kreskę Domeyce.</w>
    <w>Gdy na uczcie wniósł zdrowie marszałek Rupeyko:</w>
    <w>&lguillemet;Wiwat Doweyko!&rguillemet; &mdash; drudzy krzyknęli: &lguillemet;Domeyko!&rguillemet;</w>
    <w>A kto siedział w pośrodku, nie trafił do ładu,</w>
    <w>Zwłaszcza przy niewyraźnej mowie w czas obiadu.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Gorzej było; raz w Wilnie jakiś szlachcic pjany</w>
    <w>Bił się w szable z Domeyką i dostał dwie rany;</w>
    <w>Potem ów szlachcic, z Wilna wracając do domu,</w>
    <w>Dziwnym trafem z Doweyką zjechał się u promu;</w>
    <w>Gdy więc na jednym promie płynęli Wilejką,</w>
    <w>Pyta sąsiada: kto on? &mdash; Odpowie: &lguillemet;Doweyko&rguillemet;.</w>
    <w>Nie czekając, dobywa rapier spod kirejki:</w>
    <w>Czach, czach, i za Domeykę podciął wąs Doweyki.</w>
  <str/>
  
    <w>Wreszcie, jak na dobitkę, trzeba jeszcze było,</w>
    <w>Żeby na polowaniu tak się wydarzyło,</w>
    <w>Że stali blisko siebie oba imiennicy</w>
    <w>I do jednej strzelili razem niedźwiedzicy.</w>
    <w>Prawda, że po ich strzale upadła bez duchu,</w>
    <w>Ale już pierwej niosła z dziesiątek kul w brzuchu;</w>
    <w>Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób,</w>
    <w>Kto zabił niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposób?</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Tu już krzyknęli: &lguillemet;Dosyć! trzeba raz rzecz skończyć,</w>
    <w>Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć:</w>
    <w>Dwóch nas, jak dwóch słońc, pono zanadto na świecie&rguillemet;</w>
    <w>A więc do szerpetynek i stają na mecie.</w>
    <w>Oba szanowni ludzie; co ich szlachta godzą,</w>
    <w>To oni na się jeszcze zapalczywiej godzą.</w>
    <w>Zmienili broń; od szabel szło na pistolety,</w>
    <w>Stają, krzyczym, że nadto przybliżyli mety;</w>
    <w>Oni na złość, przysięgli przez niedźwiedzią skórę</w>
    <w>Strzelać się, śmierć niechybna! prawie rura w rurę;</w>
    <w>Oba tęgo strzelali. &mdash; &lguillemet;Sekunduj, Hreczecha!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Zgoda, rzekłem, niech zaraz dół wykopie klecha:</w>
    <w>Bo taki spór nie może skończyć się na niczym;</w>
    <w>Lecz bijcie się szlacheckim trybem, nie rzeźniczym,</w>
    <w>Dosyć już mety zbliżać, widzę, żeście zuchy;</w>
    <w>Chcecie strzelać się rury oparłszy na brzuchy?</w>
    <w>Ja nie pozwolę; zgoda, że na pistolety;</w>
    <w>Lecz strzelać się nie z dalszej ani z bliższej mety</w>
    <w>Jak przez skórę niedźwiedzią; ja rękami memi</w>
    <w>Jako sekundant skórę rozciągnę na ziemi,</w>
    <w>I ja sam was ustawię. Waść po jednej stronie</w>
    <w>Stanie na końcu pyska, a Waść na ogonie,&rguillemet;</w>
    <w>Zgoda! wrzaśli; czas? &mdash; jutro; miejsce? &mdash; karczma Usza.</w>
    <w>Rozjechali się. Ja zaś do Wirgilijusza&ellipsis;&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Tu Wojskiemu przerwał krzyk: &lguillemet;Wyczha!&rguillemet; Tuż spod koni</w>
    <w>Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokoł goni.</w>
    <w>Psy wzięto na obławę wiedząc, że z powrotem</w>
    <w>Na polu łatwo można napotkać się z kotem;</w>
    <w>Bez smyczy szły przy koniach; gdy kota spostrzegły,</w>
    <w>Wprzód nim strzelcy poszczuli, już za nim pobiegły.</w>
    <w>Rejent też i Asesor chcieli końmi natrzeć,</w>
    <w>Lecz Wojski wstrzymał krzycząc: &lguillemet;Wara! stać i patrzeć;</w>
    <w>Nikomu krokiem ruszyć z miejsca nie dozwolę,</w>
    <w>Stąd widzim wszyscy dobrze, zając idzie w pole&rguillemet;.</w>
    <w>W istocie, kot czuł z tyłu myśliwych i psiarnie,</w>
    <w>Rwał w pole, słuchy wytknął jak dwa różki sarnie,</w>
    <w>Sam szarzał się nad rolą długi, wyciągnięty,</w>
    <w>Skoki pod nim sterczały, jakby cztery pręty,</w>
    <w>Rzekłbyś, że ich nie rusza, tylko ziemię trąca</w>
    <w>Po wierzchu, jak jaskółka wodę całująca.</w>
    <w>Pył za nim, psy za pyłem; z daleka się zdało,</w>
    <w>Że zając, pył i charty jedne tworzą ciało:</w>
    <w>Jakby jakaś przez pole suwała się żmija,</w>
    <w>Kot jak głowa, pył z tyłu jakby modra szyja,</w>
    <w>A psami jak podwójnym ogonem wywija.</w>
  <str/>
  
    <w>Rejent, Asesor patrzą, otworzyli usta,</w>
    <w>Dech wstrzymali; wtem Rejent pobladnął jak chusta,</w>
    <w>Zbladł i Asesor, widzą &mdash; fatalnie się dzieje,</w>
    <w>Owa żmija im dalej, tym bardziej dłużeje,</w>
    <w>Już rwie się wpół, już znikła owa szyja pyłu,</w>
    <w>Głowa już blisko lasu, ogony &mdash; gdzie z tyłu!</w>
    <w>Głowa niknie, raz jeszcze jakby kto kutasem</w>
    <w>Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem.</w>
  <str/>
  
    <w>Biedne psy, ogłupiałe biegały pod gajem,</w>
    <w>Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem;</w>
    <w>Wreszcie wracają, z wolna skacząc przez zagony,</w>
    <w>Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony</w>
    <w>I przybiegłszy, ze wstydu nie śmieją wznieść oczu,</w>
    <w>I zamiast iść do panów, stały na uboczu.</w>
  <str/>
  
    <w>Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło,</w>
    <w>Asesor rzucał okiem, ale niewesoło,</w>
    <w>Potem zaczęli oba słuchaczom wywodzić:</w>
    <w>Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić,</w>
    <w>Jak kot znienacka wypadł, jak źle był poszczuty</w>
    <w>Na roli, gdzie psom chyba trzeba by wdziać buty,</w>
    <w>Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni.</w>
  <str/>
  
    <w>Mądrze rzecz wyłuszczali szczwacze doświadczeni:</w>
    <w>Myśliwi z tych mów wiele mogliby korzystać,</w>
    <w>Lecz nie słuchali pilnie; ci zaczęli świstać,</w>
    <w>Ci śmiać się w głos, ci, mając niedźwiedzia w pamięci,</w>
    <w>Gadali o nim, świeżą obławą zajęci.</w>
  <str/>
  
    <w>Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił,</w>
    <w>Widząc, że uciekł, głowę obojętnie zwrócił</w>
    <w>I kończył rzecz przerwaną: &lguillemet;Na czym więc stanąłem?</w>
    <w>Aha! na tym, że obu za słowo ująłem,</w>
    <w>Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę.</w>
    <w>Szlachta w krzyk: &lguillemet;Toż śmierć pewna! prawie rura w rurę!&rguillemet;</w>
    <w>A ja w śmiech, bo mnie uczył mój przyjaciel Maro,</w>
    <w>Że skóra źwierza nie jest lada jaką miarą.</w>
    <w>Wszak wiecie Waćpanowie, jak królowa Dydo</w>
    <w>Przypłynęła do Libów i tam z wielką bi&eacute;dą</w>
    <w>Wytargowała sobie taki ziemi kawał,</w>
    <w>Który by się wołową skórą nakryć dawał;</w>
    <w>Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago!</w>
    <w>Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Ledwie dniało, już z jednej strony taradejką</w>
    <w>Jedzie Doweyko, z drugiej na koniu Domeyko.</w>
    <w>Patrzą, aż tu przez rzekę leży most kosmaty,</w>
    <w>Pas ze skóry niedźwiedziej porzniętej na szmaty.</w>
    <w>Postawiłem Doweykę na źwierza ogonie</w>
    <w>Z jednej strony, Domeykę zaś na drugiej stronie.</w>
    <w>&lguillemet;Pukajcie teraz, rzekłem, choć przez całe życie,</w>
    <w>Lecz póty was nie spuszczę, aż się pogodzicie&rguillemet;.</w>
    <w>Oni w złość; a tu szlachta kładnie się na ziemi</w>
    <w>Od śmiechu, a ja z księdzem słowy poważnemi</w>
    <w>Nuż im z Ewanieliji, z statutów dowodzić;</w>
    <w>Nie ma rady: &mdash; śmieli się i musieli zgodzić.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Spór ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił,</w>
    <w>I Doweyko się z siostrą Domeyki ożenił,</w>
    <w>Domeyko pojął siostrę szwagra, Doweykównę,</w>
    <w>Podzielili majątek na dwie części równe,</w>
    <w>A w miejscu, gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek,</w>
    <w>Pobudowawszy karczmę, nazwali Niedźwiadek&rguillemet;.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga piąta</numer>
  <tytul>Kłótnia</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Plany myśliwskie Telimeny.</rzecz>
    <rzecz>Ogrodniczka wybiera się na wielki świat i słucha nauk opiekunki.</rzecz>
    <rzecz>Strzelcy wracają.</rzecz>
    <rzecz>Wielkie zadziwienie Tadeusza.</rzecz>
    <rzecz>Spotkanie się powtórne w Świątyni dumania i zgoda, ułatwiona za pośrednictwem mrówek.</rzecz>
    <rzecz>U stołu wytacza się rzecz o łowach.</rzecz>
    <rzecz>Powieść Wojskiego o Rejtanie i księciu Denassów, przerwana.</rzecz>
    <rzecz>Zagajenie układów między stronami, także przerwane.</rzecz>
    <rzecz>Zjawisko z kluczem.</rzecz>
    <rzecz>Kłótnia.</rzecz>
    <rzecz>Hrabia z Gerwazym odbywają radę wojenną.</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>Wojski, chlubnie skończywszy łowy, wraca z boru,</w>
    <w>A Telimena w głębi samotnego dworu</w>
    <w>Zaczyna polowanie. Wprawdzie nieruchoma</w>
    <w>Siedzi z założonymi na piersiach rękoma,</w>
    <w>Lecz myślą goni źwierzów dwóch; szuka sposobu,</w>
    <w>Jak by razem obsaczyć i ułowić obu:</w>
    <w>Hrabię i Tadeusza. Hrabia panicz młody,</w>
    <w>Wielkiego domu dziedzic, powabnej urody;</w>
    <w>Już trochę zakochany! cóż? może się zmienić!</w>
    <w>Potem, czy szczerze kocha? czy się zechce żenić?</w>
    <w>Z kobietą kilku laty starszą! niebogatą!</w>
    <w>Czy mu krewni pozwolą? co świat powie na to?</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena, tak myśląc, z sofy się podniosła</w>
    <w>I stanęła na palcach, rzekłbyś, iż podrosła;</w>
    <w>Odkryła nieco piersi, wygięła się bokiem</w>
    <w>I sama siebie pilnym obejrzała okiem.</w>
    <w>I znowu zapytała o radę zwierciadła;</w>
    <w>Po chwili, wzrok spuściła, westchnęła i siadła.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia pan! zmienni w gustach są ludzie majętni!</w>
    <w>Hrabia blondyn! blondyni nie są zbyt namiętni!</w>
    <w>A Tadeusz? prostaczek! poczciwy chłopczyna!</w>
    <w>Prawie dziecko! raz pierwszy kochać się zaczyna!</w>
    <w>Pilnowany, niełacno zerwie pierwsze związki,</w>
    <w>Przy tym dla Telimeny ma już obowiązki.</w>
    <w>Mężczyźni, póki młodzi, chociaż w myślach zmienni,</w>
    <w>W uczuciach są od dziadów stalsi, bo sumienni.</w>
    <w>Długo serce młodzieńca proste i dziewicze</w>
    <w>Chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze!</w>
    <w>Ono rozkosz i wita, i żegna z weselem,</w>
    <w>Jak skromną ucztę, którą dzielim z przyjacielem.</w>
    <w>Tylko stary pjanica, gdy już spali trzewa,</w>
    <w>Brzydzi się trunkiem, którym nazbyt się zalewa.</w>
    <w>Wszystko to Telimena dokładnie wiedziała,</w>
    <w>Bo i rozum, i wielkie doświadczenie miała.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz co powiedzą ludzie? można im zejść z oczu,</w>
    <w>W inne strony wyjechać, mieszkać na uboczu</w>
    <w>Lub, co lepsza, wynieść się całkiem z okolicy,</w>
    <w>Na przykład zrobić małą podróż do stolicy,</w>
    <w>Młodego chłopca na świat wielki wyprowadzić,</w>
    <w>Kroki jego kierować, pomagać mu, radzić,</w>
    <w>Serce mu kształcić, mieć w nim przyjaciela, brata!</w>
    <w>Nareszcie &mdash; użyć świata, póki służą lata!</w>
  <str/>
  
    <w>Tak myśląc, po alkowie śmiało i wesoło</w>
    <w>Przeszła się kilka razy &mdash; znów spuściła czoło.</w>
  <str/>
  
    <w>Warto by też pomyślić o Hrabiego losie &mdash;</w>
    <w>Czyby się nie udało podsunąć mu Zosię?</w>
    <w>Niebogata, lecz za to urodzeniem równa,</w>
    <w>Z domu senatorskiego, jest dygnitarzówna.</w>
    <w>Jeżeliby do skutku przyszło ożenienie,</w>
    <w>Telimena w ich domu miałaby schronienie</w>
    <w>Na przyszłość; krewna Zosi i Hrabiego swatka,</w>
    <w>Dla młodego małżeństwa byłaby jak matka.</w>
    <w>Po tej z sobą odbytej, stanowczej naradzie</w>
    <w>Woła przez okno Zosię, bawiącą się w sadzie.</w>
  <str/>
  
    <w>Zosia w porannym stroju i z głową odkrytą</w>
    <w>Stała, trzymając w ręku podniesione sito,</w>
    <w>Do nóg jej biegło ptastwo; stąd kury szurpate</w>
    <w>Toczą się kłębkiem, stamtąd kogutki czubate,</w>
    <w>Wstrząsając koralowe na głowach szyszaki</w>
    <w>I wiosłując skrzydłami przez bruzdy i krzaki,</w>
    <w>Szeroko wyciągają ostrożaste pięty;</w>
    <w>Za nimi z wolna indyk sunie się odęty,</w>
    <w>Sarkając na gderanie swej krzykliwej żony;</w>
    <w>Ówdzie pawie jak tratwy długimi ogony</w>
    <w>Sterują się po łące, a gdzieniegdzie z góry</w>
    <w>Upada jak kiść śniegu gołąb srebrnopióry.</w>
    <w>W pośrodku zielonego okręgu murawy</w>
    <w>Ściska się okrąg ptastwa krzykliwy, ruchawy,</w>
    <w>Opasany gołębi sznurem na kształt wstęgi</w>
    <w>Białej, środkiem pstrokaty w gwiazdy, w cętki, w pręgi</w>
  <str/>
  
    <w>Tu dzioby bursztynowe, tam czubki z korali</w>
    <w>Wznoszą się z gęstwi pierza jak ryby spod fali.</w>
    <w>Wysuwają się szyje i w ruchach łagodnych</w>
    <w>Chwieją się ciągle na kształt tulipanów wodnych;</w>
    <w>Tysiące oczu jak gwiazd błyskają ku Zosi.</w>
  <str/>
  
    <w>Ona w środku wysoko nad ptastwem się wznosi,</w>
    <w>Sama biała i w długą bieliznę ubrana,</w>
    <w>Kręci się jak bijąca śród kwiatów fontanna;</w>
    <w>Czerpie z sita i sypie na skrzydła i głowy</w>
    <w>Ręką jak perły białą gęsty grad perłowy</w>
    <w>Krup jęczmiennych: to ziarno, godne pańskich stołów,</w>
    <w>Robi się dla zaprawy litewskich rosołów;</w>
    <w>Zosia je wykradając z szafek ochmistrzyni</w>
    <w>Dla swego drobiu, szkodę w gospodarstwie czyni.</w>
  <str/>
  
    <w>Usłyszała wołanie: &lguillemet;Zosiu!&rguillemet; To głos cioci!</w>
    <w>Sypnęła razem ptastwu ostatek łakoci,</w>
    <w>A sama kręcąc sito, jako tanecznica</w>
    <w>Bębenek, i w takt bijąc, swawolna dziewica</w>
    <w>Jęła skakać przez pawie, gołębie i kury:</w>
    <w>Zmieszane ptastwo tłumnie furknęło do góry</w>
    <w>Zosia, stopami ledwie dotykając ziemi,</w>
    <w>Zdawała się najwyżej bujać między niemi;</w>
    <w>Przodem gołębie białe, które w biegu płoszy,</w>
    <w>Leciały jak przed wozem bogini rozkoszy.</w>
  <str/>
  
    <w>Zosia przez okno z krzykiem do alkowy wpadła</w>
    <w>I na kolanach ciotki zadyszana siadła;</w>
    <w>Telimena, całując i głaszcząc pod brodę,</w>
    <w>Z radością zważa dziecka żywość i urodę</w>
    <w>(Bo prawdziwie kochała swą wychowanicę).</w>
    <w>Ale znowu poważnie nastroiła lice,</w>
    <w>Wstała i przechodząc się wszerz i wzdłuż alkowy,</w>
    <w>Dzierżąc palec przy ustach, tymi rzekła słowy:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Kochana Zosiu, już też całkiem zapominasz</w>
    <w>I na stan, i na wiek twój; wszak to dziś zaczynasz</w>
    <w>Rok czternasty, czas rzucić indyki i kurki.</w>
    <w>Fi! to godna zabawka dygnitarskiej córki.</w>
    <w>I z umurzaną dziatwą chłopską już do woli</w>
    <w>Napieściłaś się! Zosiu! patrząc, serce boli;</w>
    <w>Opaliłaś okropnie płeć, czysta cyganka,</w>
    <w>A chodzisz i ruszasz się jak parafijanka.</w>
    <w>Już ja temu wszystkiemu na przyszłość zaradzę,</w>
    <w>Od dziś zacznę, dziś ciebie na świat wyprowadzę,</w>
    <w>Do salonu, do gości, &mdash; gości mamy siła,</w>
    <w>Patrzajżeż, ażebyś mnie wstydu nie zrobiła&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Zosia skoczyła z miejsca i klasnęła w dłonie,</w>
    <w>I ciotce zawisnąwszy oburącz na łonie,</w>
    <w>Płakała i śmiała się na przemian z radości.</w>
    <w>&lguillemet;Ach, Ciociu! już tak dawno nie widziałam gości;</w>
    <w>Od czasu, jak tu żyję z kury i indyki,</w>
    <w>Jeden gość, co widziałam, to był gołąb dziki;</w>
    <w>Już mi troszeczkę nudno tak siedzieć w alkowie,</w>
    <w>Pan Sędzia nawet mówi, że to źle na zdrowie&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Sędzia, przerwała ciotka, ciągle mi dokuczał,</w>
    <w>Żeby cię na świat wywieść, ciągle pod nos mruczał,</w>
    <w>Że już jesteś dorosła; sam nie wie, co plecie,</w>
    <w>Dziaduś, nigdy na wielkim niebywały świecie.</w>
    <w>Ja wiem lepiej, jak długo trzeba się sposobić</w>
    <w>Panience, by wyszedłszy na świat, efekt zrobić.</w>
    <w>Wiedz Zosiu, że kto rośnie na widoku ludzi,</w>
    <w>Choć piękny, choć rozumny, efektów nie wzbudzi,</w>
    <w>Gdy go wszyscy przywykną widzieć od maleńka.</w>
    <w>Lecz niechaj ukształcona, dorosła panienka</w>
    <w>Nagle ni stąd, ni zowąd przed światem zabłyśnie,</w>
    <w>Wtenczas każdy się do niej przez ciekawość ciśnie,</w>
    <w>Wszystkie jej ruchy, rzuty oczu jej uważa,</w>
    <w>Słowa jej podsłuchiwa i drugim powtarza;</w>
    <w>A kiedy wejdzie w modę raz młoda osoba,</w>
    <w>Każdy ją chwalić musi, choć i nie podoba.</w>
    <w>Znaleźć się, spodziewam się, że umiesz; w stolicy</w>
    <w>Urosłaś. Choć dwa lata mieszkasz w okolicy,</w>
    <w>Nie zapomniałaś jeszcze całkiem Peterburka.</w>
    <w>No, Zosiu, toaletę rób, dostań tam z biurka,</w>
    <w>Nagotowane znajdziesz wszystko do ubrania.</w>
    <w>Spiesz się, bo lada chwila wrócą z polowania&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Wezwano pokojowę i służącą dziewkę;</w>
    <w>W naczynie srebrne wody wylano konewkę,</w>
    <w>Zosia, jak wróbel w piasku, trzepioce się; myje</w>
    <w>Z pomocą sługi ręce, oblicze i szyję.</w>
    <w>Telimena otwiera petersburskie składy,</w>
    <w>Dobywa flaszki perfum, słoiki pomady,</w>
    <w>Pokrapia Zosię wkoło wyborną perfumą</w>
    <w>(Woń napełniła izbę), włos namaszcza gumą.</w>
    <w>Zosia kładnie pończoszki białe, ażurowe,</w>
    <w>I trzewiki warszawskie białe, atłasowe;</w>
    <w>Tymczasem pokojowa sznurowała stanik,</w>
    <w>Potem rzuciła na gors pannie pudermanik;</w>
    <w>Zaczęto przypieczone zbierać papiloty,</w>
    <w>Pukle, że nazbyt krótkie, uwito w dwa sploty,</w>
    <w>Zostawując na czole i skroniach włos gładki;</w>
    <w>Pokojowa zaś świeżo zebrane bławatki</w>
    <w>Uwiązawszy w plecionkę daje Telimenie;</w>
    <w>Ta ją do głowy Zosi przyszpila uczenie,</w>
    <w>Z prawej strony na lewo: kwiat od bladych włosów</w>
    <w>Odbijał bardzo pięknie, jak od zboża kłosów!</w>
    <w>Zdjęto puderman, całe ubranie gotowe.</w>
    <w>Zosia białą sukienkę wrzuciła przez głowę,</w>
    <w>Chusteczkę batystową białą w ręku zwija</w>
    <w>I tak cała wygląda biała jak lilija.</w>
  <str/>
  
    <w>Poprawiwszy raz jeszcze i włosów, i stroju,</w>
    <w>Kazano jej wzdłuż i wszerz przejść się po pokoju;</w>
    <w>Telimena uważa znawczyni oczyma,</w>
    <w>Musztruje siostrzenicę, gniewa się i zżyma;</w>
    <w>Aż na dygnienie Zosi krzyknęła z rozpaczy:</w>
    <w>&lguillemet;Ja nieszczęśliwa! Zosiu, widzisz, co to znaczy</w>
    <w>Żyć z gęśmi, z pastuchami! tak nogi rozszerzasz</w>
    <w>Jak chłopiec, okiem w prawo i w lewo uderzasz,</w>
    <w>Czysta rozwódka! &mdash; Dygnij, patrz, jaka niezwinna!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Ach, Ciociu! rzekła smutnie Zosia, cóż ja winna,</w>
    <w>Ciotka mnie zamykała; nie było z kim tańczyć,</w>
    <w>Lubiłam z nudy ptastwo paść i dzieci niańczyć;</w>
    <w>Ale poczekaj, Ciociu, niech no się pobawię</w>
    <w>Trochę z ludźmi, obaczysz, jak się ja poprawię&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Już, rzekła ciotka, z dwojga złego lepiej z ptastwem</w>
    <w>Niż z tym, co u nas dotąd gościło, plugastwem;</w>
    <w>Przypomnij tylko sobie, kto tu u nas bywał:</w>
    <w>Pleban, co pacierz mruczał lub w warcaby grywał,</w>
    <w>I palestra z fajkami! to mi kawalery!</w>
    <w>Nabrałabyś się od nich pięknej manijery.</w>
    <w>Teraz to pokazać się jest przynajmniej komu,</w>
    <w>Mamy przecież uczciwe towarzystwo w domu.</w>
    <w>Uważaj dobrze, Zosiu, jest tu Hrabia młody,</w>
    <w>Pan, dobrze wychowany, krewny Wojewody,</w>
    <w>Pamiętaj być mu grzeczną&rguillemet;.<str/>Słychać rżenie koni</w>
    <w>I gwar myśliwców; już są pod bramą: to oni!</w>
    <w>Wziąwszy Zosię pod rękę pobiegła do sali.</w>
    <w>Myśliwi na pokoje jeszcze nie wchadzali,</w>
    <w>Musieli po komnatach odmieniać swą odzież,</w>
    <w>Nie chcąc wniść do dam w kurtkach. Pierwsza wpadła młodzież,</w>
    <w>Pan Tadeusz i Hrabia, co żywo przebrani.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena sprawuje obowiązki pani,</w>
    <w>Wita wchodzących, sadza, rozmową zabawia</w>
    <w>I siostrzenicę wszystkim z kolei przedstawia:</w>
    <w>Naprzód Tadeuszowi, jako krewną bliską;</w>
    <w>Zosia grzecznie dygnęła, on skłonił się nisko,</w>
    <w>Chciał coś do niej przemówić, już usta otworzył,</w>
    <w>Ale spojrzawszy w oczy Zosi, tak się strwożył,</w>
    <w>Że stojąc niemy przed nią, to płonął, to bladnął;</w>
    <w>Co było w jego sercu, on sam nie odgadnął.</w>
    <w>Uczuł się nieszczęśliwym bardzo &mdash; poznał Zosię!</w>
    <w>Po wzroście i po włosach światłych, i po głosie;</w>
    <w>Tę kibić i tę główkę widział na parkanie,</w>
    <w>Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie.</w>
  <str/>
  
    <w>Aż Wojski Tadeusza wyrwał z zamięszania;</w>
    <w>Widząc, że blednie i że na nogach się słania,</w>
    <w>Radził mu odejść do swej izby dla spoczynku;</w>
    <w>Tadeusz stanął w kącie, wsparł się na kominku,</w>
    <w>Nic nie mówiąc &mdash; szerokie, obłędne źrenice</w>
    <w>Obracał to na ciotkę, to na siostrzenicę.</w>
    <w>Dostrzegła Telimena, iż pierwsze spojrzenie</w>
    <w>Zosi tak wielkie na nim zrobiło wrażenie;</w>
    <w>Nie odgadła wszystkiego, przecież pomieszana</w>
    <w>Bawi gości, a z oczu nie spuszcza młodziana.</w>
    <w>Wreszcie czas upatrzywszy ku niemu podbiega:</w>
    <w>Czy zdrów? dlaczego smutny? pyta się, nalega,</w>
    <w>Napomyka o Zosi, zaczyna z nim żarty;</w>
    <w>Tadeusz nieruchomy, na łokciu oparty,</w>
    <w>Nic nie gadając marszczył brwi i usta krzywił:</w>
    <w>Tym bardziej Telimenę pomieszał i zdziwił</w>
    <w>Zmieniła więc natychmiast twarz i ton rozmowy,</w>
    <w>Powstała zagniewana i ostrymi słowy</w>
    <w>Poczęła nań przymówki sypać i wyrzuty;</w>
    <w>Porwał się i Tadeusz jak żądłem ukłuty,</w>
    <w>Spojrzał krzywo, nie mówiąc ani słowa splunął,</w>
    <w>Krzesło nogą odepchnął i z pokoju runął</w>
    <w>Trzasnąwszy drzwi za sobą. Szczęściem, że tej sceny</w>
    <w>Nikt z gości nie uważał oprócz Telimeny.</w>
  <str/>
  
    <w>Wyleciawszy przez bramę biegł prosto na pole;</w>
    <w>Jak szczupak, gdy mu oścień skroś piersi przekole,</w>
    <w>Pluska się i nurtuje myśląc, że uciecze,</w>
    <w>Ale wszędzie żelazo i sznur z sobą wlecze:</w>
    <w>Tak i Tadeusz ciągnął za sobą zgryzoty,</w>
    <w>Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty,</w>
    <w>Bez celu i bez drogi; aż niemało czasu</w>
    <w>Nabłąkawszy się, w końcu wszedł w głębinę lasu</w>
    <w>I trafił, czy umyślnie, czyli też przypadkiem;</w>
    <w>Na wzgórek, co był wczora szczęścia jego świadkiem,</w>
    <w>Gdzie dostał ów bilecik, zadatek kochania,</w>
    <w>Miejsce, jak wiemy, zwane Świątynią dumania.</w>
  <str/>
  
    <w>Gdy okiem wkoło rzuca, postrzega: to ona!</w>
    <w>Telimena, samotna, w myślach pogrążona,</w>
    <w>Od wczorajszej postacią i strojem odmienna,</w>
    <w>W bieliźnie, na kamieniu, sama jak kamienna;</w>
    <w>Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie,</w>
    <w>Choć nie słyszysz szlochania, znać, że we łzach tonie.</w>
  <str/>
  
    <w>Daremnie broniło się serce Tadeusza:</w>
    <w>Ulitował się, uczuł, że go żal porusza,</w>
    <w>Długo poglądał niemy, ukryty za drzewem,</w>
    <w>Na koniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem:</w>
    <w>&lguillemet;Głupi! cóż ona winna, że się ja pomylił!&rguillemet;</w>
    <w>Więc z wolna głowę ku niej zza drzewa wychylił.</w>
    <w>Gdy nagle Telimena zrywa się z siedzenia,</w>
    <w>Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skroś strumienia,</w>
    <w>Rozkrzyżowana, z włosem rozpuszczonym, blada,</w>
    <w>Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada</w>
    <w>I nie mogąc już powstać, kręci się po darni,</w>
    <w>Widać z jej ruchów, w jakiej strasznej jest męczarni;</w>
    <w>Chwyta się za pierś, szyję, za stopy, kolana;</w>
    <w>Skoczył Tadeusz myśląc, że jest pomieszana</w>
    <w>Lub ma wielką chorobę. Lecz z innej przyczyny</w>
    <w>Pochodziły te ruchy.<str/>U bliskiej brzeziny</w>
    <w>Było wielkie mrowisko, owad gospodarny</w>
    <w>Snuł się wkoło po trawie, ruchawy i czarny;</w>
    <w>Nie wiedzieć, czy z potrzeby, czy z upodobania</w>
    <w>Lubił szczególnie zwiedzać Świątynię dumania;</w>
    <w>Od stołecznego wzgórka aż po źródła brzegi</w>
    <w>Wydeptał drogę, którą wiodł swoje szeregi.</w>
    <w>Nieszczęściem, Telimena siedziała śród dróżki;</w>
    <w>Mrówki, znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki,</w>
    <w>Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać,</w>
    <w>Telimena musiała uciekać, otrząsać,</w>
    <w>Na koniec na murawie siąść i owad łowić.</w>
  <str/>
  
    <w>Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmówić;</w>
    <w>Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zniżył,</w>
    <w>Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył &mdash;</w>
    <w>W tak przyjaznej postawie, choć nic nie mówili</w>
    <w>O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili;</w>
    <w>I nie wiedzieć jak długo trwałaby rozmowa,</w>
    <w>Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa. &mdash;</w>
  <str/>
  
    <w>Hasło wieczerzy: pora powracać do domu,</w>
    <w>Zwłaszcza że słychać było opodal trzask łomu.</w>
    <w>Może szukają? razem wracać nie wypada;</w>
    <w>Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada,</w>
    <w>A Tadeusz na lewo biegł do wielkiej drogi;</w>
    <w>Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi:</w>
    <w>Telimenie zdało się, że raz spoza krzaka</w>
    <w>Błysła zakapturzona, chuda twarz Robaka;</w>
    <w>Tadeusz widział dobrze, jak mu raz i drugi</w>
    <w>Pokazał się na lewo cień biały i długi,</w>
    <w>Co to było nie wiedział, ale miał przeczucie,</w>
    <w>Że to był Hrabia w długim, angielskim surducie.</w>
  <str/>
  
    <w>Wieczerzano w zamczysku. Uparty Protazy,</w>
    <w>Nie dbając na wyraźne Sędziego zakazy,</w>
    <w>W niebytność państwa znowu do zamku szturmował</w>
    <w>I kredens doń (jak mówi) zaintromitował.</w>
    <w>Goście weszli w porządku i stanęli kołem;</w>
    <w>Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem,</w>
    <w>Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,</w>
    <w>Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.</w>
    <w>Kwestarz nie był u stołu; miejsce Bernardyna</w>
    <w>Po prawej stronie męża ma Podkomorzyna.</w>
    <w>Sędzia, kiedy już gości jak trzeba ustawił,</w>
    <w>Żegnając po łacinie, stół pobłogosławił;</w>
    <w>Mężczyznom dano wódkę; za czym wszyscy siedli</w>
    <w>I chłodnik zabielany milcząc żwawo jedli.</w>
  <str/>
  
    <w>Po chłodniku szły raki, kurczęta, szparagi,</w>
    <w>W towarzystwie kielichów węgrzyna, malagi;</w>
    <w>Jedzą, piją, a milczą wszyscy. Nigdy pono</w>
    <w>Od czasu jako mury zamku podźwigniono,</w>
    <w>Który uraczał hojnie tylu szlachty bratów,</w>
    <w>Tyle wesołych słyszał i odbił wiwatów,</w>
    <w>Nie pamiętano takiej posępnej wieczerzy;</w>
    <w>Tylko pukanie korków i brzęki talerzy</w>
    <w>Odbijała zamkowa sień wielka i pusta:</w>
    <w>Rzekłbyś, iż zły duch gościom zasznurował usta.</w>
  <str/>
  
    <w>Mnogie były powody milczenia: myśliwi</w>
    <w>Powrócili z ostępu dosyć gadatliwi;</w>
    <w>Lecz gdy zapał ochłonął, myśląc nad obławą</w>
    <w>Postrzegają, że wyszli z niej nie z wielką sławą:</w>
    <w>Trzebaż było, ażeby jeden kaptur popi,</w>
    <w>Wyrwawszy się Bóg wie skąd, jak Filip z konopi,</w>
    <w>Przepisał wszystkich strzelców powiatu? O wstydzie!</w>
    <w>Cóż o tym będą gadać w Oszmianie i Lidzie,</w>
    <w>Które od wieków walczą z tutejszym powiatem</w>
    <w>O pierwszeństwo w strzelectwie; myślili więc nad tem.</w>
  <str/>
  
    <w>Zaś Asesor i Rejent, prócz wspólnych niechęci,</w>
    <w>Świeżą hańbę swych chartów mieli na pamięci.</w>
    <w>W oczach im stoi niecny kot, skoki wyciąga</w>
    <w>I omykiem spod gaju kiwając urąga,</w>
    <w>I tym omykiem ćwiczy po sercach jak biczem:</w>
    <w>Siedzieli z pochylonym ku misie obliczem.</w>
    <w>Asesor nowe jeszcze miał powody żalów,</w>
    <w>Patrząc na Telimenę i na swych rywalów.</w>
  <str/>
  
    <w>Do Tadeusza siedzi Telimena bokiem,</w>
    <w>Pomieszana, zaledwie śmie nań rzucić okiem;</w>
    <w>Chciała zasępionego Hrabiego zabawić,</w>
    <w>Wyzwać w dłuższą rozmowę, w lepszy humor wprawić,</w>
    <w>Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił z przechadzki,</w>
    <w>A raczej, jako myślił Tadeusz, z zasadzki;</w>
    <w>Słuchając Telimeny, czoło podniósł hardo,</w>
    <w>Brwi zmarszczył, spojrzał na nią ledwie nie z pogardą;</w>
    <w>Potem przysiadł się, jak mógł najbliżej, do Zosi,</w>
    <w>Nalewa jej do szklanki, talerze przynosi,</w>
    <w>Prawi tysiąc grzeczności, kłania się, uśmiecha,</w>
    <w>Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha.</w>
    <w>Widać przecież, pomimo tak zręczne łudzenie,</w>
    <w>Że umizgał się tylko na złość Telimenie;</w>
    <w>Bo głowę odwracając niby nieumyślnie,</w>
    <w>Coraz ku Telimenie groźnym okiem błyśnie.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena nie mogła pojąć, co to znaczy;</w>
    <w>Ruszywszy ramionami, myśliła: dziwaczy.</w>
    <w>Wreszcie, nowym zalotom Hrabiego dość rada,</w>
    <w>Zwróciła się do swego drugiego sąsiada.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz też posępny, nic nie jadł, nic nie pił,</w>
    <w>Zdawał się słuchać rozmów, oczy w talerz wlepił;</w>
    <w>Telimena mu leje wino, on się gniewa</w>
    <w>Na natrętność; pytany o zdrowie &mdash; poziewa.</w>
    <w>Ma za złe (tak się zmienił jednego wieczora),</w>
    <w>Że Telimena zbytnie do zalotów skora;</w>
    <w>Gorszy się, że jej suknia tak wcięta głęboko,</w>
    <w>Nieskromnie &mdash; a dopiero, kiedy podniósł oko!</w>
    <w>Aż przeląkł się; bystrzejsze teraz miał źrenice,</w>
    <w>Ledwie spojrzał w rumiane Telimeny lice,</w>
    <w>Odkrył od razu wielką, straszną tajemnicę!</w>
    <w>Przebóg! naróżowana!<str/>Czy róż w złym gatunku,</w>
    <w>Czy jakoś na obliczu przetarł się z trefunku:</w>
    <w>Gdzieniegdzie zrzedniał, na wskroś grubszą płeć odsłania.</w>
    <w>Może to sam Tadeusz, w Świątyni dumania</w>
    <w>Rozmawiając za blisko, omusknął z bielidła</w>
    <w>Karmin, lżejszy od pyłków motylego skrzydła.</w>
    <w>Telimena wracała nazbyt śpieszno z lasu</w>
    <w>I poprawić kolory swe nie miała czasu;</w>
    <w>Około ust szczególniej widne były piegi.</w>
    <w>Nuż oczy Tadeusza, jako chytre szpiegi,</w>
    <w>Odkrywszy jedną zdradę, poczną w kolej zwiedzać</w>
    <w>Resztę wdzięków i wszędzie jakiś fałsz wyśledzać:</w>
    <w>Dwóch zębów braknie w ustach; na czole, na skroni</w>
    <w>Zmarszczki; tysiące zmarszczków pod brodą się chroni!</w>
  <str/>
  
    <w>Niestety! czuł Tadeusz, jak jest niepotrzebnie</w>
    <w>Rzecz piękną nazbyt ściśle zważać; jak haniebnie</w>
    <w>Być szpiegiem swej kochanki; nawet jak szkaradnie</w>
    <w>Odmieniać smak i serce &mdash; lecz któż sercem władnie?</w>
    <w>Darmo chce brak miłości zastąpić sumnieniem,</w>
    <w>Chłód duszy ogrzać znowu jej wzroku promieniem:</w>
    <w>Już ten wzrok, jako księżyc światły a bez ciepła,</w>
    <w>Błyskał po wierzchu duszy, która do dna krzepła&ellipsis;</w>
    <w>Takie robiąc sam sobie wyrzuty i skargi,</w>
    <w>Pochylił w talerz głowę, milczał i gryzł wargi.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem zły duch nową pokusą go wabi,</w>
    <w>Podsłuchiwać, co Zosia mówiła do Hrabi:</w>
    <w>Dziewczyna, uprzejmością Hrabiego ujęta,</w>
    <w>Zrazu rumieniła się spuściwszy oczęta,</w>
    <w>Potem śmiać się zaczęli, w końcu rozmawiali</w>
    <w>O jakimś niespodzianym w ogrodzie spotkaniu,</w>
    <w>O jakimś po łopuchach i grzędach stąpaniu.</w>
    <w>Tadeusz, wyciągnąwszy co najdłużej uszy,</w>
    <w>Połykał gorzkie słowa i przetrawiał w duszy.</w>
    <w>Okropną miał biesiadę. Jak w ogrodzie żmija</w>
    <w>Dwoistym żądłem zioło zatrute wypija,</w>
    <w>Potem skręci się w kłębek i na drodze legnie,</w>
    <w>Grożąc stopie, co na nią nieostrożnie biegnie:</w>
    <w>Tak Tadeusz, opiły trucizną zazdrości,</w>
    <w>Zdawał się obojętny, a pękał ze złości.</w>
  <str/>
  
    <w>W najweselszym zebraniu niech się kilku gniewa,</w>
    <w>Zaraz się ich ponurość na resztę rozlewa.</w>
    <w>Strzelcy dawniej milczeli, druga stołu strona</w>
    <w>Umilkła, Tadeusza żółcią zarażona.</w>
  <str/>
  
    <w>Nawet pan Podkomorzy, nadzwyczaj ponury,</w>
    <w>Nie miał ochoty gadać, widząc swoje córy,</w>
    <w>Posażne i nadobne panny, w wieku kwiecie,</w>
    <w>Zdaniem wszystkich najpierwsze partyje w powiecie,</w>
    <w>Milczące, zaniedbane od milczącej młodzi.</w>
    <w>Gościnnego Sędziego również to obchodzi;</w>
    <w>Wojski zaś uważając, że tak wszyscy milczą,</w>
    <w>Nazywał tę wieczerzę nie polską, lecz wilczą.</w>
  <str/>
  
    <w>Hreczecha na milczenie miał słuch bardzo czuły,</w>
    <w>Sam gawędził, i lubił niezmiernie gaduły.</w>
    <w>Nie dziw! ze szlachtą strawił życie na biesiadach,</w>
    <w>Na polowaniach, zjazdach, sejmikowych radach;</w>
    <w>Przywykł, żeby mu zawsze coś bębniło w ucho,</w>
    <w>Nawet wtenczas, gdy milczał lub z placką za muchą</w>
    <w>Skradał się, lub zamknąwszy oczy siadał marzyć;</w>
    <w>W dzień szukał rozmów, w nocy musiano mu gwarzyć</w>
    <w>Pacierze różańcowe albo gadać bajki:</w>
    <w>Stąd też nieprzyjacielem zabitym był fajki,</w>
    <w>Wymyślonej od Niemców, by nas scudzoziemczyć;</w>
    <w>Mawiał: &lguillemet;Polskę oniemić, jest to Polskę zniemczyć&rguillemet;.</w>
    <w>Starzec, wiek przegwarzywszy, chciał spoczywać w gwarze,</w>
    <w>Milczenie go budziło ze snu: tak młynarze,</w>
    <w>Uśpieni kół tarkotem, ledwie staną osie,</w>
    <w>Budzą się krzycząc z trwogą: &lguillemet;A słowo stało się&ellipsis;&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Wojski ukłonem dawał znak Podkomorzemu,</w>
    <w>A ręką od ust lekko skinął ku Sędziemu,</w>
    <w>Prosząc o głos; panowie na ten ukłon niemy</w>
    <w>Odkłonili się oba, co znaczy: prosiemy.</w>
    <w>Wojski zagaił:<str/>&lguillemet;Śmiałbym upraszać młodzieży,</w>
    <w>Ażeby po staremu bawić u wieczerzy,</w>
    <w>Nie milczeć i żuć: czy my ojce kapucyni?</w>
    <w>Kto milczy między szlachtą, to właśnie tak czyni,</w>
    <w>Jako myśliwiec, który nabój rdzawi w strzelbie:</w>
    <w>Dlatego ja rozmowność naszych przodków wielbię.</w>
    <w>Po łowach szli do stołu, nie tylko by jadać,</w>
    <w>Ale aby nawzajem mogli się wygadać,</w>
    <w>Co każdy miał na sercu; nagany, pochwały</w>
    <w>Strzelców i obławników, ogary, wystrzały</w>
    <w>Wywoływano na plac; powstawała wrzawa,</w>
    <w>Miła uchu myśliwców, jak druga obława.</w>
    <w>Wiem, wiem, o co wam idzie: ta czarnych trosk chmura</w>
    <w>Pono z Robakowego wzniosła się kaptura!</w>
    <w>Wstydzicie się swych pudeł! niech was wstyd nie pali,</w>
    <w>Znałem myśliwych lepszych od was, a chybiali;</w>
    <w>Trafiać, chybiać, poprawiać, to kolej strzelecka.</w>
    <w>Ja sam, chociaż ze strzelbą włóczę się od dziecka,</w>
    <w>Chybiałem; chybiał sławny ów strzelec Tułoszczyk,</w>
    <w>Nawet nie zawsze trafiał pan Rejtan nieboszczyk.</w>
    <w>O Rejtanie opowiem później. Co się tycze</w>
    <w>Wypuszczenia z obławy, że oba panicze</w>
    <w>Źwierzowi jak należy kroku nie dostali,</w>
    <w>Choć mieli oszczep w ręku, tego nikt nie chwali</w>
    <w>Ani gani: bo zmykać mając nabój w rurze</w>
    <w>Znaczyło po staremu być tchórzem nad tchórze;</w>
    <w>Toż wystrzelić na oślep (jak to robi wielu),</w>
    <w>Nie przypuściwszy źwierza, nie wziąwszy do celu,</w>
    <w>Jest rzecz haniebna; ale kto dobrze wymierzy,</w>
    <w>Kto przypuści do siebie źwierza jak należy,</w>
    <w>Jeśli chybił, cofnąć się może bez sromoty,</w>
    <w>Albo walczyć oszczepem, lecz z własnej ochoty,</w>
    <w>A nie z musu: gdyż oszczep strzelcom poruczony</w>
    <w>Nie dla natarcia, ale tylko dla obrony.</w>
    <w>Tak było po staremu: a więc mnie zawierzcie,</w>
    <w>I waszej rejterady do serca nie bierzcie,</w>
    <w>Kochany Tadeuszku i Wielmożny Grafie;</w>
    <w>Ilekroć zaś wspomnicie o dzisiejszym trafie,</w>
    <w>Wspomnijcie też starego Wojskiego przestrogę:</w>
    <w>Nigdy jeden drugiemu nie zachodzić w drogę,</w>
    <w>Nigdy we dwóch nie strzelać do jednej źwierzyny&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Właśnie Wojski wymawiał to słowo: źwierzyny,</w>
    <w>Gdy Asesor półgębkiem podszepnął: dziewczyny;</w>
    <w>Brawo! krzyknęła młodzież, powstał szmer i śmiechy,</w>
    <w>Powtarzano z kolei przestrogę Hreczechy,</w>
    <w>Mianowicie ostatnie słowo, ci: źwierzyny,</w>
    <w>A drudzy w głos śmiejąc się krzyczeli: dziewczyny;</w>
    <w>Rejent szepnął: kobiety, &mdash; Asesor: kokiety,</w>
    <w>Utkwiwszy w Telimenie oczy jak sztylety.</w>
  <str/>
  
    <w>Nie myślił wcale Wojski przymawiać nikomu</w>
    <w>Ani uważał, co tam szepcą po kryjomu;</w>
    <w>Rad bardzo, że mógł damy i młodzież rozśmieszyć,</w>
    <w>Zwrócił się ku myśliwcom, chcąc i tych pocieszyć.</w>
    <w>I zaczął, nalewając sobie kielich wina:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Nadaremnie oczyma szukam Bernardyna;</w>
    <w>Chciałbym mu opowiedzieć wypadek ciekawy,</w>
    <w>Podobny do zdarzenia dzisiejszej obławy.</w>
    <w>Klucznik mówił, że tylko znał jednego człeka,</w>
    <w>Co tak celnie jak Robak mógł strzelić z daleka;</w>
    <w>Ja zaś znałem drugiego: równie trafnym strzałem</w>
    <w>Ocalił on dwóch panów; sam ja to widziałem,</w>
    <w>Kiedy do Nalibockich zaciągnęli lasów</w>
    <w>Tadeusz Rejtan poseł i książę Denassow.</w>
    <w>Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie,</w>
    <w>Owszem u stołu pierwsi wnieśli jego zdrowie,</w>
    <w>Nadawali mu wielkich prezentów bez liku</w>
    <w>I skórę zabitego dzika; o tym dziku</w>
    <w>I o strzale, powiem wam jak naoczny świadek;</w>
    <w>Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek,</w>
    <w>A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów,</w>
    <w>Posłowi Rejtanowi i księciu Denassow&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>A wtem ozwał się Sędzia nalewając czaszę:</w>
    <w>&lguillemet;Piję zdrowie Robaka, Wojski, w ręce wasze.</w>
    <w>Jeśli datkiem nie możem Kwestarza zbogacić,</w>
    <w>Postaramy się przecież za proch mu zapłacić.</w>
    <w>Uręczamy, że niedźwiedź zabity dziś w boru</w>
    <w>Przez dwa lata wystarczy na kuchnię klasztoru.</w>
    <w>Lecz skóry Księdzu nie dam; lub gwałtem zabiorę,</w>
    <w>Albo ją mnich ustąpić musi przez pokorę,</w>
    <w>Albo ją kupię choćby dziesiątkiem soboli.</w>
    <w>Skórą tą rozporządzimy wedle naszej woli;</w>
    <w>Pierwszy wieniec i sławę już wziął sługa boży,</w>
    <w>Skórę Jaśnie Wielmożny Pan nasz Podkomorzy</w>
    <w>Temu da, kto na drugą nagrodę zasłużył&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Podkomorzy pogładził czoło i brwi zmrużył;</w>
    <w>Strzelcy zaczęli szemrać, każdy coś powiadał,</w>
    <w>Tamten, jak źwierza znalazł, ten, jak ranę zadał,</w>
    <w>Tamten psiarnię nawołał, ów źwierza nawrócił</w>
    <w>Znowu w ostęp. Asesor z Rejentem się kłócił,</w>
    <w>Jeden wielbiąc przymioty swojej Sanguszkówki,</w>
    <w>Drugi bałabanowskiej swej Sagalasówki.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Sędzio sąsiedzie, wreszcie wyrzekł Podkomorzy,</w>
    <w>Pierwszą nagrodę słusznie zyskał sługa boży;</w>
    <w>Lecz niełacno rozsądzić, kto jest po nim drugi,</w>
    <w>Bo wszyscy zdają mi się mieć równe zasługi,</w>
    <w>Wszyscy równi zręcznością, biegłością i męstwem.</w>
    <w>Przecież dwóch dziś odznaczył los niebezpieczeństwem,</w>
    <w>Dwaj byli niedźwiedziego najbliżsi pazura:</w>
    <w>Tadeusz i pan Hrabia; im należy skóra.</w>
    <w>Pan Tadeusz ustąpi (jestem tego pewny),</w>
    <w>Jako młodszy i jako gospodarza krewny;</w>
    <w>Więc <i>spolia opima</i> weźmiesz, Mości Hrabia.</w>
    <w>Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia,</w>
    <w>Niechaj pamiątką będzie dzisiejszej zabawy,</w>
    <w>Godłem szczęścia łowczego, bodźcem przyszłej sławy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Umilknął wesół, myśląc, że Hrabię ucieszył;</w>
    <w>Nie wiedział, jak boleśnie serce jego przeszył.</w>
    <w>Bo Hrabia na strzeleckiej komnaty wspomnienie</w>
    <w>Mimowolnie wzrok podniósł; a te łby jelenie,</w>
    <w>Te gałęziste rogi, jakby las wawrzynów</w>
    <w>Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów,</w>
    <w>Te rzędami portretów zdobione filary,</w>
    <w>Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary,</w>
    <w>Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości;</w>
    <w>Zbudził się z marzeń, wspomniał, gdzie, u kogo gości:</w>
    <w>Dziedzic Horeszków gościem śród swych własnych progów,</w>
    <w>Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów!</w>
    <w>A przy tym zawiść, którą czuł do Tadeusza,</w>
    <w>Tym mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza.</w>
    <w>Rzekł więc z gorzkim uśmiechem: &lguillemet;Mój domek zbyt mały,</w>
    <w>Nie ma godnego miejsca na dar tak wspaniały;</w>
    <w>Niech lepiej niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy,</w>
    <w>Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Podkomorzy zgadując, na co się zanosi,</w>
    <w>Zadzwonił w tabakierę złotą, o głos prosi.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Godzieneś pochwał, rzecze, Hrabio, mój sąsiedzie,</w>
    <w>Że dbasz o interesa nawet przy obiedzie;</w>
    <w>Nie tak jak modni wieku twojego panicze,</w>
    <w>Żyjący bez rachunku. Ja tuszę i życzę</w>
    <w>Zgodą zakończyć moje sądy podkomorskie;</w>
    <w>Dotąd jedyna trudność jest o fundum dworskie.</w>
    <w>Mam już projekt zamiany, fundum wynagrodzić</w>
    <w>Ziemią, w sposób następny&ellipsis;&rguillemet; &mdash; Tu zaczął wywodzić</w>
    <w>Porządnie (jak zwykł zawsze) plan przyszłej zamiany;</w>
    <w>Już był w połowie rzeczy, gdy ruch niespodziany</w>
    <w>Wszczął się na końcu stoła: jedni coś postrzegli,</w>
    <w>Wskazują palcem, drudzy oczyma tam biegli,</w>
    <w>Aż wreszcie wszystkie głowy, jak kłosy schylone</w>
    <w>Wstecznym wiatrem, w przeciwną zwróciły się stronę,</w>
    <w>W kąt.<str/>Z kąta, kędy wisiał portret nieboszczyka,</w>
    <w>Ostatniego z rodziny Horeszków, Stolnika,</w>
    <w>Z małych drzwiczek ukrytych pomiędzy filary</w>
    <w>Wysunęła się cicho postać na kształt mary.</w>
    <w>Gerwazy; poznano go po wzroście, po licach,</w>
    <w>Po srebrzystych na żółtej kurcie Półkozicach.</w>
    <w>Stąpał jako słup prosto, niemy i surowy,</w>
    <w>Nie zdjąwszy czapki, nawet nie schyliwszy głowy;</w>
    <w>W ręku trzymał błyszczący klucz jakby puginał,</w>
    <w>Odemknął szafę i w niej coś kręcić zaczynał.</w>
  <str/>
  
    <w>Stały w dwóch kątach sieni, wsparte o filary,</w>
    <w>Dwa kurantowe, w szafach zamknięte zegary;</w>
    <w>Dziwaki stare, dawno ze słońcem w niezgodzie,</w>
    <w>Południe wskazywały często o zachodzie;</w>
    <w>Gerwazy nie przybrał się machinę naprawić,</w>
    <w>Ale bez nakręcenia nie chciał jej zostawić,</w>
    <w>Dręczył kluczem zegary każdego wieczora;</w>
    <w>Właśnie teraz przypadła nakręcania pora.</w>
    <w>Gdy Podkomorzy sprawą zajmował uwagę</w>
    <w>Stron interesowanych, on pociągnął wagę:</w>
    <w>Zgrzytnęły wyszczerbionym zębem koła rdzawe,</w>
    <w>Wzdrygnął się Podkomorzy i przerwał rozprawę.</w>
    <w>&lguillemet;Bracie, rzekł, odłóż nieco twą pilną robotę&rguillemet;</w>
    <w>I kończył plan zamiany; lecz Klucznik na psotę</w>
    <w>Jeszcze silniej pociągnął drugiego ciężaru;</w>
    <w>I wnet gil, który siedział na wierzchu zegaru,</w>
    <w>Trzepiocąc skrzydłem zaczął ciąć kurantów nuty.</w>
    <w>Ptak sztucznie wyrobiony, szkoda, że popsuty,</w>
    <w>Zająkał się i piszczał, im dalej, tym gorzej</w>
    <w>Goście w śmiech; musiał przerwać znowu Podkomorzy</w>
    <w>&lguillemet;Mości Kluczniku, krzyknął, lub raczej puszczyku,</w>
    <w>Jeśli dziob twój szanujesz, dość mi tego krzyku&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale Gerwazy groźbą wcale się nie strwożył,</w>
    <w>Prawą rękę poważnie na zegar położył,</w>
    <w>A lewą wziął się pod bok; tak oburącz wsparty:</w>
    <w>&lguillemet;Podkomorzeńku! krzyknął, wolne pańskie żarty,</w>
    <w>Wróbel mniejszy niż puszczyk, a na swoich wiorach</w>
    <w>Śmielszy jest aniżeli puszczyk w cudzych dworach:</w>
    <w>Co klucznik, to nie puszczyk; kto w cudze poddasze</w>
    <w>Nocą włazi, ten puszczyk, i ja go wystraszę&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Za drzwi z nim !&rguillemet; Podkomorzy krzyknął.<str/>&lguillemet;Panie Hrabia!</w>
    <w>Zawołał Klucznik, widzisz Pan, co się wyrabia:</w>
    <w>Czy nie dosyć się jeszcze Pański honor plami,</w>
    <w>Że Pan jadasz i pijasz z tymi Soplicami;</w>
    <w>Trzebaż jeszcze, aby mnie, zamku urzędnika,</w>
    <w>Gerwazego Rębajłę, Horeszków klucznika,</w>
    <w>Lżyć w domu Panów moich? i Panże to zniesie!&rguillemet;</w>
    <w>Wtem Protazy zawołał trzykroć: &lguillemet;Uciszcie się!</w>
    <w>Na ustęp! Ja, Protazy Baltazar Brzechalski,</w>
    <w>Dwojga imion, jenerał niegdyś trybunalski,</w>
    <w><i>Vulgo</i> woźny, woźnieńską obdukcyją robię</w>
    <w>I wizyją formalną, zamawiając sobie</w>
    <w>Urodzonych tu wszystkich obecnych świadectwo</w>
    <w>I pana Asesora wzywając na śledztwo,</w>
    <w>Z powodu Wielmożnego Sędziego Soplicy:</w>
    <w>O inkursyją, to jest o najazd granicy,</w>
    <w>Gwałt zamku, w którym Sędzia dotąd prawnie włada,</w>
    <w>Czego dowodem jawnym jest, że w zamku jada&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Brzechaczu! wrzasnął Klucznik, ja cię wnet nauczę!&rguillemet;</w>
    <w>I dobywszy zza pasa swe żelazne klucze,</w>
    <w>Okręcił wkoło głowy, puścił z całej mocy;</w>
    <w>Pęk żelaza wyleciał jako kamień z procy.</w>
    <w>Pewnie łeb Protazemu rozbiłby na ćwierci;</w>
    <w>Szczęściem, schylił się Woźny i wydarł się śmierci.</w>
  <str/>
  
    <w>Porwali się z miejsc wszyscy, chwilę była głucha</w>
    <w>Cichość, aż Sędzia krzyknął: &lguillemet;W dyby tego zucha!</w>
    <w>Hola, chłopcy!&rguillemet; &mdash; i czeladź rzuciła się żwawo</w>
    <w>Ciasnym przejściem pomiędzy ścianami i ławą;</w>
    <w>Lecz Hrabia krzesłem w środku zagrodził im drogę</w>
    <w>I na tym szańcu słabym utwierdziwszy nogę:</w>
    <w>&lguillemet;Wara! zawołał, Sędzio! nie wolno nikomu</w>
    <w>Krzywdzić sługę mojego w moim własnym domu;</w>
    <w>Kto ma na starca skargę, niech ją mnie przełoży&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Zyzem w oczy Hrabiemu spojrzał Podkomorzy:</w>
    <w>&lguillemet;Bez Wacinej pomocy ukarać potrafię</w>
    <w>Zuchwałego szlachetkę; a Wać, Mości Grafie,</w>
    <w>Przed dekretem ten zamek za wcześnie przywłaszczasz;</w>
    <w>Nie Wać tu jesteś panem, nie Wać nas ugaszczasz;</w>
    <w>Siedź cicho, jakeś siedział; jeśli siwej głowy</w>
    <w>Nie czcisz, to szanuj pierwszy urząd powiatowy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Co mi? odmruknął Hrabia, dość już tej gawędy!</w>
    <w>Nudźcie drugich waszymi względy i urzędy;</w>
    <w>Dość już głupstwa zrobiłem, wdając się z Waćpaństwem</w>
    <w>W pijatyki, które się kończą grubijaństwem.</w>
    <w>Zdacie mi sprawę z mego honoru obrazy;</w>
    <w>Do widzenia po trzeźwu, &mdash; pódź za mną, Gerwazy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Nigdy się odpowiedzi takiej nie spodziewał</w>
    <w>Podkomorzy, właśnie swój kieliszek nalewał,</w>
    <w>Gdy zuchwalstwem Hrabiego rażony jak gromem,</w>
    <w>Oparłszy się o kielich butlem nieruchomym,</w>
    <w>Głowę wyciągnął na bok i ucha przyłożył,</w>
    <w>Oczy rozwarł szeroko, usta wpół otworzył;</w>
    <w>Milczał, lecz kielich w ręku tak potężnie ścisnął,</w>
    <w>Że szkło dźwięknąwszy pękło, płyn w oczy mu prysnął</w>
    <w>Rzekłbyś, iż z winem ognia w duszę się nalało,</w>
    <w>Tak oblicze spłonęło, tak oko pałało;</w>
    <w>Zerwał się mówić, pierwsze słowo niewyraźnie</w>
    <w>Mleł w ustach, aż przez zęby wyleciało: &lguillemet;Błaźnie!</w>
    <w>Grafiątko! ja cię! Tomasz! karabelę! Ja tu</w>
  <str/>
  
    <w>Nauczę ciebie mores, błaźnie, daj go katu!</w>
    <w>Względy, urzędy nudzą, uszko delikatne!</w>
    <w>Ja cię zaraz po tych zauszniczkach płatnę!</w>
    <w>Fora za drzwi! do korda! Tomasz, karabelę!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem do Podkomorzego skoczą przyjaciele;</w>
    <w>Sędzia porwał mu rękę: &lguillemet;Stój Pan, to rzecz nasza,</w>
    <w>Mnie tu naprzód wyzwano; Protazy, pałasza!</w>
    <w>Puszczę go w taniec jako niedźwiadka na kiju&rguillemet;.</w>
    <w>Lecz Tadeusz Sędziego wstrzymał: &lguillemet;Panie Stryju,</w>
    <w>Wielmożny Podkomorzy, czyż się Państwu godzi</w>
    <w>Wdawać się z tym fircykiem, czy tu nie ma młodzi?</w>
    <w>Na mnie się zdajcie, ja go należycie skarcę;</w>
    <w>A Waszeć, panie śmiałku, co wyzywasz starce,</w>
    <w>Obaczym, czyli jesteś tak strasznym rycerzem;</w>
    <w>Rozprawimy się jutro, plac i broń wybierzem.</w>
    <w>Dziś uchodź, pókiś cały!&rguillemet;<str/>Dobra była rada;</w>
    <w>Klucznik i Hrabia wpadli w obroty nie lada.</w>
    <w>Przy wyższym końcu stoła wrzał tylko krzyk wielki,</w>
    <w>Ale z ostrego końca latały butelki</w>
    <w>Koło Hrabiego głowy. Strwożone kobiety</w>
    <w>W prośby, w płacz; Telimena, krzyknąwszy: &lguillemet;Niestety!&rguillemet;</w>
    <w>Wzniosła oczy, powstała i padła zemdlona,</w>
    <w>I przechyliwszy szyję przez Hrabi ramiona,</w>
    <w>Na pierś jego złożyła swe piersi łabędzie.</w>
    <w>Hrabia, choć zagniewany, wstrzymał się w zapędzie,</w>
    <w>Zaczął cucić, ocierać.<str/>Tymczasem Gerwazy,</w>
    <w>Wystawiony na stołków i butelek razy,</w>
    <w>Już zachwiał się, już czeladź zakasawszy pięście</w>
    <w>Rzucała się nań zewsząd hurmem, gdy na szczęście</w>
    <w>Zosia, widząc szturm, skoczy i litością zdjęta</w>
    <w>Zasłania starca, na krzyż rozpiąwszy rączęta. &mdash;</w>
    <w>Wstrzymali się; Gerwazy z wolna ustępował,</w>
    <w>Zniknął z oczu, szukano, gdzie się pod stół schował;</w>
    <w>Gdy nagle z drugiej strony wyszedł jak spod ziemi,</w>
    <w>Podniósłszy w górę ławę ramiony silnemi,</w>
    <w>Okręcił się jak wiatrak, oczyścił pół sieni,</w>
    <w>Wziął Hrabię, i tak oba ławą zasłonieni</w>
    <w>Cofali się ku drzwiczkom; już dochodzą progów,</w>
    <w>Gerwazy stanął, jeszcze raz spojrzał na wrogów,</w>
    <w>Dumał chwilę, niepewny, czy cofać się zbrojnie,</w>
    <w>Czyli z nowym orężem szukać szczęścia w wojnie.</w>
    <w>Obrał drugie; już ławę jak taran murowy</w>
    <w>W tył dźwignął dla zamachu, już ugiąwszy głowy,</w>
    <w>Z wypiętą naprzód piersią, z podniesioną nogą</w>
    <w>Miał wpaść&ellipsis; ujrzał Wojskiego, uczuł w sercu trwogę.</w>
  <str/>
  
    <w>Wojski, cicho siedzący z przymrużonym okiem,</w>
    <w>Zdawał się pogrążony w dumaniu głębokiem;</w>
    <w>Dopiero gdy się Hrabia z Podkomorzym skłócił</w>
    <w>I Sędziemu pogroził, Wojski głowę zwrócił,</w>
    <w>Zażył dwakroć tabaki i przetarł powieki.</w>
    <w>Chociaż Wojski Sędziemu był krewny daleki,</w>
    <w>Ale w gościnnym jego domu zamieszkały,</w>
    <w>O zdrowie przyjaciela był niezmiernie dbały.</w>
    <w>Przypatrywał się zatem z ciekawością walce,</w>
    <w>Wyciągnął z lekka na stół rękę, dłoń i palce,</w>
    <w>Położył nóż na dłoni, trzonkiem do paznokcia</w>
    <w>Indeksu, a żelazem zwrócony do łokcia,</w>
    <w>Potem ręką w tył nieco wychyloną kiwał,</w>
    <w>Niby bawiąc się, lecz się w Hrabiego wpatrywał.</w>
    <w>Sztuka rzucania nożów, straszna w ręcznej bitwie,</w>
    <w>Już była zaniedbana podówczas na Litwie,</w>
    <w>Znajoma tylko starym; Klucznik jej probował</w>
    <w>Nieraz w zwadach karczemnych, Wojski w niej celował.</w>
    <w>Widać z zamachu ręki, że silnie uderzy,</w>
    <w>A z oczu łacno zgadnąć, że w Hrabiego mierzy</w>
    <w>(Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli),</w>
    <w>Mniej baczni młodzi ruchów starca nie pojęli;</w>
    <w>Gerwazy zbladnął, ławą Hrabiego zakłada,</w>
    <w>Cofa się ku drzwiom. &mdash; &lguillemet;Łapaj!&rguillemet; krzyknęła gromada.</w>
  <str/>
  
    <w>Jako wilk, obskoczony znienacka przy ścierwie,</w>
    <w>Rzuca się oślep w zgraję, co mu ucztę przerwie,</w>
    <w>Już goni, ma ją szarpać, wtem śród psiego wrzasku</w>
    <w>Trzasło ciche półkurcze, wilk zna je po trzasku,</w>
    <w>Śledzi okiem, postrzega, że z tyłu za charty</w>
    <w>Myśliwiec wpół schylony, na kolanie wsparty,</w>
    <w>Rurą ku niemu wije i już cyngla tyka;</w>
    <w>Wilk uszy spuszcza, ogon podtuliwszy zmyka,</w>
    <w>Psiarnia z tryumfującym rzuca się hałasem</w>
    <w>I skubie go po kudłach, zwierz zwraca się czasem,</w>
    <w>Spojrzy, klapnie paszczęką, i białych kłów zgrzytem</w>
    <w>Ledwie pogrozi, psiarnia pierzcha ze skowytem:</w>
    <w>Tak i Gerwazy z groźną cofał się postawą,</w>
    <w>Wstrzymując napastników oczyma i ławą,</w>
    <w>Aż razem z Hrabią wpadli w głąb ciemnej framugi.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Łapaj!&rguillemet; krzykniono znowu; tryumf był niedługi:</w>
    <w>Bo nad głowami tłumu Klucznik niespodzianie</w>
    <w>Ukazał się na chorze przy starym organie</w>
    <w>I z trzaskiem jął wyrywać ołowiane rury,</w>
    <w>Wielką by klęskę zadał uderzając z góry,</w>
    <w>Ale już goście tłumnie wychodzili z sieni,</w>
    <w>Nie śmieli kroku dostać słudzy potrwożeni</w>
    <w>I chwytając naczynia w ślad panów uciekli,</w>
    <w>Nawet nakrycia z częścią sprzętów się wyrzekli.</w>
  <str/>
  
    <w>Któż ostatni, nie dbając na groźby i razy,</w>
    <w>Ustąpił z placu bitwy? &mdash; Brzechalski Protazy.</w>
    <w>On, za krzesłem Sędziego stojąc niewzruszenie,</w>
    <w>Ciągnął woźnieńskim głosem swoje oświadczenie,</w>
    <w>Aż skończył, i z pustego zszedł pobojowiska,</w>
    <w>Kędy zostały trupy, ranni i zwaliska.</w>
  <str/>
  
    <w>W ludziach straty nie było; ale wszystkie ławy</w>
    <w>Miały zwichnione nogi, stół także kulawy,</w>
    <w>Obnażony z obrusa, poległ na talerzach</w>
    <w>Zlanych winem, jak rycerz na krwawych puklerzach,</w>
    <w>Między licznymi kurcząt i jendyków cały,</w>
    <w>W których piersi widelce świeżo wbite tkwiały.</w>
  <str/>
  
    <w>Po chwili w Horeszkowskim samotnym budynku</w>
    <w>Wszystko do zwyczajnego wracało spoczynku.</w>
    <w>Mrok zgęstniał; reszty pańskiej wspaniałej biesiady</w>
    <w>Leżą, podobne uczcie nocnej, gdzie na dziady</w>
    <w>Zgromadzić się zaklęte mają nieboszczyki.</w>
    <w>Już na poddaszu trzykroć krzyknęły puszczyki</w>
    <w>Jak guślarze; zdają się witać wschód miesiąca,</w>
    <w>Którego postać oknem spadła na stół, drżąca</w>
    <w>Niby dusza czyscowa; z podziemu, przez dziury</w>
    <w>Wyskakiwały na kształt potępieńców szczury:</w>
    <w>Gryzą, piją; czasami w kącie zapomniana</w>
    <w>Puknie na toast duchom butelka szampana.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale na drugim piętrze, w izbie, którą zwano,</w>
    <w>Choć była bez zwierciadeł, salą zwierciadlaną,</w>
    <w>Stał Hrabia na krużganku zwróconym ku bramie;</w>
    <w>Chłodził się wiatrem, surdut wdział na jedno ramię,</w>
    <w>Drugi rękaw i poły u szyi sfałdował</w>
    <w>I pierś surdutem jakby płaszczem udrapował.</w>
    <w>Gerwazy chodził kroki wielkimi po sali;</w>
    <w>Obadwa zamyśleni, do siebie gadali:</w>
    <w>&lguillemet;Pistolety, rzekł Hrabia, lub gdy chcą, pałasze&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Zamek, rzekł Klucznik, i wieś, oboje to nasze&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Stryja, synowca, wołał Hrabia, całe plemię</w>
    <w>Wyzywaj!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Zamek, wołał Klucznik, wieś i ziemie</w>
    <w>Zabieraj Pan!&rguillemet; To mówiąc zwrócił się do Hrabi:</w>
    <w>&lguillemet;Jeśli Pan chce mieć pokój, niech wszystko zagrabi.</w>
    <w>Po co proces, Mopanku! sprawa jak dzień czysta:</w>
    <w>Zamek w ręku Horeszków był przez lat czterysta;</w>
    <w>Część gruntów oderwano w czasie Targowicy</w>
    <w>I jak Pan wie, oddano władaniu Soplicy.</w>
    <w>Nie tylko tę część, wszystko zabrać im należy,</w>
    <w>Za koszta procesowe, za karę grabieży.</w>
    <w>Mówiłem Panu zawsze: procesów zaniechać,</w>
    <w>Mówiłem Panu zawsze: najechać, zajechać;</w>
    <w>Tak było po dawnemu: kto raz grunt posiądzie,</w>
    <w>Ten dziedzic; wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie.</w>
    <w>Co się tyczy dawniejszych z Soplicami sprzeczek,</w>
    <w>Jest na to od procesu lepszy Scyzoryczek;</w>
    <w>A jeśli Maciej w pomoc da mi swą Rózeczkę,</w>
    <w>To my we dwóch, Sopliców tych porzniem na sieczkę&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Brawo! rzekł Hrabia, plan twój gotycko-sarmacki</w>
    <w>Podoba się mi lepiej niż spór adwokacki.</w>
    <w>Wiesz co? na całej Litwie narobim hałasu</w>
    <w>Wyprawą niesłychaną od dawnego czasu.</w>
    <w>I sami się zabawim. Dwa lata tu siedzę,</w>
    <w>Jakąż bitwę widziałem? z chłopami o miedzę.</w>
    <w>Nasza wyprawa przecież krwi rozlanie wróży;</w>
    <w>Odbyłem taką jedną w czasie mych podróży.</w>
    <w>Gdym w Sycylu bawił u pewnego księcia,</w>
    <w>Rozbójnicy porwali w górach jego zięcia</w>
    <w>I okupu od krewnych żądali zuchwale;</w>
    <w>My, zebrawszy naprędce sługi i wasale,</w>
    <w>Wpadliśmy; ja dwóch zbojców ręką mą zabiłem,</w>
    <w>Pierwszy wleciałem w tabor, więźnia uwolniłem.</w>
    <w>Ach, mój Gerwazy! jaki to był tryumfalny,</w>
    <w>Jaki piękny nasz powrót, rycersko-feudalny!</w>
    <w>Lud z kwiatami spotykał nas &mdash; córka książęcia,</w>
    <w>Wdzięczna zbawcy, ze łzami padła w me objęcia.</w>
    <w>Gdym przybył do Palermo, wiedziano z gazety,</w>
    <w>Palcami wskazywały mię wszystkie kobiety.</w>
    <w>Nawet wydrukowano o całym zdarzeniu</w>
    <w>Romans, gdzie wymieniony jestem po imieniu.</w>
    <w>Romans ma tytuł: Hrabia, czyli tajemnice</w>
    <w>Zamku Birbante-rokka. Czy są tu ciemnice</w>
    <w>W tym zamku?&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Są, rzekł Klucznik, ogromne piwnice,</w>
    <w>Ale puste! bo wino wypili Soplice&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Dżokejów, dodał Hrabia, uzbroić we dworze,</w>
    <w>Z włości wezwać wasalów!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Lokajów? broń Boże!</w>
    <w>Przerwał Gerwazy. Czy to zajazd jest hultajstwem?</w>
    <w>Kto widział zajazd robić z chłopstwem i z lokajstwem?</w>
    <w>Mój Panie, na zajazdach nie znacie się wcale;</w>
    <w>Wąsalów &mdash; co innego, zdadzą się wąsale.</w>
    <w>Nie we włości ich szukać, ale po zaściankach,</w>
    <w>W Dobrzynie, w Rzezikowie, w Ciętyczach, w Rąbankach;</w>
    <w>Szlachta odwieczna, w której krew rycerska płynie,</w>
    <w>Wszyscy przychylni panów Horeszków rodzinie,</w>
    <w>Wszyscy nieprzyjaciele zabici Sopliców!</w>
    <w>Stamtąd zbiorę ze trzystu wąsatych szlachciców;</w>
    <w>To rzecz moja. Pan niechaj do pałacu wraca</w>
    <w>I wyśpi się, bo jutro będzie wielka praca;</w>
    <w>Pan spać lubi, już późno, drugi kur już pieje;</w>
    <w>Ja tu będę pilnować zamku, aż rozdnieje,</w>
    <w>A ze słoneczkiem stanę w Dobrzyńskim zaścianku&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Na te słowa pan Hrabia ustąpił z krużganku;</w>
    <w>Ale nim odszedł, spojrzał przez otwór strzelnicy</w>
    <w>I widząc świateł mnóstwo w domostwie Soplicy:</w>
    <w>&lguillemet;Iluminujcie! krzyknął, jutro o tej porze</w>
    <w>Będzie jasno w tym zamku, ciemno w waszym dworze&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Gerwazy siadł na ziemi, oparł się o ścianę</w>
    <w>I pochylił ku piersiom czoło zadumane;</w>
    <w>Światłość miesięczna padła na wierzch głowy łysy,</w>
    <w>Gerwazy po nim kryślił palcem różne rysy;</w>
    <w>Widać, że przyszłych wypraw snuł plany wojenne.</w>
    <w>Ciężą mu coraz bardziej powieki brzemienne,</w>
    <w>Bezwładną kiwnął szyją, czuł, że go sen bierze,</w>
    <w>Zaczął wedle zwyczaju wieczorne pacierze.</w>
    <w>Lecz między Ojczenaszem i Zdrowaś Maryją</w>
    <w>Dziwne stanęły mary, tłoczą się i wiją:</w>
    <w>Klucznik widzi Horeszki, swoje dawne pany,</w>
    <w>Ci niosą karabele, drudzy buzdygany,</w>
    <w>Każdy groźnie spoziera i pokręca wąsa,</w>
    <w>Składa się karabelą, buzdyganem wstrząsa &mdash;</w>
    <w>Za nimi jeden cichy, posępny cień mignął,</w>
    <w>Z krwawą na piersi plamą. Gerwazy się wzdrygnął,</w>
    <w>Poznał Stolnika; zaczął wkoło siebie żegnać</w>
    <w>I ażeby tym pewniej straszne sny rozegnać,</w>
    <w>Odmawiał litaniją o czyscowych duszach.</w>
    <w>Znowu wzrok mu skleił się, zadzwoniło w uszach &mdash;</w>
    <w>Widzi tłum szlachty konnej, błyszczą karabele:</w>
    <w>Zajazd! zajazd Korelicz, i Rymsza na czele!</w>
    <w>I ogląda sam siebie: jak na koniu siwym,</w>
    <w>Z podniesionym nad głowę rapierem straszliwym</w>
    <w>Leci; rozpięta na wiatr szumi taratatka,</w>
    <w>Z lewego ucha spadła w tył konfederatka;</w>
    <w>Leci, jezdnych i pieszych po drodze obala</w>
    <w>I na koniec Soplicę w stodole podpala &mdash;</w>
    <w>Wtem ciężka marzeniami na pierś spadła głowa,</w>
    <w>I tak usnął ostatni Klucznik Horeszkowa.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga szósta</numer>
  <tytul>Zaścianek</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Pierwsze ruchy wojenne zajazdu.</rzecz>
    <rzecz>Wyprawa Protazego.</rzecz>
    <rzecz>Robak z panem Sędzią radzą o rzeczy publicznej.</rzecz>
    <rzecz>Dalszy ciąg wyprawy Protazego, bezskutecznej.</rzecz>
    <rzecz>Ustęp o konopiach.</rzecz>
    <rzecz>Zaścianek szlachecki Dobrzyn.</rzecz>
    <rzecz>Opisanie domostwa i osoby Maćka Dobrzyńskiego.</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mroku</w>
    <w>Świt bez rumieńca, wiodąc dzień bez światła w oku.</w>
    <w>Dawno wszedł dzień, a jeszcze ledwie jest widomy.</w>
    <w>Mgła wisiała nad ziemią, jak strzecha ze słomy</w>
    <w>Nad ubogą Litwina chatką; w stronie wschodu</w>
    <w>Widać z bielszego nieco na niebie obwodu,</w>
    <w>Że słońce wstało, tędy ma zstąpić na ziemię,</w>
    <w>Lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie.</w>
  <str/>
  
    <w>Za przykładem niebieskim wszystko się spóźniło</w>
    <w>Na ziemi; bydło późno na paszę ruszyło</w>
    <w>I zdybało zające przy późnym śniadaniu;</w>
    <w>One zwykły do gajów wracać o świtaniu,</w>
    <w>Dziś, okryte tumanem, te mokrzycę chrupią,</w>
    <w>Te jamki w roli kopiąc, parami się kupią</w>
    <w>I na wolnym powietrzu myślą użyć wczasu;</w>
    <w>Ale przed bydłem muszą powracać do lasu.</w>
  <str/>
  
    <w>I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie śpiewa,</w>
    <w>Otrząsnął pierze z rosy, tuli się do drzewa,</w>
    <w>Głowę wciska w ramiona, oczy znowu mruży</w>
    <w>I czeka słońca. Kędyś u brzegów kałuży</w>
    <w>Klekce bocian; na kopach siedzą wrony zmokłe,</w>
    <w>Rozdziawiwszy się ciągną gawędy rozwlokłe,</w>
    <w>Obrzydłe gospodarzom jako wróżby słoty.</w>
    <w>Gospodarze już dawno wyszli do roboty.</w>
  <str/>
  
    <w>Już zaczęły żniwiarki swą piosnkę zwyczajną,</w>
    <w>Jak dzień słotny ponurą, tęskną, jednostajną,</w>
    <w>Tym smutniejszą, że dźwięk jej w mgłę bez echa wsiąka;</w>
    <w>Chrząsnęły sierpy w zbożu, ozwała się łąka,</w>
    <w>Rząd kosiarzy otawę siekących wciąż brząka</w>
    <w>Pogwizdując piosenkę; z końcem każdej zwrotki</w>
    <w>Stają, ostrzą żelezca i w takt kują w młotki.</w>
    <w>Ludzi we mgle nie widać, tylko sierpy, kosy</w>
    <w>I pieśni brzmią, jak muzyk niewidzialnych głosy.</w>
  <str/>
  
    <w>W środku na snopie zboża Ekonom usiadłszy,</w>
    <w>Nudzi się, kręci głową, roboty nie patrzy,</w>
    <w>Pogląda na gościniec, na drogi rozstajne,</w>
    <w>Kędy działy się jakieś rzeczy nadzwyczajne.</w>
  <str/>
  
    <w>Na gościńcu i drogach od samego ranka</w>
    <w>Panuje ruch niezwykły; stąd chłopska furmanka</w>
    <w>Skrzypi, lecąc jak poczta, stąd szlachecka bryka</w>
    <w>Czwałem tarkocze, drugą i trzecią spotyka;</w>
    <w>Z lewej drogi posłaniec jak kuryjer goni,</w>
    <w>Z prawej przebiegło w zawód kilkanaście koni,</w>
    <w>Wszyscy śpieszą, ku różnym kierują się stronom;</w>
    <w>Co to ma znaczyć? Powstał ze snopa Ekonom,</w>
    <w>Chciał przypatrzyć się, spytać; długo stał nad drogą,</w>
    <w>Daremnie wołał, nie mógł zatrzymać nikogo</w>
    <w>Ni poznać we mgle. Jezdni migają jak duchy,</w>
    <w>Tylko słychać raz po raz tętent kopyt głuchy</w>
    <w>I, co dziwniejsza jeszcze, szczękanie pałaszy:</w>
    <w>Bardzo to Ekonoma i cieszy, i straszy.</w>
    <w>Bo choć na Litwie było naonczas spokojnie,</w>
    <w>Dawno już wieści głuche biegały o wojnie,</w>
    <w>O Francuzach, Dąbrowskim, o Napoleonie.</w>
    <w>Miałyżby wojnę wróżyć ci jeźdźcy? te bronie?</w>
    <w>Ekonom pobiegł wszystko Sędziemu powiedzieć,</w>
    <w>Spodziewając się i sam czegoś się dowiedzieć.</w>
  <str/>
  
    <w>W Soplicowie domowi i goście, po kłótni</w>
    <w>Wczorajszej, wstali z siebie nieradzi i smutni.</w>
    <w>Próżno Wojszczanka damy na kabałę sprasza,</w>
    <w>Mężczyznom próżno karty dają do mariasza:</w>
    <w>Nie chcą bawić się ni grać, siedzą cicho w kątkach,</w>
    <w>Mężczyźni palą lulki, kobiety przy prątkach;</w>
    <w>Nawet śpią muchy.<str/>Wojski, rzuciwszy łopatkę,</w>
    <w>Znudzony ciszą, idzie pomiędzy czeladkę.</w>
    <w>Woli w kuchennej słuchać ochmistrzyni krzyków,</w>
    <w>Groźb i razów kucharza, hałasu kuchcików;</w>
    <w>Aż go powoli wprawił w przyjemne marzenie</w>
    <w>Ruch jednostajny rożnów kręcących pieczenie.</w>
  <str/>
  
    <w>Sędzia od rana pisał zamknąwszy się w izbie,</w>
    <w>Woźny od rana czekał pod oknem na przyzbie;</w>
    <w>Sędzia skończywszy pozew Protazego wzywa,</w>
    <w>Skargę przeciw Hrabiemu głośno odczytywa:</w>
    <w>O skrzywdzenie honoru, zelżywe wyrazy,</w>
    <w>Zaś przeciw Gerwazemu o gwałty i razy;</w>
    <w>Obydwu o przechwałki, o koszta z powodu</w>
    <w>Procesu, ciągnie w rejestr taktowy do grodu.</w>
    <w>Pozew dziś trzeba wręczyć ustnie, oczewisto,</w>
    <w>Nim zajdzie słońce. Woźny z miną uroczystą</w>
    <w>Wyciągnął słuch i rękę, skoro pozew zoczył;</w>
    <w>Stał poważnie, a rad by z radości podskoczył.</w>
    <w>Na samą myśl procesu czuł, że się odmłodził:</w>
    <w>Wspomniał na dawne lata, gdy z pozwami chodził</w>
    <w>Po guzy, ale razem po zapłaty hojne.</w>
    <w>Tak żołnierz, który strawił życie tocząc wojnę,</w>
    <w>A na starość w szpitalach spoczywa kaleki:</w>
    <w>Skoro usłyszy trąbę lub bęben daleki,</w>
    <w>Chwyta się z łoża, krzyczy przez sen: &lguillemet;Bij Moskala!&rguillemet;</w>
    <w>I na drewnianej nodze skacze ze szpitala</w>
    <w>Tak prędko, że go ledwie może złowić młodzież.</w>
  <str/>
  
    <w>Protazy śpieszył włożyć swą woźnieńską odzież:</w>
    <w>Przecież żupana ani kontusza nie kładzie,</w>
    <w>One służą ku wielkiej sądowej paradzie;</w>
    <w>Na podróż ma strój inny; szerokie rajtuzy</w>
    <w>I kurtę, której poły podpięte na guzy</w>
    <w>Można zakasać albo spuścić na kolana;</w>
    <w>Czapka z uszami, sznurkiem u wierzchu związana,</w>
    <w>Wznosi się na pogodę, spuszcza się przed słotą.</w>
    <w>Tak ubrany, wziął pałkę i ruszył piechotą.</w>
    <w>Bo woźni przed procesem, jak szpiegi przed bojem,</w>
    <w>Muszą kryć się pod różną postacią i strojem.</w>
  <str/>
  
    <w>Dobrze zrobił Protazy, że w drogę pośpieszył,</w>
    <w>Bo niedługo by swoim pozwem się nacieszył.</w>
    <w>W Soplicowie zmieniano kampaniji plany,</w>
    <w>Do Sędziego wpadł nagle Robak zadumany</w>
    <w>I rzekł: &lguillemet;Sędzio, to bieda nam z tą panią ciotką,</w>
    <w>Z tą panią Telimeną, kokietką i trzpiotką.</w>
    <w>Kiedy Zosia została dzieckiem w biednym stanie,</w>
    <w>Jacek ją Telimenie dał na wychowanie,</w>
    <w>Słysząc, że jest osoba dobra, świat znająca,</w>
    <w>A postrzegam, że ona coś tu nam zamąca,</w>
    <w>Intryguje i pono Tadeuszka wabi;</w>
    <w>Śledzę ją; albo może bierze się do Hrabi,</w>
    <w>Może do obu razem: obmyślmy więc środki,</w>
    <w>Jak się jej pozbyć, bo stąd mogą urość plotki,</w>
    <w>Zły przykład i pomiędzy młokosami zwady,</w>
    <w>Które mogą pomieszać twe prawne układy&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Układy? krzyknął Sędzia z niezwykłym zapałem,</w>
    <w>Z układów kwita, już je skończyłem, zerwałem&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;A to co? przerwał Robak, gdzie rozum, gdzie głowa?</w>
    <w>Co tu mi Wasze bajasz, jaka burda nowa?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Nie z mej winy, rzekł Sędzia, proces to wyjaśni:</w>
    <w>Hrabia pyszałek, głupiec, był przyczyną waśni,</w>
    <w>I Gerwazy łotr; lecz to do sądu należy.</w>
    <w>Szkoda, żeś nie był, Księże, w zamku na wieczerzy,</w>
    <w>Poświadczyłbyś, jak Hrabia srodze mnie obraził&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Po coś Waść, krzyknął Robak, do tych ruin łaził?</w>
    <w>Wiesz, jak zamku nie cierpię; odtąd moja noga</w>
    <w>Tam nie postanie. Znowu kłótnia! kara Boga!</w>
    <w>Jakże tam było? powiedz; trzeba tę rzecz zatrzeć,</w>
    <w>Już mnie znudziło wreszcie na tyle głupstw patrzeć,</w>
    <w>Ważniejsze ja mam sprawy niż godzić pieniaczy,</w>
    <w>Ale jeszcze raz zgodzę&rguillemet;. &mdash; &lguillemet;Zgodzić? Cóż to znaczy!</w>
    <w>A idźże mi Waść wreszcie z tą zgodą do licha!</w>
    <w>Przerwał Sędzia tupnąwszy nogą, patrzcie mnicha!</w>
    <w>Że go przyjmuję grzecznie, chce mnie za nos wodzić.</w>
    <w>Wiedz Wasze, że Soplice nie zwykli się godzić;</w>
    <w>Gdy pozwą, muszą wygrać: nieraz w ich imieniu</w>
    <w>Trwał proces, aż wygrali w szóstym pokoleniu.</w>
    <w>Dosyć zrobiłem głupstwa z porady Waszeci,</w>
    <w>Zwołując podkomorskie sądy po raz trzeci.</w>
    <w>Od dzisiaj nie ma zgody; nie ma, nie ma, nie ma!</w>
    <w>(I krzycząc chodził, tupał nogami obiema).</w>
    <w>Prócz tego za wczorajszy niegrzeczny uczynek</w>
    <w>Musi mnie deprekować, albo pojedynek!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Ale, Sędzio, cóż będzie, jak się Jacek dowie?</w>
    <w>Wszak on umrze z rozpaczy! Czyliż Soplicowie</w>
    <w>Nie nabroili jeszcze w tym zamku dość złego!</w>
    <w>Bracie! wspominać nie chcę wypadku strasznego.</w>
    <w>Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica</w>
    <w>Zabrała i Soplicom dała Targowica.</w>
    <w>Jacek za grzech żałując musiał był ślubować</w>
    <w>Pod absolucją dobra te restytuować.</w>
    <w>Wziął więc Zosię, Horeszków dziedziczkę ubogą,</w>
    <w>Hodować, wychowanie jej opłacał drogo.</w>
    <w>Chciał ją Tadeuszkowi swojemu wyswatać</w>
    <w>I tak dwa poróżnione domy znowu zbratać,</w>
    <w>I dziedziczce bez wstydu ustąpić grabieży&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Lecz cóż to? krzyknął Sędzia, co do mnie należy?</w>
    <w>Ja się nie znałem, nawet nie widziałem z Jackiem;</w>
    <w>Ledwiem słyszał o jego życiu hajdamackiem,</w>
    <w>Siedząc wtenczas retorem w jezuickiej szkole,</w>
    <w>Potem u wojewody służąc za pacholę.</w>
    <w>Dano mi dobra, wziąłem; kazał przyjąć Zosię,</w>
    <w>Przyjąłem, hodowałem, myślę o jej losie:</w>
    <w>Dość mnie nudzi ta cała historyja babia!</w>
    <w>A potem czegoż jeszcze wlazł mi tu ten Hrabia?</w>
    <w>Z jakim prawem do zamku? Wszak wiesz, przyjacielu,</w>
    <w>On Horeszkom dziesiąta woda na kisielu!</w>
    <w>I ma mnie lżyć? a ja go zapraszać do zgody!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Bracie! rzekł Ksiądz, ważne są do tego powody.</w>
    <w>Pamiętasz, że Jacek chciał do wojska słać syna,</w>
    <w>Potem w Litwie zostawił: cóż w tym za przyczyna?</w>
    <w>Oto w domu Ojczyźnie potrzebniejszy będzie.</w>
    <w>Słyszałeś pewnie, o czym już gadają wszędzie,</w>
    <w>O czym ja wiadomostki przynosiłem nieraz:</w>
    <w>Teraz czas już powiedzieć wszystko, czas już teraz!</w>
    <w>Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!</w>
    <w>Wojna o Polskę! bracie! Będziem Polakami!</w>
    <w>Wojna niechybna! Kiedy z poselstwem tajemnem</w>
    <w>Tu biegłem, wojsk forpoczty już stały nad Niemnem;</w>
    <w>Napoleon już zbiera armiję ogromną,</w>
    <w>Jakiej człowiek nie widział i dzieje nie pomną;</w>
    <w>Obok Francuzów ciągnie polskie wojsko całe,</w>
    <w>Nasz Józef, nasz Dąbrowski, nasze orły białe!</w>
    <w>Już są w drodze, na pierwszy znak Napoleona</w>
    <w>Przejdą Niemen i &mdash; bracie! Ojczyzna wskrzeszona!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Sędzia słuchając, z wolna okulary składał</w>
    <w>I wpatrując się mocno w Księdza, nic nie gadał,</w>
    <w>Westchnął głęboko, w oczach łzy się zakręciły&ellipsis;</w>
    <w>Wreszcie porwał za szyję Księdza z całej siły:</w>
    <w>&lguillemet;Mój Robaku! wołając, czy to tylko prawda?</w>
    <w>Mój Robaku! powtarzał, czy to tylko prawda?</w>
    <w>Ileż razy zwodzono! Pamiętasz? gadali:</w>
    <w>Napoleon już idzie! i my już czekali!</w>
    <w>Gadano: już w Koronie, już Prusaka pobił,</w>
    <w>Wkracza do nas! A on! co? Pokój w Tylży zrobił!</w>
    <w>Czy tylko prawda? Czy ty nie zwodzisz sam siebie?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Prawda, zawołał Robak, jak Pan Bóg na niebie!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Błogosławioneż niechaj będą usta, które</w>
    <w>To zwiastują! rzekł Sędzia wznosząc ręce w górę.</w>
    <w>Nie pożałujesz twego poselstwa, Robaku,</w>
    <w>Nie pożałuje klasztor; dwieście owiec z braku</w>
    <w>Daję na klasztor. Księże, tyś się wczora palił</w>
    <w>Do mojego kasztanka i gniadosza chwalił,</w>
    <w>Dziś zaraz w twym kwestarskim wozie pójdą oba;</w>
    <w>Dziś proś mnie, o co zechcesz, co ci się podoba,</w>
    <w>Nie odmówię! Lecz o tym interesie całym</w>
    <w>Z Hrabią, daj pokój; skrzywdził mnie, już zapozwałem,</w>
    <w>Czyż wypada?&rguillemet;<str/>Załamał ręce Ksiądz zdziwiony.</w>
    <w>Wlepiwszy oczy w Sędzię, ruszywszy ramiony,</w>
    <w>Rzekł: &lguillemet;To gdy Napoleon wolność Litwie niesie,</w>
    <w>Gdy świat drży cały, to ty myślisz o procesie?</w>
    <w>I jeszczeż po tym wszystkim, com tobie powiedział,</w>
    <w>Będziesz spokojnie, ręce założywszy, siedział,</w>
    <w>Gdy działać trzeba!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Działać? Cóż?&rguillemet; Sędzia zapytał.</w>
    <w>&lguillemet;Jeszcześ, rzekł Robak, z oczu moich nie wyczytał?</w>
    <w>Jeszcze serce nic tobie nie gada? Ach, bracie!</w>
    <w>Jeśli Soplicowskiej krwi kroplę w żyłach macie,</w>
    <w>Uważ tylko: Francuzi uderzają z przodu,</w>
    <w>A gdyby z tyłu zrobić powstanie narodu?</w>
    <w>Co myślisz? Niech no Pogoń zarży, niech na Żmudzi</w>
    <w>Niedźwiedź ryknie! Ach, gdyby jakie tysiąc ludzi,</w>
    <w>Gdyby choć pięćset z tyłu na Moskwę natarło,</w>
    <w>Powstanie jako pożar wkoło rozpostarło,</w>
    <w>Gdybyśmy my, nabrawszy Moskwie harmat, znaków</w>
    <w>Zwycięscy szli powitać wybawców rodaków?</w>
    <w>Ciągniemy! Napoleon, widząc nasze lance,</w>
    <w>Pyta, co to za wojsko, my krzyczym: &lguillemet;Powstańce,</w>
    <w>Najjaśniejszy Cesarzu! Litwa ochotnicy!&rguillemet;</w>
    <w>Pyta: pod czyją wodzą? &mdash; &lguillemet;Sędziego Soplicy!&rguillemet;</w>
    <w>Ach, któż by potem pisnąć śmiał o Targowicy?</w>
    <w>Bracie, póki Ponarom stać, Niemnowi płynąć,</w>
    <w>Póty w Litwie Sopliców imieniowi słynąć;</w>
    <w>Wnuków, prawnuków będzie Jagiełłów stolica</w>
    <w>Wskazywać palcem, mówiąc: Oto jest Soplica,</w>
    <w>Z tych Sopliców, co pierwsi zrobili powstanie!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>A na to Sędzia: &lguillemet;Mniejsza o ludzkie gadanie,</w>
    <w>Nigdy nie dbałem bardzo o pochwały świata,</w>
    <w>Bóg świadkiem, żem nie winien grzechów mego brata,</w>
    <w>W politykę jam nigdy bardzo się nie wdawał,</w>
    <w>Urzędując i orząc mojej ziemi kawał.</w>
    <w>Lecz jestem szlachcic, rad bym plamę domu zmazać;</w>
    <w>Jestem Polak, dla kraju rad bym coś dokazać,</w>
    <w>Choć duszę oddać. W szable nie byłem zbyt tęgi,</w>
    <w>Wszakże bierali ludzie i ode mnie cięgi;</w>
    <w>Wie świat, że w czasie polskich ostatnich sejmików</w>
    <w>Wyzwałem i zraniłem dwóch braci Buzwików,</w>
    <w>Którzy&ellipsis; Ale to mniejsza. Jakże Wasze myśli?</w>
    <w>Czy potrzeba, żebyśmy zaraz w pole wyszli?</w>
    <w>Strzelców zebrać, rzecz łatwa; prochu mam dostatek,</w>
    <w>W plebaniji u księdza jest kilka armatek;</w>
    <w>Przypominam, że Jankiel mówił, iż u siebie</w>
    <w>Ma groty do lanc, że je mogę wziąć w potrzebie;</w>
    <w>Te groty przywiózł w pakach gotowych z Królewca</w>
    <w>Pod sekretem; weźmiem je, zaraz zrobim drzewca,</w>
    <w>Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,</w>
    <w>Ja z synowcem na czele, i &mdash; jakoś to będzie !&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;O polska krwi!&rguillemet; zawołał Bernardyn wzruszony,</w>
    <w>Z otwartymi skoczywszy na Sędzię ramiony,</w>
    <w>&lguillemet;Prawe dziecię Sopliców! Tobie Bóg przeznacza</w>
    <w>Oczyścić grzechy brata twojego tułacza;</w>
    <w>Zawszem ciebie szanował, ale od tej chwili</w>
    <w>Kocham cię, jak gdybyśmy bracią sobie byli.</w>
    <w>Przygotujemy wszystko, lecz wyjść nie czas jeszcze,</w>
    <w>Ja sam wyznaczę miejsce i czas wam obwieszczę.</w>
    <w>Wiem, że car wysłał gońców do Napoleona</w>
    <w>Prosić o pokój; wojna nie jest ogłoszona;</w>
    <w>Lecz książę Józef słyszał od pana Biniona,</w>
    <w>Francuza, co należy do cesarskiej rady,</w>
    <w>Że się na niczym skończą wszystkie te układy,</w>
    <w>Że będzie wojna. Książę wysłał mnie na wzwiady,</w>
    <w>Z rozkazem, żeby byli Litwini gotowi</w>
    <w>Dowieść przychodzącemu Napoleonowi,</w>
    <w>Że chcą złączyć się znowu z siostrą swą, Koroną,</w>
    <w>I żądając, ażeby Polskę przywrócono.</w>
    <w>Tymczasem, bracie, z Hrabią trzeba przyjść do zgody;</w>
    <w>Jest to dziwak, fantastyk trochę, ale młody,</w>
    <w>Poczciwy, dobry Polak; potrzebny nam taki,</w>
    <w>W rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki,</w>
    <w>Wiem z doświadczenia; nawet głupi się przydadzą,</w>
    <w>Byle tylko poczciwi i pod mądrych władzą.</w>
    <w>Hrabia pan, ma u szlachty wielkie zachowanie,</w>
    <w>Cały powiat ruszy się, jeśli on powstanie;</w>
    <w>Znając jego majątek każdy szlachcic powie:</w>
    <w>Musi to być rzecz pewna, gdy z nią są panowie.</w>
    <w>Biegę do niego zaraz&rguillemet;. &mdash; &lguillemet;Niech się pierwszy zgłosi,</w>
    <w>Rzekł Sędzia, niech przyjedzie tu, mnie niech przeprosi,</w>
    <w>Wszak jestem starszy wiekiem, jestem na urzędzie!</w>
    <w>Co się tycze procesu, sąd arbitrów będzie&ellipsis;&rguillemet;</w>
    <w>Bernardyn trzasnął drzwiami. &mdash; &lguillemet;No, szczęśliwa droga!&rguillemet;</w>
    <w>Rzekł Sędzia.<str/>Ksiądz wpadł w powóz stojący u proga,</w>
    <w>Tnie biczem konie, łechce lejcami po bokach;</w>
    <w>Furknęła kałamaszka, ginie w mgły obłokach,</w>
    <w>Tylko kiedy niekiedy kaptur mnicha bury</w>
    <w>Wznosi się nad tumany jako sęp nad chmury.</w>
  <str/>
  
    <w>Woźny już dawniej wyszedł ku domowi Hrabi.</w>
    <w>Jak lis bywalec, gdy go woń słoniny wabi,</w>
    <w>Bieży ku niej, a strzelców zna fortele skryte,</w>
    <w>Bieży, staje, przysiada coraz, wznosi kitę</w>
    <w>I wiatr nią jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli,</w>
    <w>Pyta wiatru, czy strzelcy jadła nie zatruli:</w>
    <w>Protazy zeszedł z drogi i wzdłuż sianożęci</w>
    <w>Krąży około domu; pałkę w ręku kręci,</w>
    <w>Udaje, że obaczył kędyś bydło w szkodzie,</w>
    <w>Tak zręcznie lawirując stanął przy ogrodzie;</w>
    <w>Schylił się, bieży, rzekłbyś, iż derkacza tropi,</w>
    <w>Aż nagle skoczył przez płot i wpadł do konopi.</w>
  <str/>
  
    <w>W tej zielonej, pachnącej i gęstej krzewinie,</w>
    <w>Koło domu, jest pewny przytułek źwierzynie</w>
    <w>I ludziom. Nieraz zając zdybany w kapuście</w>
    <w>Skacze skryć się w konopiach bezpieczniej niż w chruście,</w>
    <w>Bo go dla gęstwy ziela ani chart nie zgoni,</w>
    <w>Ani ogar wywietrzy dla zbyt tęgiej woni.</w>
    <w>W konopiach człowiek dworski, uchodząc kańczuka</w>
    <w>Lub pięści, siedzi cicho, aż się pan wyfuka.</w>
    <w>I nawet często zbiegli od rekruta chłopi,</w>
    <w>Gdy ich rząd śledzi w lasach, siedzą śród konopi.</w>
    <w>I stąd w czasie bitew, zajazdów, tradowań</w>
    <w>Obie strony nie szczędzą wielkich usiłowań,</w>
    <w>Ażeby stanowisko zająć konopiane,</w>
    <w>Które z przodu ciągnie się aż pod dworską ścianę,</w>
    <w>A z tyłu, pospolicie stykając się z chmielem,</w>
    <w>Kryje atak i odwrót przed nieprzyjacielem.</w>
  <str/>
  
    <w>Protazy, choć człek śmiały, uczuł nieco strachu,</w>
    <w>Bo przypomniał z samego rośliny zapachu</w>
    <w>Różne swoje dawniejsze woźnieńskie przypadki,</w>
    <w>Jedne po drugich, biorąc konopie na świadki;</w>
    <w>Jako raz zapozwany szlachcic z Telsz, Dzindolet,</w>
    <w>Rozkazał mu, oparłszy o piersi pistolet,</w>
    <w>Wleźć pod stół i ów pozew psim głosem odszczekać,</w>
    <w>Że Woźny musiał co tchu w konopie uciekać.</w>
    <w>Jak później Wołodkowicz, pan dumny, zuchwały,</w>
    <w>Co rozpędzał sejmiki, gwałcił trybunały,</w>
    <w>Przyjąwszy urzędowy pozew, zdarł na sztuki</w>
    <w>I postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki,</w>
    <w>Sam nad Woźnego głową trzymał goły rapier</w>
    <w>Krzycząc: &lguillemet;Albo cię zetnę, albo zjedz twój papier!&rguillemet;</w>
    <w>Woźny niby jeść zaczął, jak człowiek roztropny,</w>
    <w>Aż skradłszy się do okna wpadł w ogród konopny.</w>
  <str/>
  
    <w>Wprawdzie już wtenczas w Litwie nie było zwyczajem</w>
    <w>Opędzać się od pozwów szablą lub nahajem,</w>
    <w>I ledwie woźny czasem usłyszał łajanie:</w>
    <w>Ale Protazy o tej obyczajów zmianie</w>
    <w>Wiedzieć nie mógł, bo dawno już pozwów nie naszał.</w>
    <w>Choć zawsze gotów, choć się Sędziemu sam wpraszał,</w>
    <w>Sędzia dotąd, przez winny wzgląd na lata stare,</w>
    <w>Odmawiał jego prośbom; dziś przyjął ofiarę</w>
    <w>Dla naglącej potrzeby.<str/>Woźny patrzy, czuwa &mdash;</w>
    <w>Cicho wszędzie &mdash; w konopie z wolna ręce wsuwa</w>
    <w>I rozchylając gęstwę badylów, w jarzynie</w>
    <w>Jako rybak pod wodą nurkujący płynie:</w>
    <w>Wzniosł głowę &mdash; cicho wszędzie &mdash; do okien się skrada &mdash;</w>
    <w>Cicho wszędzie &mdash; przez okna głąb pałacu bada &mdash;</w>
    <w>Pusto wszędzie. &mdash; Na ganek wchodzi nie bez strachu,</w>
    <w>Odmyka klamkę &mdash; pusto jak w zaklętym gmachu;</w>
    <w>Dobywa pozew, czyta głośno oświadczenie.</w>
    <w>A wtem usłyszał tarkot, uczuł serca drżenie,</w>
    <w>Chciał uciec; gdy ode drzwi zaszła mu osoba &mdash;</w>
    <w>Szczęściem znajoma! Robak! Zdziwili się oba.</w>
  <str/>
  
    <w>Widno, że Hrabia kędyś ruszył z całym dworem</w>
    <w>I bardzo śpieszył, bo drzwi zostawił otworem.</w>
    <w>Widać, że się uzbrajał; leżały dwururki</w>
    <w>I sztućce na podłodze, dalej sztenfle, kurki</w>
    <w>I narzędzia ślusarskie, którymi rynsztunki</w>
    <w>Poprawiano; proch, papier: robiono ładunki.</w>
    <w>Czy Hrabia z całym dworem wyjechał na łowy?</w>
    <w>Ale po cóż broń ręczna? Tu szabla bez głowy</w>
    <w>Zardzewiała, tam leży szpada bez temlaku:</w>
    <w>Zapewne wybierano oręż z tego braku</w>
    <w>I poruszono nawet stare broni składy.</w>
    <w>Robak obejrzał pilnie rusznice i szpady,</w>
    <w>A potem do folwarku wybrał się na wzwiady</w>
    <w>Szukając sług, żeby się rozpytać o Hrabię;</w>
    <w>W pustym folwarku ledwie wynalazł dwie babie,</w>
    <w>Od których słyszy, że pan i dworska drużyna</w>
    <w>Ruszyli tłumnie, zbrojnie, drogą do Dobrzyna.</w>
  <str/>
  
    <w>Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński Zaścianek</w>
    <w>Męstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek.</w>
    <w>Niegdyś możny i ludny; bo gdy król Jan Trzeci</w>
    <w>Obwołał pospolite ruszenie przez wici,</w>
    <w>Chorąży wojewodztwa z samego Dobrzyna</w>
    <w>Przywiódł mu sześćset zbrojnej szlachty. Dziś rodzina</w>
    <w>Zmniejszona, zubożała; dawniej w pańskich dworach</w>
    <w>Lub wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach</w>
    <w>Zwykli byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie.</w>
    <w>Teraz zmuszeni sami pracować na siebie</w>
    <w>Jako zaciężne chłopstwo! tylko że siermięgi</w>
    <w>Nie noszą, lecz kapoty białe w czarne pręgi,</w>
    <w>A w niedzielę kontusze. Strój także szlachcianek</w>
    <w>Najuboższych różni się od chłopskich katanek:</w>
    <w>Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,</w>
    <w>Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,</w>
    <w>I żną zboże, a nawet przędą w rękawiczkach.</w>
  <str/>
  
    <w>Różnili się Dobrzyńscy między Litwą bracią</w>
    <w>Językiem swoim, tudzież wzrostem i postacią.</w>
    <w>Czysta krew lacka, wszyscy mieli czarne włosy,</w>
    <w>Wysokie czoła, czarne oczy, orle nosy;</w>
    <w>Z Dobrzyńskiej ziemi ród swój starożytny wiedli.</w>
    <w>A choć od lat czterystu na Litwie osiedli,</w>
    <w>Zachowali mazurską mowę i zwyczaje.</w>
    <w>Jeśli który z nich dziecku imię na chrzcie daje,</w>
    <w>Zawsze zwykł za patrona brać koronijasza,</w>
    <w>Świętego Bartłomieja albo Matyjasza.</w>
    <w>Tak syn Macieja zawżdy zwał się Bartłomiejem,</w>
    <w>A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;</w>
    <w>Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny</w>
    <w>By rozeznać się wpośród takiej mieszaniny,</w>
    <w>Brali różne przydomki od jakiej zalety</w>
    <w>Lub wady, tak mężczyźni jako i kobiety.</w>
    <w>Mężczyznom czasem kilka dawano przydomków,</w>
    <w>Na znak pogardy albo szacunku spółziomków;</w>
    <w>Czasem jeden że szlachcic inaczej w Dobrzynie,</w>
    <w>A pod innym nazwiskiem u sąsiadów słynie.</w>
    <w>Dobrzyńskich naśladując, inna szlachta bliska</w>
    <w>Brała również przydomki, zwane <i>imioniska</i>;</w>
    <w>Teraz ich każda prawie używa rodzina,</w>
    <w>A rzadki wie, iż mają początek z Dobrzyna.</w>
    <w>I były tam potrzebne; kiedy w reszcie kraju</w>
    <w>Głupim naśladownictwem weszły do zwyczaju.</w>
  <str/>
  
    <w>Więc Matyjasz Dobrzyński, który stał na czele</w>
    <w>Całej rodziny, zwan był <i>Kurkiem na kościele</i>.</w>
    <w>Potem, z siedemset dziewięćdziesiąt czwartym rokiem,</w>
    <w>Odmieniwszy przydomek ochrzcił się <i>Zabokiem</i>;</w>
    <w>Toż <i>Królikiem</i> Dobrzyńscy mianują go sami,</w>
    <w>A Litwini nazwali <i>Maćkiem nad Maćkami</i>.</w>
  <str/>
  
    <w>Jak on nad Dobrzyńskimi, dom jego nad siołem</w>
    <w>Panował, stojąc między karczmą i kościołem.</w>
    <w>Widać rzadko zwiedzany, mieszka w nim hołota,</w>
    <w>Bo brama sterczy bez wrot, ogrody bez płota,</w>
    <w>Nie zasiane, na grzędach już porosły brzozki;</w>
    <w>Przecież ten folwark zdał się być stolicą wioski,</w>
    <w>Iż kształtniejszy od innych chat, bardziej rozległy,</w>
    <w>I prawą stronę, gdzie jest świetlica, miał z cegły.</w>
    <w>Obok lamus, spichrz, gumno, obora i stajnie.</w>
    <w>Wszystko w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie;</w>
    <w>Wszystko nadzwyczaj stare, zgniłe; domu dachy</w>
    <w>Świeciły się, jak gdyby od zielonej blachy,</w>
    <w>Od mchu i trawy, która buja jak na łące.</w>
    <w>Po strzechach gumien niby ogrody wiszące</w>
    <w>Różnych roślin: pokrzywa i krokos czerwony,</w>
    <w>Żółta dziewanna, szczyru barwiste ogony;</w>
    <w>Gniazda ptastwa różnego, w strychach gołębniki,</w>
    <w>W oknach gniazda jaskółcze, u progu króliki</w>
    <w>Białe skaczą i ryją w nie deptanej darni.</w>
    <w>Słowem, dwór na kształt klatki albo królikarni.</w>
  <str/>
  
    <w>A dawniej był obronny! Pełno wszędzie śladów,</w>
    <w>Że wielkich i że częstych doznawał napadów.</w>
    <w>Pod bramą dotąd w trawie, jak dziecięca głowa,</w>
    <w>Wielka, leżała kula żelazna działowa</w>
    <w>Od czasów szwedzkich; niegdyś skrzydło wrót otwarte</w>
    <w>Bywało o tę kulę jak o głaz oparte.</w>
    <w>Na dziedzińcu spomiędzy piołunu i chwastu</w>
    <w>Wznoszą się stare szczęty krzyżów kilkunastu,</w>
    <w>Na ziemi nie święconej; znak, że tu chowano</w>
    <w>Poległych śmiercią nagłą i niespodziewaną.</w>
    <w>Kto by uważał z bliska lamus, spichrz i chatę,</w>
    <w>Ujrzy ściany od ziemi do szczytu pstrokate</w>
    <w>Niby rojem owadów czarnych; w każdej plamie</w>
    <w>Siedzi we środku kula jak trzmiel w ziemnej jamie.</w>
  <str/>
  
    <w>U drzwi domostwa wszystkie klamki, ćwieki, haki,</w>
    <w>Albo ucięte, albo noszą szabel znaki:</w>
    <w>Pewnie tu probowano hartu zygmuntówek,</w>
    <w>Którymi można śmiało ćwieki obciąć z główek</w>
    <w>Lub hak przerżnąć, w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby.</w>
    <w>Nade drzwiami Dobrzyńskich widne były herby;</w>
    <w>Lecz armaturę &mdash; serów zasłoniły półki</w>
    <w>I zasklepiły gęsto gniazdami jaskółki.</w>
  <str/>
  
    <w>Wewnątrz samego domu, w stajni i wozowni</w>
    <w>Pełno znajdziesz rynsztunków, jak w starej zbrojowni</w>
    <w>Pod dachem wiszą cztery ogromne szyszaki,</w>
    <w>Ozdoby czół marsowych: dziś Wenery ptaki,</w>
    <w>Gołębie, w nich gruchając karmią swe pisklęta.</w>
    <w>W stajni kolczuga wielka nad żłobem rozpięta</w>
    <w>I pierścieniasty pancerz służą za drabinę,</w>
    <w>W którą chłopiec zarzuca źrebcom dzięcielinę.</w>
    <w>W kuchni kilka rapierów kucharka bezbożna</w>
    <w>Odhartowała, kładąc je w piec zamiast rożna;</w>
    <w>Buńczukiem, łupem z Wiednia, otrzepywa żarna</w>
    <w>Słowem, wygnała Marsa Ceres gospodarna</w>
    <w>I panuje z Pomoną, Florą i Wertumnem</w>
    <w>Nad Dobrzyńskiego domem, stodołą i gumnem.</w>
    <w>Ale dziś muszą znowu ustąpić boginie:</w>
    <w>Mars powraca.<str/>O świcie zjawił się w Dobrzynie</w>
    <w>Konny posłaniec; biega od chaty do chaty,</w>
    <w>Budzi jak na pańszczyznę; wstają szlachta braty,</w>
    <w>Napełniają się ciżbą zaścianku ulice,</w>
    <w>Słychać krzyk w karczmie, widać w plebaniji świece;</w>
    <w>Biegą; jeden drugiego pyta, co to znaczy,</w>
    <w>Starzy składają radę, młódź konie kulbaczy,</w>
    <w>Kobiety zatrzymują, chłopcy się szamocą,</w>
    <w>Rwą się biec, bić się, ale nie wiedzą, z kim, o co!</w>
    <w>Muszą chcąc nie chcąc zostać. W mieszkaniu plebana</w>
    <w>Trwa rada długa, tłumna, strasznie zamieszana,</w>
    <w>Aż nie mogąc zdań zgodzić, na koniec stanowi</w>
    <w>Przełożyć całą sprawę Ojcu Maciejowi.</w>
  <str/>
  
    <w>Siedmdziesiąt dwa lat liczył Maciej, starzec dziarski,</w>
    <w>Niskiego wzrostu, dawny konfederat barski.</w>
    <w>Pamiętają i swoi, i nieprzyjaciele</w>
    <w>Jego damaskowaną krzywą karabelę,</w>
    <w>Którą piki i sztyki rzezał na kształt sieczki</w>
    <w>I której żartem skromne dał imię rózeczki.</w>
    <w>Z konfederata stał się stronnikiem królewskim</w>
    <w>I trzymał z Tyzenhauzem, podskarbim litewskim;</w>
    <w>Lecz gdy król w Targowicy przyjął uczestnictwo,</w>
    <w>Maciej opuścił znowu królewskie stronnictwo.</w>
    <w>I stąd to, że przechodził partyi tak wiele,</w>
    <w>Nazywany był dawniej <i>Kurkiem na kościele</i>,</w>
    <w>Że jak kurek za wiatrem chorągiewkę zwracał.</w>
    <w>Przyczynę zmian tak częstych na próżno byś macał:</w>
    <w>Może Maciej zbyt wojnę lubił, zwyciężony</w>
    <w>W jednej stronie, znów bitwy szukał z drugiej strony?</w>
    <w>Może bystry polityk duch czasu zbadywał</w>
    <w>I tam szedł, gdzie Ojczyzny dobro upatrywał?</w>
    <w>Kto wie! to pewna, że go nigdy nie uwiodły</w>
    <w>Ani chęć osobistej chwały, ni zysk podły,</w>
    <w>I że nigdy z moskiewską partyją nie trzymał;</w>
    <w>Na sam widok Moskala pienił się i zżymał.</w>
    <w>By nie spotkać Moskala, po kraju zaborze</w>
    <w>Siedział w domu, jak niedźwiedź gdy ssie łapę w borze.</w>
  <str/>
  
    <w>Ostatni raz wojował poszedłszy z Ogińskim</w>
    <w>Do Wilna, gdzie służyli oba pod Jasińskim,</w>
    <w>I tam z rózeczką cudów dokazał odwagi.</w>
    <w>Wiadomo, że sam jeden skoczył z wałów Pragi</w>
    <w>Bronić pana Pocieja, który, odbieżany</w>
    <w>Na placu boju, dostał dwadzieście trzy rany.</w>
    <w>Myślano długo w Litwie, że obu zabito;</w>
    <w>Wrócili oba, każdy pokłuty jak sito.</w>
    <w>Pan Pociej, zacny człowiek, chciał zaraz po wojnie</w>
    <w>Obrońcę Dobrzyńskiego wynagrodzić hojnie,</w>
    <w>Dawał mu folwark pięciu dymów w dożywocie</w>
    <w>I wyznaczył mu rocznie tysiąc złotych w złocie.</w>
    <w>Lecz Dobrzyński odpisał: &lguillemet;Niech Pociej Macieja,</w>
    <w>A nie Maciej Pocieja ma za dobrodzieja&rguillemet;.</w>
    <w>Odmówił więc folwarku i nie przyjął płacy;</w>
    <w>Sam wróciwszy do domu, żył z własnej rąk pracy,</w>
    <w>Sprawując ule dla pszczół, lekarstwa dla bydła,</w>
    <w>Szląc na targ kuropatwy, które łowił w sidła,</w>
    <w>I polując na źwierza.<str/>Było dość w Dobrzynie</w>
    <w>Starych ludzi roztropnych, którzy po łacinie</w>
    <w>Umieli i w palestrze ćwiczyli się z młodu;</w>
    <w>Było dość majętniejszych; a z całego rodu</w>
    <w>Maciek prostak, ubogi, był najwięcej czczony,</w>
    <w>Nie tylko jako rębacz rózeczką wsławiony,</w>
    <w>Lecz jako człek mądrego i pewnego zdania,</w>
    <w>Znający dzieje kraju, rodziny podania,</w>
    <w>Zarówno świadom prawa jak i gospodarstwa.</w>
    <w>Wiedział także sekreta strzelców i lekarstwa,</w>
    <w>Przyznawano mu nawet (czemu pleban przeczy)</w>
    <w>Wiadomość nadzwyczajnych i nadludzkich rzeczy.</w>
    <w>To pewna, że powietrza zmiany zna dokładnie</w>
    <w>I częściej niż kalendarz gospodarski zgadnie.</w>
    <w>Nie dziw tedy, że czy to siejbę rozpoczynać,</w>
    <w>Czy wiciny wyprawiać, czy zboże zażynać,</w>
    <w>Czy procesować, czyli zawierać układy,</w>
    <w>Nie działo się w Dobrzynie nic bez Maćka rady.</w>
    <w>Wpływu takiego starzec bynajmniej nie szukał,</w>
    <w>Owszem, chciał się go pozbyć, klijentów swych fukał</w>
    <w>I najczęściej wypychał milczkiem za drzwi domu,</w>
    <w>Rady rzadko udzielał i nie lada komu,</w>
    <w>Ledwie w nieźmiernie ważnych sporach lub umowach</w>
    <w>Pytany, wyrzekł zdanie i w niewielu słowach.</w>
    <w>Myślano, że dzisiejszej podejmie się sprawy</w>
    <w>I stanie swą osobą na czele wyprawy;</w>
    <w>Bo bijatykę lubił nieźmiernie za młodu</w>
    <w>I był nieprzyjacielem moskiewskiego rodu.</w>
  <str/>
  
    <w>Właśnie staruszek chodził po samotnym dworze,</w>
    <w>Nucąc piosenkę: <i>Kiedy ranne wstają zorze</i>,</w>
    <w>Rad, że się wypogadza; mgła nie szła do góry,</w>
    <w>Jak się dziać zwykło, kiedy zbierają się chmury,</w>
    <w>Ale coraz spadała; wiatr rozwinął dłonie</w>
    <w>I mgłę muskał, wygładzał, rozściełał na błonie;</w>
    <w>Tymczasem słonko z góry tysiącem promieni</w>
    <w>Tło przetyka, posrebrza, wyzłaca, rumieni.</w>
    <w>Jak para mistrzów w Słucku lity pas wyrabia,</w>
    <w>Dziewica, siedząc w dole krośny ujedwabia</w>
    <w>I tło ręką wygładza, tymczasem tkacz z góry</w>
    <w>Zruca jej nitki srebra, złota i purpury,</w>
    <w>Tworząc barwy i kwiaty: tak dziś ziemię całą</w>
    <w>Wiatr tumanami osnuł, a słońce dzierzgało.</w>
  <str/>
  
    <w>Maciej ogrzał się słońcem, zakończył pacierze</w>
    <w>I już się do swojego gospodarstwa bierze.</w>
    <w>Wyniosł traw, liścia; usiadł przed domem i świsnął</w>
    <w>Na ten świst rój królików spod ziemi wytrysnął.</w>
    <w>Jako narcyzy nagle wykwitłe nad trawę,</w>
    <w>Bielą się długie słuchy; pod nimi jaskrawe</w>
    <w>Przeświecają się oczki, jak krwawe rubiny</w>
    <w>Gęsto wszyte w aksamit zielonej darniny.</w>
    <w>Już króliki na łapkach stoją, każdy słucha,</w>
    <w>Patrzy, na koniec cała trzódka białopucha</w>
    <w>Bieży do starca, liśćmi kapusty znęcona,</w>
    <w>Do nóg mu, na kolana skacze, na ramiona;</w>
    <w>On sam biały jak królik lubi ich gromadzić,</w>
    <w>Wkoło siebie i ręką ciepły ich puch gładzić,</w>
    <w>A drugą ręką z czapki proso w trawę miota</w>
    <w>Dla wróblów; spada z dachów krzykliwa hołota.</w>
  <str/>
  
    <w>Gdy się staruszek bawił widokiem biesiady,</w>
    <w>Nagle króliki znikły w ziemi, a gromady</w>
    <w>Wróblów na dach uciekły przed gośćmi nowymi,</w>
    <w>Którzy szli do folwarku krokami prędkimi.</w>
    <w>Byli to z plebaniji przez szlachty gromadę</w>
    <w>Posłowie wyprawieni do Maćka po radę.</w>
    <w>Z dala witając starca niskimi ukłony,</w>
    <w>Rzekli: &lguillemet;Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Na wieki wieków, amen&rguillemet; starzec odpowiedział,</w>
    <w>A gdy się o ważności poselstwa dowiedział,</w>
    <w>Prosi do chaty; weszli, zasiadają ławę.</w>
    <w>Pierwszy z posłów stał w środku i jął zdawać sprawę.</w>
    <w>Tymczasem szlachty coraz gęściej przybywało.</w>
    <w>Dobrzyńscy prawie wszyscy; sąsiadów niemało</w>
    <w>Z okolicznych zaścianków, zbrojni i bezbronni,</w>
    <w>W kałamaszkach i bryczkach, i piesi, i konni,</w>
    <w>Stawią wozy, podjezdki do brzezinek wiążą,</w>
    <w>Ciekawi skutku narad koło domu krążą:</w>
    <w>Już izbę napełnili, kupią się do sieni;</w>
    <w>Inni słuchają, w okna głowami wciśnieni.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga siódma</numer>
  <tytul>Rada</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Zbawienne rady Bartka zwanego Prusak.</rzecz>
    <rzecz>Głos żołnierski Maćka Chrzciciela.</rzecz>
    <rzecz>Głos polityczny pana Buchmana.</rzecz>
    <rzecz>Jankiel radzi ku zgodzie, którą Scyzoryk rozcina.</rzecz>
    <rzecz>Rzecz Gerwazego, z której okazują się wielkie skutki wymowy sejmowej.</rzecz>
    <rzecz>Protestacja starego Maćka.</rzecz>
    <rzecz>Nagłe przybycie posiłków wojennych zrywa naradę.</rzecz>
    <rzecz>Hejże na Soplice!</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>Z kolei Bartek poseł rzecz swą wyprowadzał;</w>
    <w>Ten, że często na strugach do Królewca chadzał,</w>
    <w>Nazwany był Prusakiem od swych spółrodaków</w>
    <w>Przez żart, bo nienawidził okropnie Prusaków,</w>
    <w>Choć lubił o nich gadać; człek podeszły w lata,</w>
    <w>W podróżach swych dalekich wiele zwiedził świata;</w>
    <w>Gazet pilny czytelnik, polityki świadom,</w>
    <w>W niebytność Maćka zwykle przewodził obradom.</w>
    <w>Ten tak rzecz kończył:<str/>&lguillemet;Nie jest to, Panie Macieju,</w>
    <w>Bracie mój, a nas wszystkich Ojcze Dobrodzieju,</w>
    <w>Nie jest to marna pomoc. Ja bym na Francuzów</w>
    <w>Spuścił się w czasie wojny jak na czterech tuzów:</w>
    <w>Lud bitny, a od czasów pana Tadeusza</w>
    <w>Kościuszki &mdash; świat takiego nie miał genijusza</w>
    <w>Wojennego, jak wielki Cesarz Bonaparte.</w>
    <w>Pamiętam, kiedy przeszli Francuzi przez Wartę,</w>
    <w>Bawiłem za granicą wtenczas, w roku Pańskim</w>
    <w>Tysiącznym osimsetnym szóstym; właśnie z Gdańskiem</w>
    <w>Handlowałem, a krewnych mam wielu w Poznańskiem.</w>
    <w>Jeździłem ich odwiedzić; więc z panem Józefem</w>
    <w>Grabowskim, który teraz jest rejmentu szefem,</w>
    <w>A podówczas żył na wsi blisko Obiezierza,</w>
    <w>Polowaliśmy sobie na małego źwierza.</w>
    <w>Był pokój w Wielkopolszcze, jak teraz na Litwie;</w>
    <w>Wtem nagle rozeszła się wieść o strasznej bitwie;</w>
    <w>Przybiegł do nas posłaniec od pana Towdena,</w>
    <w>Grabowski list przeczytał, krzyknął: &lguillemet;Jena! Jena!</w>
    <w>Zbito Prusaków na łeb, na szyję, wygrana!&rguillemet;</w>
    <w>Ja, z konia zsiadłszy, zaraz padłem na kolana</w>
    <w>Dziękując Panu Bogu. &mdash; Do miasta jedziemy,</w>
    <w>Niby dla interesu, niby nic nie wiemy;</w>
    <w>Aż tu widzimy: wszystkie landraty, hofraty,</w>
    <w>Komisarze i wszystkie podobne psubraty</w>
    <w>Kłaniają się nam nisko; każdy drży, blednieje,</w>
    <w>Jako owad prusaczy, gdy wrzątkiem kto zleje.</w>
    <w>My śmiejąc się, trąc ręce, prosim uniżenie</w>
    <w>O nowinki? pytamy, co słychać o Jenie?</w>
    <w>Tu ich strach zdjął, dziwią się, że o klęsce owej</w>
    <w>Już wiemy; krzyczą Niemcy: &lguillemet;Achary Got! o wej!&rguillemet;</w>
    <w>Spuściwszy nos, do domów, z domów dalej w nogi &mdash;</w>
    <w>O, to był rwetes! Wszystkie wielkopolskie drogi</w>
    <w>Pełne uciekających; niemczyska jak mrowie</w>
    <w>Pełzną, ciągną pojazdy, które lud tam zowie</w>
    <w>Wageny i fornalki; mężczyźni, kobiety,</w>
    <w>Z fajkami, z imbryczkami, wleką pudła, bety;</w>
    <w>Drapią, jak mogą; a my milczkiem wchodzim w radę:</w>
    <w>Hajże na koń, pomieszać Niemcom rejteradę;</w>
    <w>Nuż landratom tłuc w karki, z hofratów drzeć schaby,</w>
    <w>A herów oficyrów łowić za harcaby &mdash;</w>
    <w>A jenerał Dąbrowski wpada do Poznania</w>
    <w>I cesarski przynosi rozkaz: do powstania!</w>
    <w>W tydzień jeden, tak lud nasz Prusaków wychłostał</w>
    <w>I wygnał, na lekarstwo Niemca byś nie dostał!</w>
    <w>Gdyby się tak obrócić i gracko, i raźnie,</w>
    <w>I u nas w Litwie sprawić Moskwie taką łaźnię?</w>
    <w>He? co myślisz, Macieju? Jeśli z Bonapartem</w>
    <w>Moskwa drze koty, to on wojuje nie żartem:</w>
    <w>Bohater pierwszy w świecie, a wojsk ma bez liku!</w>
    <w>He, cóż myślisz, Macieju, nasz ojcze Króliku?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Skończył. Czekają wszyscy Macieja wyroku.</w>
    <w>Maciej głowy nie ruszył ani podniosł wzroku,</w>
    <w>Tylko ręką kilkakroć uderzył po boku,</w>
    <w>Jak gdyby szabli szukał (od zaboru kraju</w>
    <w>Szabli nie nosił; przecież z dawnego zwyczaju</w>
    <w>Na wspomnienie Moskala zawsze rękę zwracał</w>
    <w>Na lewy bok; zapewne rózeczki swej macał,</w>
    <w>I stąd był nazywany powszechnie Zabokiem).</w>
    <w>Już wzniósł głowę, słuchają w milczeniu głębokiem.</w>
    <w>Maciej oczekiwanie powszechne omylił,</w>
    <w>Nachmurzył brwi i znowu głowę na pierś schylił.</w>
    <w>Na koniec odezwał się, z wolna każde słowo</w>
    <w>Wymawiając z przyciskiem, a w takt kiwał głową:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Cicho! skądże ta cała nowina pochodzi?</w>
    <w>Jak daleko Francuzi? kto nimi dowodzi?</w>
    <w>Czy już wojnę zaczęli z Moskwą? gdzie i o co?</w>
    <w>Którędy mają ciągnąć? z jaką idą mocą?</w>
    <w>Wiele piechoty, jazdy? Kto wie, niechaj gada!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Milczała patrząc na się kolejno gromada.</w>
    <w>&lguillemet;Radziłbym, rzecze Prusak, czekać bernardyna</w>
    <w>Robaka, bo od niego pochodzi nowina;</w>
    <w>Tymczasem posłać pewnych szpiegów nad granicę</w>
    <w>I po cichu uzbrajać całą okolicę;</w>
    <w>A tymczasem ostrożnie całą rzecz prowadzić,</w>
    <w>Aby Moskalom naszych zamiarów nie zdradzić&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;He! czekać? szczekać? zwlekać?&rguillemet; przerwał Maciej drugi,</w>
    <w>Ochrzczony Kropicielem od wielkiej maczugi,</w>
    <w>Którą zwał <i>kropidełkiem</i>; miał ją dziś przy sobie.</w>
    <w>Stanął za nią, na gałce zwiesił ręce obie,</w>
    <w>Na ręku oparł brodę krzycząc: &lguillemet;Czekać! zwlekać!</w>
    <w>Sejmikować! Hem, trem, brem, a potem uciekać.</w>
    <w>Ja w Prusach nie bywałem; rozum królewiecki</w>
    <w>Dobry dla Prus, a u mnie jest rozum szlachecki.</w>
    <w>To wiem, że kto chce bić się, niech kropidło chwyta,</w>
    <w>Kto umierać, ten księdza niech woła, i kwita!</w>
    <w>Ja chcę żyć, bić! Bernardyn po co? czy my żaki?</w>
    <w>Co mi tam Robak, otóż my będziem robaki,</w>
    <w>I dalej Moskwę toczyć! trem, brem, szpiegi, wzwiady;</w>
    <w>Wiecie wy, co to znaczy? &mdash; Oto, że wy dziady,</w>
    <w>Niedołęgi! He, Bracia! to wyżla rzecz tropić,</w>
    <w>Bernardyńska kwestować, a moja rzecz: kropić,</w>
    <w>Kropić, kropić i kwita!&rguillemet; &mdash; Tu maczugę głasnął,</w>
    <w>Za nim cały tłum szlachty: &lguillemet;Kropić, kropić!&rguillemet; wrzasnął.</w>
  <str/>
  
    <w>Poparł stronę Chrzciciela Bartek, zwan Brzytewka</w>
    <w>Od szabli cienkiej, tudzież Maciej, zwan Konewka</w>
    <w>Od sztućca, który naszał, z gardłem tak szerokiem,</w>
    <w>Że zeń, jak z konwi, tuzin kulek lał potokiem;</w>
    <w>Oba krzyczeli: &lguillemet;Wiwat Chrzciciel z Kropidełkiem&rguillemet;.</w>
    <w>Prusak chciał mówić, ale zgłuszono go zgiełkiem</w>
    <w>I śmiechem: &lguillemet;Precz, wołano, precz Prusaki tchórze,</w>
    <w>Kto tchórz, niech w bernardyńskim chowa się kapturze&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem znowu głowę z wolna podniósł Maciej stary</w>
    <w>I zaczęły cokolwiek uciszać się gwary.</w>
    <w>&lguillemet;Nie drwijcie, rzekł, z Robaka; znam go, to ćwik klecha,</w>
    <w>Ten robaczek większego od was zgryzł orzecha;</w>
    <w>Raz go tylko widziałem, ledwiem okiem rzucił,</w>
    <w>Poznałem, co za ptaszek; ksiądz oczy odwrócił</w>
    <w>Lękając się, żebym go nie zaczął spowiadać;</w>
    <w>Ale to, rzecz nie moja, wiele o tym gadać!</w>
    <w>On tu nie przyjdzie, próżno wzywać Bernardyna;</w>
    <w>Jeśli od niego wyszła ta cała nowina,</w>
    <w>To kto wie, w jakim celu: bo to bies księżyna!</w>
    <w>Jeśli prócz tej nowiny nic więcej nie wiecie,</w>
    <w>Więc po coście tu przyszli? i czego wy chcecie?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Wojny!&rguillemet; krzyknęli. &mdash; &lguillemet;Jakiej?&rguillemet; spytał. &mdash; Zawołali:</w>
    <w>&lguillemet;Wojny z Moskalem! bić się! Hajże na Moskali!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Prusak wciąż wołał, a głos coraz wyżej wznosił,</w>
    <w>Aż posłuchanie częścią ukłonem wyprosił,</w>
    <w>Częścią zdobył swą mową krzykliwą i cienką.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;I ja chcę bić się, wołał tłukąc się w pierś ręką;</w>
    <w>Choć kropidła nie noszę, drągiem od wiciny</w>
    <w>Sprawiłem raz Prusakom czterem dobre chrzciny,</w>
    <w>Którzy mię po pjanemu chcieli w Preglu topić&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Toś zuch, Bartku, rzekł Chrzciciel, dobrze! kropić kropić!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Ależ najsłodszy Jezu! trzeba pierwej wiedzieć,</w>
    <w>Z kim wojna? o co? trzeba to światu powiedzieć,</w>
    <w>Wołał Prusak, bo jakże lud ruszy za nami?</w>
    <w>Gdzie pójdzie, kiedy gdzie iść, my nie wiemy sami?</w>
    <w>Bracia Szlachta! Panowie! potrzeba rozsądku!</w>
    <w>Dobrodzieje! potrzeba ładu i porządku!</w>
    <w>Chcecie wojny, więc zróbmy konfederacyją,</w>
    <w>Obmyślmy, gdzie zawiązać i pod laską czyją?</w>
    <w>Tak było w Wielkopolszcze; &mdash; widzim rejteradę</w>
    <w>Niemiecką, cóż my robim? wchodzim tajnie w radę,</w>
    <w>Uzbrajamy i szlachtę, i włościan gromadę,</w>
    <w>Gotowi, Dąbrowskiego czekamy rozkazu,</w>
    <w>Na koniec, hajże na koń! powstajem od razu!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Proszę o głos!&rguillemet; zawołał pan komisarz z Klecka,</w>
    <w>Człowiek młody, przystojny, ubrany z niemiecka;</w>
    <w>Zwał się Buchman, lecz Polak był, w Polszcze się rodził;</w>
    <w>Nie wiedzieć pewnie, czyli ze szlachty pochodził,</w>
    <w>Lecz o to nie pytano; i wszyscy Buchmana</w>
    <w>Szacowali, iż służył u wielkiego pana,</w>
    <w>Był dobry patryjota i pełen nauki,</w>
    <w>Z ksiąg obcych wyuczył się gospodarstwa sztuki</w>
    <w>I dóbr administracją prowadził porządnie;</w>
    <w>O polityce także wnioskował rozsądnie,</w>
    <w>Pięknie pisać i gładko umiał się wysławiać,</w>
    <w>Zatem umilkli wszyscy, kiedy jął rozprawiać.</w>
    <w>&lguillemet;Proszę o głos!&rguillemet; powtórzył, po dwakroć odchrząknął,</w>
    <w>Ukłonił się i usty dźwięcznymi tak brząknął:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Preopinanci moi w swych głosach wymownych</w>
    <w>Dotknęli wszystkich punktów stanowczych i głownych,</w>
    <w>Dyskusyją na wyższe wznieśli stanowisko;</w>
    <w>Mnie tylko pozostaje w jedno zjąć ognisko</w>
    <w>Rzucone trafne myśli i rozumowania:</w>
    <w>Mam nadzieję w ten sposób sprzeczne zgodzić zdania.</w>
    <w>Dwie części dyskusyi całej uważałem,</w>
    <w>Podział już jest zrobiony, idę tym podziałem.</w>
    <w>Naprzód: dlaczego mamy przedsiębrać powstanie?</w>
    <w>W jakim duchu? to pierwsze żywotne pytanie;</w>
    <w>Drugie rewolucyjnej władzy się dotycze;</w>
    <w>Podział jest trafny, tylko przewrócić go życzę.</w>
    <w>Naprzód zacząć od władzy; skoro pojmiem władzę,</w>
    <w>Z niej powstania istotę, duch, cel wyprowadzę.</w>
    <w>Co do władzy więc &mdash; kiedy oczyma przebiegam</w>
    <w>Dzieje całej ludzkości, i cóż w nich spostrzegam?</w>
    <w>Oto ród ludzki dziki, w lasach rozpierzchniony,</w>
    <w>Skupia się, zbiera, łączy dla wspólnej obrony,</w>
    <w>Obmyśla ją; i to jest najpierwsza obrada.</w>
    <w>Potem każdy wolności własnej cząstkę składa</w>
    <w>Dla dobra powszechnego: to pierwsza ustawa,</w>
    <w>Z której jako ze źródła płyną wszystkie prawa.</w>
    <w>Widzimy tedy, że rząd umową się tworzy,</w>
    <w>Nie pochodząc, jak mylnie sądzą, z woli Bożej.</w>
    <w>Owoż rząd na kontrakcie oparłszy społecznym,</w>
    <w>Podział władzy już tylko jest skutkiem koniecznym&ellipsis;&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Otóż są i kontrakty! kijowskie czy mińskie?</w>
    <w>Rzekł stary Maciej, owoż i rządy babińskie!</w>
    <w>Panie Buchman, czy Bóg nam chciał cara narzucić,</w>
    <w>Czy diabeł, ja z Waszecią nie będę się kłócić;</w>
    <w>Panie Buchman, gadaj Waść, jakby cara zrucić&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Tu sęk, krzyknął Kropiciel; gdybym mógł podskoczyć</w>
    <w>Do tronu i kropidłem, plusk, raz cara zmoczyć,</w>
    <w>To już by on nie wrócił, ni kijowskim traktem,</w>
    <w>Ni mińskim, ni za żadnym Buchmana kontraktem;</w>
    <w>Aniby go wskrzesili z mocy bożej popi,</w>
    <w>Ni z mocy Belzebuba &mdash; ten mi zuch, kto kropi.</w>
    <w>Panie Buchman, Waścina rzecz bardzo wymowna,</w>
    <w>Ale wymowa szum, drum; kropić! to rzecz głowna&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;To, to, to!&rguillemet; pisnął, ręce trąc, Bartek Brzytewka,</w>
    <w>Od Chrzciciela do Maćka biegając, jak cewka</w>
    <w>Od jednej strony krosien przerzucana w drugą:</w>
    <w>&lguillemet;Tylko ty, Maćku z rózgą, ty, Maćku z maczugą,</w>
    <w>Tylko zgodźcie się, dalbóg, pobijem na druzgi</w>
    <w>Moskala; Brzytew idzie pod komendę Rózgi!&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Komenda, przerwał Chrzciciel, dobra ku paradzie;</w>
    <w>U nas była komenda w kowieńskiej brygadzie</w>
    <w>Krótka a węzłowata: Strasz, sam się nie strachaj, &mdash;</w>
    <w>Bij, nie daj się, &mdash; postępuj często, gęsto machaj:</w>
    <w>Szach, mach!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;To, pisnął Brzytwa, to mi regulament!</w>
    <w>Po co tu pisać akta, po co psuć atrament?</w>
    <w>Konfederacji trzeba? o to cała sprzeczka?</w>
    <w>Jest marszałek nasz Maciej, a laska rózeczka&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Niech żyje, krzyknął Chrzciciel, Kurek na kościele!&rguillemet;</w>
    <w>Szlachta odpowiedziała: &lguillemet;Wiwant Kropiciele!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Ale w kątach szmer powstał, choć w środku tłumiony;</w>
    <w>Widać, że się rozdziela rada na dwie strony.</w>
    <w>Buchman krzyknął: &lguillemet;Ja zgody nigdy nie pochwalam!</w>
    <w>To mój system!&rguillemet; &mdash; Ktoś drugi wrzasnął: &lguillemet;Nie pozwalam!&rguillemet;</w>
    <w>Inni z kątów wtórują. Nareszcie głos gruby</w>
    <w>Ozwał się, przybyłego szlachcica Skołuby:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Cóż to, Państwo Dobrzyńscy! a to co się święci?</w>
    <w>A my, czy to będziemy spod prawa wyjęci?</w>
    <w>Kiedy nas zapraszano z naszego zaścianku,</w>
    <w>A zapraszał nas klucznik Rębajło Mopanku,</w>
    <w>Mówiono nam, że wielkie rzeczy dziać się miały,</w>
    <w>Że tu nie o Dobrzyńskich, lecz o powiat cały,</w>
    <w>O całą szlachtę idzie; toż i Robak bąkał,</w>
    <w>Choć nigdy nie dokończył i zawsze się jąkał,</w>
    <w>I ciemno się tłumaczył; &mdash; wreszcie, koniec końców,</w>
    <w>My zjechali, sąsiadów wezwali przez gońców.</w>
    <w>Nie sami tu Panowie Dobrzyńscy jesteście,</w>
    <w>Z różnych innych zaścianków jest tu nas ze dwieście;</w>
    <w>Wszyscy więc radźmy. Jeśli potrzeba marszałka,</w>
    <w>Głosujmy wszyscy, równa u każdego gałka.</w>
    <w>Niech żyje równość!&rguillemet; Zatem dwaj Terajewicze</w>
    <w>I czterej Stypułkowscy, i trzej Mickiewicze</w>
    <w>Krzyknęli: &lguillemet;Wiwat równość!&rguillemet; &mdash; stojąc za Skołubą.</w>
    <w>Tymczasem Buchman wołał: &lguillemet;Zgoda będzie zgubą!&rguillemet;</w>
    <w>Kropiciel krzyczał: &lguillemet;Bez was obejdziem się sami;</w>
    <w>Niech żyje nasz marszałek, Maciek nad Maćkami!</w>
    <w>Hej, do laski!&rguillemet; &mdash; Dobrzyńscy krzyczą: &lguillemet;Zapraszamy!&rguillemet;</w>
    <w>A obca szlachta woła w głos: &lguillemet;Nie pozwalamy!&rguillemet;</w>
    <w>Rozstrycha się tłum na dwie kupy rozdzielony,</w>
    <w>I kiwając głowami w dwie przeciwne strony,</w>
    <w>Tamci: &lguillemet;Nie pozwalamy!&rguillemet; &mdash; ci krzyczą: &lguillemet;Prosiemy!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Maciek stary w pośrodku jeden siedział niemy,</w>
    <w>I jedna głowa jego była nieruchoma.</w>
    <w>Przeciw niemu stał Chrzciciel, zwieszony rękoma</w>
    <w>Na maczudze, a głową na końcu maczugi</w>
    <w>Wspartą kręcił, jak tykwą wbitą na kij długi,</w>
    <w>I na przemiany to w tył, to się naprzód kiwał,</w>
    <w>I ustawicznie: &lguillemet;Kropić, kropić!&rguillemet; wykrzykiwał.</w>
    <w>Wzdłuż izby zaś przebiegał Brzytewka ruchawy</w>
    <w>Ciągle od Kropiciela do Macieja ławy.</w>
    <w>Konewka zaś powoli wszerz izbę przechodził</w>
    <w>Od Dobrzyńskich do szlachty, niby to ich godził;</w>
    <w>Jeden wciąż wołał &lguillemet;Golić!&rguillemet; &mdash; a drugi &lguillemet;Zalewać!&rguillemet;</w>
    <w>Maciek milczał, lecz widno, że się zaczął gniewać.</w>
  <str/>
  
    <w>Ćwierć godziny wrzał hałas, gdy nad tłum wrzeszczący,</w>
    <w>Ze środka głów, wyskoczył w górę słup błyszczący:</w>
    <w>Był to rapier sążnistej długości, szeroki</w>
    <w>Na całą piędź, a sieczny na obadwa boki.</w>
    <w>Widocznie miecz teutoński, z norymberskiej stali</w>
    <w>Ukuty; wszyscy milcząc na broń poglądali.</w>
    <w>(Była wieść, że od przodka Dobrzyńskich ta klinga</w>
    <w>Wydarta pod Grunwaldem z rąk mistrza Junginga).</w>
    <w>Kto ją podniósł? nie widać, lecz zaraz zgadniono:</w>
    <w>&lguillemet;To Scyzoryk! niech żyje Scyzoryk! krzykniono,</w>
    <w>Wiwat Scyzoryk, klejnot Rębajłów zaścianku!</w>
    <w>Wiwat Rębajło, Szczerbiec, Półkozic, Mopanku!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Wnet Gerwazy (to on był) przez tłum się przecisnął</w>
    <w>Na środek izby, wkoło Scyzorykiem błysnął,</w>
    <w>Potem, w dół chyląc ostrze na znak powitania</w>
    <w>Przed Maćkiem, rzekł: &lguillemet;Rózeczce Scyzoryk się kłania</w>
    <w>Bracia szlachta Dobrzyńscy! Ja nie będę radził</w>
    <w>Nic a nic, powiem tylko, po com was zgromadził,</w>
    <w>A co robić, jak robić, decydujcie sami.</w>
    <w>Wiecie, słuch dawno chodzi między zaściankami,</w>
    <w>Że się na wielkie rzeczy zanosi na świecie;</w>
    <w>Ksiądz Robak o tym gadał, wszakże wszyscy wiecie?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Wiemy!&rguillemet; krzyknęli. &mdash; &lguillemet;Dobrze. Owoż mądrej głowie,</w>
    <w>Ciągnął mówca spojrzawszy bystro, dość dwie słowie,</w>
    <w>Nieprawdaż?&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Prawda!&rguillemet; rzekli. &mdash; &lguillemet;Gdy cesarz francuski,</w>
    <w>Rzekł Klucznik, stąd przyciąga, a stamtąd car ruski,</w>
    <w>Więc wojna, car z cesarzem, królowie z królami</w>
    <w>Pójdą za łby, jak zwykle między monarchami;</w>
    <w>A nam czy siedzieć cicho? Gdy wielki wielkiego</w>
    <w>Będzie dusić, my duśmy mniejszych, każdy swego.</w>
    <w>Z góry i z dołu, wielcy wielkich, małych mali,</w>
    <w>Jak zaczniem ciąć, tak całe szelmostwo się zwali</w>
    <w>I tak zakwitnie szczęście i Rzeczpospolita.</w>
    <w>Nieprawdaż?&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Prawda! rzekli, jakby z książki czyta&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Prawda! powtórzył Chrzciciel, krop a krop i kwita&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Ja zawsze gotów golić&rguillemet; ozwał się Brzytewka;</w>
    <w>&lguillemet;Tylko zgódźcie się, prosił uprzejmie Konewka,</w>
    <w>Chrzcicielu i Macieju, pod czyją iść wodzą&rguillemet;.</w>
    <w>Ale mu przerwał Buchman: &lguillemet;Niech się głupi godzą,</w>
    <w>Dyskusyje publicznej sprawie nie zaszkodzą.</w>
    <w>Proszę milczeć, słuchamy, sprawa na tym zyska,</w>
    <w>Pan Klucznik ją z nowego zważa stanowiska&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Owszem, zawołał Klucznik, u mnie po staremu,</w>
    <w>O wielkich rzeczach myśleć należy wielkiemu;</w>
    <w>Jest na to cesarz, będzie król, senat, posłowie.</w>
    <w>Takie rzeczy, Mopanku, robią się w Krakowie</w>
    <w>Lub w Warszawie, nie u nas, w zaścianku, w Dobrzynie;</w>
    <w>Aktów konfederackich nie piszą w kominie</w>
    <w>Kredą, nie na wicinie, lecz na pergaminie:</w>
    <w>Nie nam to pisać akta, ma Polska pisarzy</w>
    <w>Koronnych i litewskich, tak robili starzy;</w>
    <w>Moja rzecz Scyzorykiem wyrzynać&rguillemet;. &mdash; &lguillemet;Kropidłem</w>
    <w>Pluskać&rguillemet; dodał Kropiciel. &mdash; &lguillemet;I wykalać Szydłem&rguillemet;</w>
    <w>Krzyknął Bartek Szydełko dobywszy swej szpadki.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Wszystkich was, kończył Klucznik, biorę tu na świadki,</w>
    <w>Czy Robak nie powiadał, że wprzód nim przyjmiecie</w>
    <w>W dom wasz Napoleona, trzeba wymieść śmiecie?</w>
    <w>Słyszeliście to wszyscy, a czy rozumiecie?</w>
    <w>Któż jest śmieciem powiatu? kto zdradziecko zabił</w>
    <w>Najlepszego z Polaków, kto go okradł, zgrabił?</w>
    <w>I jeszcze chce ostatki wydrzeć z rąk dziedzica?</w>
    <w>Któż to? mamże wam gadać?&rguillemet; &mdash; &lguillemet;A jużci Soplica,</w>
    <w>Przerwał Konewka; to łotr!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Oj, to ciemiężyciel!&rguillemet;</w>
    <w>Pisnął Brzytewka. &mdash; &lguillemet;Więc go kropić!&rguillemet; dodał Chrzciciel.</w>
    <w>&lguillemet;Jeśli zdrajca, rzekł Buchman, więc na szubienicę!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Hajże! krzyknęli wszyscy, hajże na Soplicę!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Prusak śmiał podjąć się Sędziego obrony</w>
    <w>I wołał z wzniesionymi ku szlachcie ramiony:</w>
    <w>&lguillemet;Panowie Bracia! aj! aj! a na boskie rany!</w>
    <w>Co znowu? Panie Klucznik, czy Waść opętany?</w>
    <w>Czy o tym była mowa? Że ktoś miał wariata,</w>
    <w>Banitę bratem, to co? karać go za brata!</w>
    <w>To mi po chrześcijańsku! Są tu w tym konszachty</w>
    <w>Hrabiego. &mdash; Żeby Sędzia był ciężki dla szlachty,</w>
    <w>Nieprawda! dalibógże! to wy tylko sami</w>
    <w>Pozywacie go, a on zgody szuka z wami,</w>
    <w>Ustępuje ze swego, jeszcze grzywny płaci.</w>
    <w>Ma proces z Hrabią, cóż stąd? obadwa bogaci;</w>
    <w>Niechaj pan drze się z panem, cóż to do nas braci?</w>
    <w>Pan Sędzia ciemiężyciel! On pierwszy zabraniał,</w>
    <w>Ażeby się chłop przed nim do ziemi nie kłaniał,</w>
    <w>Mówiąc, że to grzech. Nieraz u niego gromada</w>
    <w>Chłopska, ja sam widziałem, do stołu z nim siada;</w>
    <w>Płacił za włość podatki, a nie tak jest w Klecku,</w>
    <w>Choć tam Waść, Panie Buchman, rządzisz po niemiecku.</w>
    <w>Sędzia zdrajca! My się z nim od infimy znamy:</w>
    <w>Poczciwe było dziecko i dziś taki samy;</w>
    <w>Polskę kocha nad wszystko, polskie obyczaje</w>
    <w>Chowa, modom moskiewskim przystępu nie daje.</w>
    <w>Ilekroć z Prus powracam, chcąc zmyć się z niemczyzny,</w>
    <w>Wpadam do Soplicowa jak w centrum polszczyzny:</w>
    <w>Tam się człowiek napije, nadysze Ojczyzny!</w>
    <w>Dalbóg, Dobrzyńscy! ja wasz brat, ale Sędziego</w>
    <w>Nie pozwolę pokrzywdzić, nie będzie nic z tego.</w>
    <w>Nie tak, Panowie Bracia, w Wielkopolszcze było:</w>
    <w>Co za duch! co za zgoda! aż przypomnieć miło!</w>
    <w>Nikt tam podobną fraszką nie śmiał rady mieszać&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;To nie fraszka, zawołał Klucznik, łotrów wieszać!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Szmer wzmagał się; wtem Jankiel posłuchania prosił,</w>
    <w>Na ławę wskoczył, stanął i nad głowy wznosił</w>
    <w>Brodę jak wiechę, co mu aż do pasa wisi;</w>
    <w>Prawą ręką zdjął z wolna z głowy kołpak lisi,</w>
    <w>Lewą ręką jarmułkę zruszoną poprawił,</w>
    <w>Potem lewicę za pas zatknął i tak prawił,</w>
    <w>Kołpakiem lisim w kolej kłaniając się nisko:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Nu, Panowie Dobrzyńscy, ja sobie żydzisko;</w>
    <w>Mnie Sędzia ni brat, ni swat; szanuję Sopliców</w>
    <w>Jak panów bardzo dobrych i moich dziedziców;</w>
    <w>Szanuję też Dobrzyńskich Bartków i Maciejów</w>
    <w>Jako dobrych sąsiadów, panów dobrodziejów;</w>
    <w>A mówię tak: jeżeli Państwo chcą gwałt zrobić</w>
    <w>Sędziemu, to bardzo źle, możecie się pobić,</w>
    <w>Zabić &mdash; a asesory? a sprawnik? a turma?</w>
    <w>Bo w wiosce u Soplicy jest żołnierzy hurma,</w>
    <w>Wszystko jegry! Asesor w domu; tylko świśnie,</w>
    <w>Tak wraz przymaszerują, stoją jak umyślnie.</w>
    <w>A co będzie? A jeśli czekacie Francuza,</w>
    <w>To Francuz jest daleko jeszcze, droga duża.</w>
    <w>Ja Żyd, o wojnach nie wiem, a byłem w Bielicy</w>
    <w>I widziałem tam żydków od samej granicy;</w>
    <w>Słychać, że Francuz stoi nad rzeką Łososną,</w>
    <w>A wojna jeśli będzie, to chyba aż wiosną.</w>
    <w>Nu, mówię tak: czekajcie; wszak dwór Soplicowa</w>
    <w>Nie budka kramna, co się rozbierze, w wóz schowa</w>
    <w>I pojedzie: dwór, jak stał, do wiosny stać będzie;</w>
    <w>A pan Sędzia to nie jest żydek na arendzie,</w>
    <w>Nie uciecze, to jego można znaleźć wiosną;</w>
    <w>A teraz rozejdźcie się, a nie gadać głośno</w>
    <w>O tym, co było, bo to gadać, to daremno!</w>
    <w>A czyja łaska Panów Szlachty, proszę ze mną.</w>
    <w>Moja Siora powiła małego Jankielka,</w>
    <w>Ja dziś traktuję wszystkich, a muzyka wielka!</w>
    <w>Każę przynieść kozice, basetlę, dwie skrzypiec,</w>
    <w>A pan Maciek Dobrodziej lubi stary lipiec</w>
    <w>I nowego mazurka; mam nowe mazurki,</w>
    <w>A wyuczyłem śpiewać fein moje bachurki&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Wymowa lubianego powszechnie Jankiela</w>
    <w>Trafiała do serc; powstał krzyk, oklask wesela,</w>
    <w>Szmer przyzwolenia nawet za domem się szerzył,</w>
    <w>Gdy Gerwazy w Jankiela Scyzorykiem zmierzył.</w>
    <w>Żyd skoczył, wpadł w tłum; Klucznik wołał: &lguillemet;Precz stąd, Żydzie!</w>
    <w>Nie tkaj palców między drzwi, nie o ciebie idzie!</w>
    <w>Panie Prusak! że Waszeć sędziowską handlujesz</w>
    <w>Parą wicin mizernych, to już zań gardłujesz?</w>
    <w>Zapomniałeś, Mopanku, że ojciec Wasz&eacute;cin</w>
    <w>Spławiał do Prus dwadzieście Horeszkowskich wicin?</w>
    <w>Stąd się zbogacił i on, i jego rodzina;</w>
    <w>Ba, nawet wszyscy, ilu was tu jest z Dobrzyna.</w>
    <w>Bo pamiętacie starzy, słyszeliście młodzi,</w>
    <w>Że Stolnik był was wszystkich ojciec i dobrodziej:</w>
    <w>Kogoż on komisarzem słał do swych dóbr pińskich?</w>
    <w>Dobrzyńskiego! Rachmistrzów kogo miał? Dobrzyńskich!</w>
    <w>Marszałkostwa, kredensu nie zwierzał nikomu,</w>
    <w>Tylko Dobrzyńskim: pełno Dobrzyńskich miał w domu!</w>
    <w>On forytował wasze w trybunałach sprawy,</w>
    <w>On wyrabiał u króla dla was chleb łaskawy,</w>
    <w>Dzieci wasze kopami pomieszczał w konwikcie</w>
    <w>Pijarskim, na swym koszcie, odzieży i wikcie;</w>
    <w>Dorosłych promowował także swym nakładem.</w>
    <w>A dlaczego to robił? że wam był sąsiadem!</w>
    <w>Dziś Soplica kopcami tyka waszych granic,</w>
    <w>Cóż kiedy wam dobrego zrobił on?&rguillemet;<str/>&lguillemet;Nic a nic!</w>
    <w>Przerwał Konewka; bo to wyrosło z szlachciury,</w>
    <w>A jak dmie się, phu, phu, phu, jak nos drze do góry!</w>
    <w>Pamiętacie, prosiłem na córki wesele;</w>
    <w>Poję, nie chce pić, mówi: &lguillemet;Nie piję tak wiele</w>
    <w>Jak wy szlachta; wy szlachta ciągniecie jak bąki&rguillemet;.</w>
    <w>Ot magnat! delikacik z marymonckiej mąki!</w>
    <w>Nie pił, leliśmy w gardło, krzyczał: &lguillemet;Gwałt się dzieje!&rguillemet;</w>
    <w>Czekaj no, niech no ja mu z Konewki naleję&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Filut, zawołał Chrzciciel, oj, i ja go kropnę</w>
    <w>Za swoje. Mój syn było to dziecko roztropne;</w>
    <w>Teraz tak zgłupiał, że go nazywają Sakiem,</w>
    <w>A z przyczyny Sędziego został głupcem takim.</w>
    <w>Mówiłem: &lguillemet;Po co tobie leźć do Soplicowa?</w>
    <w>Jeżeli cię tam złowię, niech cię Bóg uchowa!&rguillemet;</w>
    <w>On znowu smyk do Zosi, dybie przez konopie,</w>
    <w>Złowiłem go, a zatem za uszy i kropię;</w>
    <w>A on beczy i beczy jak maleńkie chłopię:</w>
    <w>&lguillemet;Ojcze, choć zabij, muszę tam iść&rguillemet;, a wciąż szlocha &mdash;</w>
    <w>Co tobie? a on mówi, że tę Zosię kocha!</w>
    <w>Chciałby popatrzeć na nią! Żal mi nieboraka,</w>
    <w>Mówię Sędziemu: &lguillemet;Sędzio, daj Zosię dla Saka!&rguillemet;</w>
    <w>On mówi: &lguillemet;Jeszcze mała, czekaj ze trzy lata,</w>
    <w>Jak sama zechce&rguillemet;. Łotr! łże, już ją komuś swata</w>
    <w>Słyszałem; już ja się tam na wesele wkręcę,</w>
    <w>Ja im łoże małżeńskie kropidłem poświęcę&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;I taki łotr, zawołał Klucznik, ma panować?</w>
    <w>I dawnych panów, lepszych od siebie, rujnować?</w>
    <w>A Horeszków i pamięć, i imię zaginie!</w>
    <w>Gdzież jest wdzięczność na świecie? &mdash; nie ma jej w Dobrzynie.</w>
    <w>Bracia! chcecie bój z ruskim wieść imperatorem,</w>
    <w>A boicie się wojny z Soplicowskim dworem?</w>
    <w>Strach wam turmy! czyż to ja wzywam na rozboje?</w>
    <w>Broń Boże! Szlachta Bracia! ja przy prawie stoję.</w>
    <w>Wszak Hrabia wygrał, zyskał dekretów niemało;</w>
    <w>Tylko je egzekwować! tak dawniej bywało:</w>
    <w>Trybunał pisał dekret, szlachta wypełniała,</w>
    <w>A szczególniej Dobrzyńscy, i stąd wasza chwała</w>
    <w>Urosła w Litwie! Wszakże to Dobrzyńscy sami</w>
    <w>Bili się na zajeździe ryskim z Moskalami,</w>
    <w>Których przywiódł jenerał ruski Wojniłowicz</w>
    <w>I łotr, przyjaciel jego, pan Wołk z Ługomowicz;</w>
    <w>Pamiętacie, jak Wołka wzięliśmy w niewolę,</w>
    <w>Jak chcieliśmy go wieszać na belce w stodole,</w>
    <w>Iż był tyran dla chłopstwa a sługa Moskali;</w>
    <w>Ale się chłopi głupi nad nim zlitowali!</w>
    <w>(Upiec go muszę kiedyś na tym Scyzoryku).</w>
    <w>Nie wspomnę innych wielkich zajazdów bez liku,</w>
    <w>Z których wyszliśmy zawsze, jak szlachcie przystało,</w>
    <w>I z zyskiem, i aplauzem powszechnym, i z chwałą!</w>
    <w>Po cóż o tym wspominać! dziś darmo pan Hrabia,</w>
    <w>Sąsiad wasz, sprawę toczy, dekrety wyrabia,</w>
    <w>Już nikt z was pomóc nie chce biednemu sierocie!</w>
    <w>Dziedzic Stolnika tego, który żywił krocie,</w>
    <w>Dziś nie ma przyjaciela, oprócz mnie, Klucznika,</w>
    <w>I ot, tego wiernego mego Scyzoryka!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;I Kropidła, rzekł Chrzciciel, gdzie ty, Gerwazeńku,</w>
    <w>Tam i ja; póki ręka, póki plusk plask w ręku.</w>
    <w>Co dwaj, to dwaj! Dalibóg, mój Gerwazy! ty miecz,</w>
    <w>Ja mam Kropidło; dalbóg! ja kropię, a ty siecz,</w>
    <w>I tak szach mach, plusk i plask; oni niech gawędzą!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Toć i Bartka, rzekł Brzytwa, bracia nie odpędzą;</w>
    <w>Już co wy namydlicie, to ja wszystko zgolę&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;I ja, przydał Konewka, z wami ruszyć wolę,</w>
    <w>Gdy ich nie można zgodzić na obiór marszałka;</w>
    <w>Co mi tam głosy, gałki, u mnie insza gałka</w>
    <w>(Tu wydobył z kieszeni garść kul, dzwonił nimi):</w>
    <w>Ot gałki! krzyknął, w Sędzię gałkami wszystkimi!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Do was, wołał Skołuba, do was się łączymy!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Gdzie wy, krzyknęła szlachta, gdzie wy, to tam i my!</w>
    <w>Niech żyją Horeszkowie! wiwant Półkozice!</w>
    <w>Wiwat Klucznik Rębajło! Hajże na Soplicę!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>I tak wszystkich pociągnął wymowny Gerwazy:</w>
    <w>Bo wszyscy ku Sędziemu mieli swe urazy,</w>
    <w>Jak zwyczajnie w sąsiedztwie, to o szkodę skargi,</w>
    <w>To o wyręby, to o granice zatargi:</w>
    <w>Jednych gniew, drugich tylko podburzała zawiść</w>
    <w>Bogactw Sędziego &mdash; wszystkich zgodziła nienawiść.</w>
    <w>Cisną się do Klucznika, podnoszą do góry</w>
    <w>Szable, pałki &mdash;<str/>Aż Maciek, dotychczas ponury,</w>
    <w>Nieruchomy, wstał z ławy i wolnymi kroki</w>
    <w>Wyszedł na środek izby, i podparł się w boki;</w>
    <w>I spojrzawszy przed siebie, i kiwając głową,</w>
    <w>Zabrał głos, wymawiając z wolna każde słowo,</w>
    <w>Z przestankiem i przyciskiem: &lguillemet;A głupi! a głupi!</w>
    <w>A głupi wy! na kim się mleło, na was skrupi.</w>
    <w>To póki o wskrzeszeniu Polski była rada,</w>
    <w>O dobru pospolitym, głupi, u was zwada?</w>
    <w>Nie można było, głupi, ani się rozmówić,</w>
    <w>Głupi, ani porządku, ani postanowić</w>
    <w>Wodza nad wami, głupi! a niech no kto podda</w>
    <w>Osobiste urazy, głupi, u was zgoda!</w>
    <w>Precz stąd! bo jakem Maciek, was, do milijonów</w>
    <w>Kroćset kroci tysięcy fur beczek furgonów</w>
    <w>Diabłów!!!!&ellipsis;&rguillemet;<str/>Ucichli wszyscy jak rażeni gromem!</w>
    <w>Ale razem straszliwy powstał krzyk za domem:</w>
    <w>&lguillemet;Wiwat Hrabia!&rguillemet; On wjeżdżał na folwark Maciejów,</w>
    <w>Sam zbrojny, za nim zbrojnych dziesięciu dżokejów.</w>
    <w>Hrabia siedział na dzielnym koniu, w czarnym stroju;</w>
    <w>Na sukni orzechowy płaszcz włoskiego kroju,</w>
    <w>Szeroki, bez rękawów, jak wielka opona,</w>
    <w>Spięty klamrą u szyi, spadał przez ramiona;</w>
    <w>Kapelusz miał okrągły z piórem, w ręku szpadę,</w>
    <w>Okręcił się i szpadą powitał gromadę.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Wiwat Hrabia! krzyknęli, z nim żyć i umierać!&rguillemet;</w>
    <w>Szlachta zaczęła z chaty przez okna wyzierać</w>
    <w>I za Klucznikiem coraz ku drzwiom się napierać;</w>
    <w>Klucznik wyszedł, a za nim tłum przeze drzwi runął,</w>
    <w>Maciek resztę wypędził, drzwi zamknął, zasunął</w>
    <w>I przez okno wyjrzawszy, raz jeszcze rzekł: &lguillemet;Głupi!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>A tymczasem się szlachta do Hrabiego kupi;</w>
    <w>Idą w karczmę, Gerwazy wspomniał dawne czasy,</w>
    <w>Kazał sobie trzy podać od kontuszów pasy,</w>
    <w>Na nich ze sklepu karczmy beczki wydobywa</w>
    <w>Trzy: jedną miodu, drugą wódki, trzecią piwa.</w>
    <w>Wyjął goździe, wnet z szumem trysnęły trzy strugi,</w>
    <w>Jeden biały jak srebro, krwawnikowy drugi,</w>
    <w>Trzeci żółty; troistą grają w górze tęczą,</w>
    <w>A spadając w sto kubków, we sto szklanek brzęczą.</w>
    <w>Wre szlachta, tamci piją, ci Hrabiemu życzą</w>
    <w>Lat setnych, wszyscy: &lguillemet;Hajże na Soplicę!&rguillemet; krzyczą.</w>
  <str/>
  
    <w>Jankiel wymknął się milczkiem, oklep; Prusak równie,</w>
    <w>Nie słuchany, choć jeszcze rozprawiał wymownie,</w>
    <w>Chciał zmykać, szlachta w pogoń, wołając, że zdradził.</w>
    <w>Mickiewicz stał z daleka, ni krzyczał, ni radził,</w>
    <w>Ale z miny poznano, że coś złego knuje,</w>
    <w>Więc do kordów, i hajże! On się rejteruje</w>
    <w>Odcina się, już ranny, przyparty do płotów,</w>
    <w>Gdy mu skoczył na odsiecz Zan i trzech Czeczotów.</w>
    <w>Za czym rozjęto szlachtę, ale w tym rozruchu</w>
    <w>Dwóch było ciętych w ręce, ktoś dostał po uchu.</w>
    <w>Reszta wsiadała na koń. &mdash;<str/>Hrabia i Gerwazy</w>
    <w>Porządkują, rozdają oręże, rozkazy.</w>
    <w>W końcu wszyscy przez długą zaścianku ulicę</w>
    <w>Puścili się w cwał krzycząc: &lguillemet;Hajże na Soplicę!&rguillemet;</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga ósma</numer>
  <tytul>Zajazd</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Astronomia Wojskiego.</rzecz>
    <rzecz>Uwaga Podkomorzego nad kometami.</rzecz>
    <rzecz>Tajemnicza scena w pokoju Sędziego.</rzecz>
    <rzecz>Tadeusz, chcąc zręcznie wyplątać się, wpada w wielkie kłopoty.</rzecz>
    <rzecz>Nowa Dydo.</rzecz>
    <rzecz>Zajazd.</rzecz>
    <rzecz>Ostatnia woźnieńska protestacja.</rzecz>
    <rzecz>Hrabia zdobywa Soplicowo.</rzecz>
    <rzecz>Szturm i rzeź.</rzecz>
    <rzecz>Gerwazy piwnicznym.</rzecz>
    <rzecz>Uczta zajazdowa.</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>Przed burzą bywa chwila cicha i ponura;</w>
    <w>Kiedy nad głowy ludzi przyleciawszy chmura</w>
    <w>Stanie i grożąc twarzą, dech wiatrów zatrzyma,</w>
    <w>Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma,</w>
    <w>Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie</w>
    <w>Tej ciszy chwila była w Soplicowskim domie.</w>
    <w>Myśliłbyś, że przeczucie nadzwyczajnych zdarzeń</w>
    <w>Ścięło usta, i wzniosło duchy w kraje marzeń.</w>
  <str/>
  
    <w>Po wieczerzy i Sędzia, i goście ze dworu</w>
    <w>Wychodzą na dziedziniec używać wieczoru;</w>
    <w>Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą;</w>
    <w>Całe grono z posępną i cichą postawą</w>
    <w>Pogląda w niebo, które zdawało się zniżać,</w>
    <w>Ścieśniać, i coraz bardziej ku ziemi przybliżać,</w>
    <w>Aż oboje, skrywszy się pod zasłonę ciemną</w>
    <w>Jak kochankowie, wszczęli rozmowę tajemną,</w>
    <w>Tłumacząc swe uczucia w westchnieniach tłumionych,</w>
    <w>Szeptach, szmerach i słowach na wpół wymówionych,</w>
    <w>Z których składa się dziwna muzyka wieczoru.</w>
  <str/>
  
    <w>Zaczął ją puszczyk, jęcząc na poddaszu dworu;</w>
    <w>Szepnęły wiotkim skrzydłem niedoperze, lecą</w>
    <w>Pod dom, gdzie szyby okien, twarze ludzi świecą;</w>
    <w>Niżej zaś, niedoperzów siostrzyczki, ćmy, rojem</w>
    <w>Wiją się, przywabione białym kobiet strojem,</w>
    <w>Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice</w>
    <w>I w jasne oczki, które biorą za dwie świ&eacute;ce.</w>
    <w>Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera,</w>
    <w>Kręci się grając jako harmoniki sfera;</w>
    <w>Ucho Zosi rozróżnia śród tysiąca gwarów</w>
    <w>Akord muszek i półton fałszywy komarów.</w>
  <str/>
  
    <w>W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;</w>
    <w>Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty,</w>
    <w>Już trzykroć wrzasnął derkacz, pierwszy skrzypak łąki,</w>
    <w>Już mu z dala wtórują z bagien basem bąki,</w>
    <w>Już bekasy do góry porwawszy się wiją</w>
    <w>I bekając raz po raz jak w bębenki biją.</w>
  <str/>
  
    <w>Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy</w>
    <w>Odezwały się chorem podwójnym dwa stawy,</w>
    <w>Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora,</w>
    <w>Milczące przez dzień cały, grające z wieczora.</w>
    <w>Jeden staw, co toń jasną i brzeg miał piaszczysty,</w>
    <w>Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty;</w>
    <w>Drugi staw, z dnem błotnistym i gardzielem mętnym,</w>
    <w>Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym;</w>
    <w>W obu stawach piały żab niezliczone hordy,</w>
    <w>Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy.</w>
    <w>Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha,</w>
    <w>Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;</w>
    <w>Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,</w>
    <w>Jak grające na przemian dwie arfy Eola.</w>
  <str/>
  
    <w>Mrok gęstniał; tylko w gaju i około rzeczki</w>
    <w>W łozach, błyskały wilcze oczy jako świeczki,</w>
    <w>A dalej, u ścieśnionych widnokręgu brzegów,</w>
    <w>Tu i ówdzie ogniska pastuszych noclegów.</w>
    <w>Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił,</w>
    <w>Wyszedł z boru i niebo, i ziemię oświecił.</w>
    <w>One teraz, z pomroku odkryte w połowie,</w>
    <w>Drzemały obok siebie, jako małżonkowie</w>
    <w>Szczęśliwi: niebo w czyste objęło ramiona</w>
    <w>Ziemi pierś, co księżycem świeci posrebrzona.</w>
  <str/>
  
    <w>Już naprzeciw księżyca gwiazda jedna, druga</w>
    <w>Błysnęła; już ich tysiąc, już milijon mruga.</w>
    <w>Kastor z bratem Polluksem jaśnieli na czele,</w>
    <w>Zwani niegdyś u Słowian Lele i Polele;</w>
    <w>Teraz ich w zodyjaku gminnym znów przechrzczono,</w>
    <w>Jeden zowie się Litwą, a drugi Koroną.</w>
  <str/>
  
    <w>Dalej niebieskiej <i>Wagi</i> dwie szale błyskają;</w>
    <w>Na nich Bóg w dniu stworzenia (starzy powiadają)</w>
    <w>Ważył z kolei wszystkie planety i ziemię,</w>
    <w>Nim w przepaściach powietrza osadził ich brzemię;</w>
    <w>Potem wagi złociste zawiesił na niebie:</w>
    <w>Z nich to ludzie wag i szal wzór wzięli dla siebie.</w>
  <str/>
  
    <w>Na północ świeci okrąg gwiaździstego <i>Sita</i>,</w>
    <w>Przez które Bóg (jak mówią) przesiał ziarnka żyta,</w>
    <w>Kiedy je z nieba zrucał dla Adama ojca,</w>
    <w>Wygnanego za grzechy z rozkoszy ogrojca.</w>
  <str/>
  
    <w>Nieco wyżej <i>Dawida wóz</i>, gotów do jazdy,</w>
    <w>Długi dyszel kieruje do polarnej gwiazdy.</w>
    <w>Starzy Litwini wiedzą o rydwanie owym,</w>
    <w>Że niesłusznie pospólstwo zwie go Dawidowym,</w>
    <w>Gdyż to jest wóz Anielski. Na nim to przed czasy</w>
    <w>Jechał Lucyper, Boga gdy wyzwał w zapasy,</w>
    <w>Mlecznym gościńcem pędząc w cwał w niebieskie progi,</w>
    <w>Aż go Michał zbił z wozu, a wóz zrucił z drogi.</w>
    <w>Teraz popsuty między gwiazdami się wala,</w>
    <w>Naprawiać go archanioł Michał nie pozwala.</w>
  <str/>
  
    <w>I to wiadomo także u starych Litwinów</w>
    <w>(A wiadomość tę pono wzięli od rabinów),</w>
    <w>Że ów zodyjakowy <i>Smok</i> długi i gruby,</w>
    <w>Który gwiaździste wije po niebie przeguby,</w>
    <w>Którego mylnie Wężem chrzczą astronomowie,</w>
    <w>Jest nie wężem, lecz rybą, Lewiatan się zowie.</w>
    <w>Przed czasy mieszkał w morzach, ale po potopie</w>
    <w>Zdechł z niedostatku wody; więc na niebios stropie,</w>
    <w>Tak dla osobliwości jako dla pamiątki,</w>
    <w>Anieli zawiesili jego martwe szczątki.</w>
    <w>Podobnie pleban mirski zawiesił w kościele</w>
    <w>Wykopane olbrzymów żebra i piszczele.</w>
  <str/>
  
    <w>Takie gwiazd historyje, które z książek zbadał</w>
    <w>Albo słyszał z podania, Wojski opowiadał;</w>
    <w>Chociaż wieczorem słaby miał wzrok Wojski stary</w>
    <w>I nie mógł w niebie dojrzeć nic przez okulary,</w>
    <w>Lecz na pamięć znał imię i kształt każdej gwiazdy;</w>
    <w>Wskazywał palcem miejsca i drogę ich jazdy.</w>
  <str/>
  
    <w>Dziś mało go słuchano, nie zważano wcale</w>
    <w>Na <i>Sito</i> ni na <i>Smoka</i>, ani też na <i>Szale</i>;</w>
    <w>Dziś oczy i myśl wszystkich pociąga do siebie</w>
    <w>Nowy gość, dostrzeżony niedawno na niebie;</w>
    <w>Był to <i>kometa</i> pierwszej wielkości i mocy,</w>
    <w>Zjawił się na zachodzie, leciał ku północy;</w>
    <w>Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera</w>
    <w>Jakby chciał zająć puste miejsce Lucypera,</w>
    <w>Warkocz długi w tył rzucił i część nieba trzecią</w>
    <w>Obwinął nim, gwiazd krocie zagarnął jak siecią</w>
    <w>I ciągnie je za sobą, a sam wyżej głową</w>
    <w>Mierzy, na północ, prosto w gwiazdę biegunową</w>
  <str/>
  
    <w>Z niewymownym przeczuciem cały lud litewski</w>
    <w>Poglądał każdej nocy na ten cud niebieski,</w>
    <w>Biorąc złą wróżbę z niego, tudzież z innych znaków:</w>
    <w>Bo zbyt często słyszano krzyk złowieszczych ptaków,</w>
    <w>Które na pustych polach gromadząc się w kupy</w>
    <w>Ostrzyły dzioby, jakby czekając na trupy.</w>
    <w>Zbyt często postrzegano, że psy ziemię ryły</w>
    <w>I jak gdyby śmierć wietrząc, przeraźliwie wyły:</w>
    <w>Co wróży głód lub wojnę; a strażnicy boru</w>
    <w>Widzieli, jak przez smętarz szła dziewica moru,</w>
    <w>Która wznosi się czołem nad najwyższe drzewa,</w>
    <w>A w lewym ręku chustką skrwawioną powiewa.</w>
  <str/>
  
    <w>Różne stąd wnioski tworzył stojący przy płocie</w>
    <w>Ciwun, co przyszedł zdawać sprawę o robocie,</w>
    <w>I pisarz prowentowy w szeptach z Ekonomem.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Podkomorzy siedział na przyzbie przed domem.</w>
    <w>Przerwał rozmowę gości, znać, że głos zabiera;</w>
    <w>Błysnęła przy księżycu wielka tabakiera</w>
    <w>(Cała z szczerego złota, z brylantów oprawa,</w>
    <w>We środku za szkłem portret króla Stanisława),</w>
    <w>Zadzwonił w nią palcami, zażył i rzekł: &lguillemet;Panie</w>
    <w>Tadeuszu, Waścine o gwiazdach gadanie</w>
    <w>Jest tylko echem tego, co słyszałeś w szkole.</w>
    <w>Ja o cudzie, prostaków poradzić się wolę.</w>
    <w>I ja astronomiji słuchałem dwa lata</w>
    <w>W Wilnie, gdzie Puzynina, mądra i bogata</w>
    <w>Pani, oddała dochód z wioski dwiestu chłopów</w>
    <w>Na zakupienie różnych szkieł i teleskopów.</w>
    <w>Ksiądz Poczobut, człek sławny, był obserwatorem</w>
    <w>I całej Akademiji naonczas rektorem,</w>
    <w>Przecież w końcu katedrę i teleskop rzucił,</w>
    <w>Do klasztoru, do cichej celi swej powrócił</w>
    <w>I tam umarł przykładnie. Znam się też z Śniadeckim,</w>
    <w>Który jest mądrym bardzo człekiem, chociaż świeckim.</w>
    <w>Owoż astronomowie planetę, kometę,</w>
    <w>Uważają tak, jako mieszczanie karetę;</w>
    <w>Wiedzą, czyli zajeżdża przed króla stolicę,</w>
    <w>Czyli z rogatek miejskich rusza za granicę;</w>
    <w>Lecz kto w niej jechał? po co? co z królem rozmawiał?</w>
    <w>Czy król posła z pokojem, czy z wojną wyprawiał?</w>
    <w>O to ani pytają. Pomnę za mych czasów,</w>
    <w>Gdy Branecki karetą swą ruszył do Jassów</w>
    <w>I za tą niepoczciwą pociągnął karetą</w>
    <w>Ogon Targowiczanów, jak za tą kometą,</w>
    <w>Lud prosty, choć w publiczne nie mieszał się rady,</w>
    <w>Zgadnął zaraz, że ogon ów jest wróżbą zdrady.</w>
    <w>Słychać, że lud dał imię miotły tej komecie</w>
    <w>I powiada, że ona milijon wymiecie&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>A na to rzekł z ukłonem Wojski: &lguillemet;Prawda, Jaśnie</w>
    <w>Wielmożny Podkomorzy; przypominam właśnie,</w>
    <w>Co mnie mówiono niegdyś małemu dziecięciu,</w>
    <w>Pamiętam, choć nie miałem wówczas lat dziesięciu,</w>
    <w>Kiedy widziałem w domu naszym nieboszczyka</w>
    <w>Sapiehę, pancernego znaku porucznika,</w>
    <w>Co potem był nadwornym marszałkiem królewskim,</w>
    <w>Na koniec umarł wielkim kanclerzem litewskim,</w>
    <w>Miawszy lat sto i dziesięć. Ten, za króla Jana</w>
    <w>Trzeciego, był pod Wiedniem w chorągwi hetmana</w>
    <w>Jabłonowskiego; owoż ów kanclerz powiadał,</w>
    <w>Że właśnie kiedy na koń król Jan Trzeci wsiadał,</w>
    <w>Gdy nuncyjusz papieski żegnał go na drogę,</w>
    <w>A poseł austryjacki całował mu nogę</w>
    <w>Podając strzemię (poseł zwał się Wilczek hrabia),</w>
    <w>Król krzyknął: &lguillemet;Patrzcie, co się na niebie wyrabia!&rguillemet;</w>
    <w>Spójrzą, alić nad głowy suwał się kometa</w>
    <w>Drogą, jaką ciągnęły wojska Mahometa,</w>
    <w>Z wschodu na zachód; potem i ksiądz Bartochowski,</w>
    <w>Składając panegiryk na tryumf krakowski,</w>
    <w>Pod godłem <i>Orientis Fulmen</i>, prawił wiele</w>
    <w>O tym komecie; także czytam o nim w dziele</w>
    <w>Pod tytułem <i>Janina</i>, gdzie jest opisana</w>
    <w>Cała wyprawa króla nieboszczyka Jana</w>
    <w>I wyryta chorągiew wielka Mahometa,</w>
    <w>I ów, taki jak dziś go widzimy, kometa&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Amen, rzekł na to Sędzia; ja wróżbę Waszeci</w>
    <w>Przyjmuję, oby z gwiazdą zjawił się Jan Trzeci!</w>
    <w>Jest na zachodzie wielki dziś bohater; może</w>
    <w>Kometa go przywiedzie do nas, co daj Boże!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Na to rzekł Wojski głowę pochyliwszy smutnie:</w>
    <w>&lguillemet;Kometa czasem wojny, czasem wróży kłótnie!</w>
    <w>Niedobrze, iż się zjawił tuż nad Soplicowem</w>
    <w>Może nam grozi jakiem nieszczęściem domowem.&rguillemet;</w>
    <w>Mieliśmy wczora dosyć rozterku i zwady,</w>
    <w>Tak w czasie polowania, jako i biesiady.</w>
    <w>Rejent kłócił się z rana z panem Asesorem,</w>
    <w>A pan Tadeusz wyzwał Hrabiego wieczorem.</w>
    <w>Pono spór ten ze skóry niedźwiedziej pochodził;</w>
    <w>I gdyby mnie Dobrodziej Sędzia nie przeszkodził,</w>
    <w>Ja bym u stołu obu przeciwników zgodził.</w>
    <w>Bo chciałem opowiedzieć wypadek ciekawy,</w>
    <w>Podobny do zdarzenia wczorajszej wyprawy,</w>
    <w>Co trafił się najpierwszym strzelcom za mych czasów,</w>
    <w>Posłowi Rejtanowi i księciu Denassów.</w>
    <w>Przypadek był takowy:<str/>&lguillemet;Jenerał Podolskich</w>
    <w>Ziem przejeżdżał z Wołynia do swoich dóbr polskich,</w>
    <w>Czy też, gdy dobrze pomnę, na sejm do Warszawy, &mdash;</w>
    <w>Po drodze zwiedzał szlachtę, już to dla zabawy,</w>
    <w>Już dla popularności; wstąpił więc do pana</w>
    <w>Tadeusza, dziś świętej pamięci, Rejtana,</w>
    <w>Który był potem naszym nowogrodzkim posłem</w>
    <w>I w którego ja domu od dzieciństwa wzrosłem.</w>
    <w>Owoż Rejtan na przyjazd księcia Jenerała</w>
    <w>Zaprosił gości &mdash; liczna szlachta się zebrała,</w>
    <w>Było teatrum (Książę kochał się w teatrze);</w>
    <w>Fajerwerk dawał Kaszyc, który mieszka w Jatrze,</w>
    <w>Pan Tyzenhauz tancerzy przysłał, a kapele</w>
    <w>Ogiński i pan Sołtan, co mieszka w Zdzięciele.</w>
    <w>Słowem, dawano huczne nad spodziw zabawy</w>
    <w>W domu, a w lasach wielkie robiono obławy.</w>
    <w>Wiadomo zaś Waszmościom jest, że prawie wszyscy,</w>
    <w>Ile ich zapamiętać można, Czartoryscy,</w>
    <w>Choć idą z Jagiellonów krwi, lecz do myślistwa</w>
    <w>Nie są bardzo pochopni, pewno nie z lenistwa,</w>
    <w>Lecz z gustów cudzoziemskich; i książę Jenerał</w>
    <w>Częściej do książek niźli do psiarni zazierał,</w>
    <w>I do alkówek damskich częściej niż do lasów.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;W świcie Księcia był książę niemiecki Denassów,</w>
    <w>O którym powiadano, że w Libijskiej ziemi</w>
    <w>Goszcząc, polował niegdyś z królmi murzyńskiemi</w>
    <w>I tam tygrysa spisą w ręcznym boju zwalił,</w>
    <w>Z czego się bardzo książę ów Denassów chwalił.</w>
    <w>U nas zaś polowano na dziki w tę porę;</w>
    <w>Rejtan zabił ze sztućca ogromną maciorę,</w>
    <w>Z wielkim niebezpieczeństwem, bo z bliska wypalił.</w>
    <w>Każdy z nas trafność strzału wydziwiał i chwalił,</w>
    <w>Tylko Niemiec Denassów obojętnie słuchał</w>
    <w>Pochwał takich, i chodząc pod nos sobie dmuchał:</w>
    <w>Że trafny strzał dowodzi tylko śmiałe oko,</w>
    <w>Biała broń śmiałą rękę; i zaczął szeroko</w>
    <w>Znowu gadać o swojej Libiji i śpisie,</w>
    <w>O swych królach murzyńskich i o swym tygrysie.</w>
    <w>Markotno to się stało panu Rejtanowi,</w>
    <w>Był człek żywy, uderzył po szabli i mówi:</w>
    <w>Mości Książę! kto patrzy śmiele, walczy śmiele,</w>
    <w>Warte dziki tygrysów, a spis karabele &mdash;</w>
    <w>I zaczynali z Niemcem dyskurs nazbyt żwawy.</w>
    <w>Szczęściem, książę Jenerał przerwał te rozprawy,</w>
    <w>Godząc ich po francusku: co tam gadał, nie wiem,</w>
    <w>Ale ta zgoda był to popioł nad żarzewiem;</w>
    <w>Bo Rejtan wziął do serca, okazyi czekał</w>
    <w>I dobrą sztukę spłatać Niemcowi przyrzekał;</w>
    <w>Tej sztuki ledwie własnym nie przypłacił zdrowiem</w>
    <w>A spłatał ją nazajutrz, jak to wnet opowiem&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Tu Wojski umilknąwszy prawą rękę wznosił</w>
    <w>I u Podkomorzego tabakiery prosił;</w>
    <w>Długo zażywa, kończyć powieści nie raczy,</w>
    <w>Jak gdyby chciał zaostrzyć ciekawość słuchaczy.</w>
    <w>Zaczynał wreszcie, kiedy znowu mu przerwano</w>
    <w>Powieść taką ciekawą, tak pilnie słuchaną!</w>
    <w>Bo do Sędziego nagle ktoś przysłał człowieka,</w>
    <w>Donosząc, że z niezwłocznym interesem czeka.</w>
  <str/>
  
    <w>Sędzia, dając dobranoc, żegnał całe grono:</w>
    <w>Natychmiast się po różnych stronach rozpierzchniono,</w>
    <w>Ci spać do domu, tamci w stodole na sianie;</w>
    <w>Sędzia szedł podróżnemu dawać posłuchanie.</w>
  <str/>
  
    <w>Inni już śpią &mdash; Tadeusz po sieniach się zwija</w>
    <w>Chodząc jako wartownik około drzwi stryja,</w>
    <w>Bo musi w ważnych rzeczach rady jego szukać</w>
    <w>Dziś jeszcze, nim spać pójdzie; nie śmie do drzwi stukać,</w>
    <w>Sędzia drzwi na klucz zamknął, z kimś tajnie rozmawia;</w>
    <w>Tadeusz końca czeka, a ucha nadstawia.</w>
  <str/>
  
    <w>Słyszy wewnątrz szlochanie; nie trącając klamek</w>
    <w>Ostrożnie dziurką klucza zagląda przez zamek.</w>
    <w>Widzi rzecz dziwną! Sędzia i Robak na ziemi</w>
    <w>Klęczeli objąwszy się i łzami rzewnemi</w>
    <w>Płakali, Robak ręce Sędziego całował,</w>
    <w>Sędzia Księdza za szyję płacząc obejmował,</w>
    <w>Wreszcie po ćwierćgodzinnym przerwaniu rozmowy</w>
    <w>Robak po cichu tymi odezwał się słowy:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Bracie! Bóg wie, żem dotąd tajemnic dochował,</w>
    <w>Którem z żalu za grzechy w spowiedzi ślubował:</w>
    <w>Że Bogu i Ojczyźnie poświęcony cały,</w>
    <w>Nie służąc pysze, ziemskiej nie szukając chwały,</w>
    <w>Żyłem dotąd i chciałem umrzeć bernardynem,</w>
    <w>Nie wydając nazwiska nie tylko przed gminem,</w>
    <w>Ale nawet przed tobą i przed własnym synem!</w>
    <w>Wszakże ksiądz prowincyjał dał mi pozwolenie</w>
    <w>In <i>articulo mortis</i> zrobić objawienie.</w>
    <w>Kto wie, czy wrócę żywy! kto wie, co się stanie</w>
    <w>W Dobrzynie! Bracie! wielkie, wielkie zamieszanie!</w>
    <w>Francuz jeszcze daleko, nim przeminie zima,</w>
    <w>Trzeba czekać, a szlachta pono nie dotrzyma.</w>
    <w>Możem zanadto czynnie z powstaniem się krzątał!</w>
    <w>Pono źle zrozumieli! Klucznik wszystko splątał!</w>
    <w>Ten wariat Hrabia! słyszę, pobiegł do Dobrzyna,</w>
    <w>Nie mogłem go uprzedzić, ważna w tym przyczyna:</w>
    <w>Stary Maciek mnie poznał, a jeśli odkryje,</w>
    <w>Potrzeba będzie oddać pod Scyzoryk szyję.</w>
    <w>Nic Klucznika nie wstrzyma! mniejsza o mą głowę,</w>
    <w>Lecz tym odkryciem spisku zerwałbym osnowę.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Przecież dziś tam być muszę! widzieć, co się dzieje,</w>
    <w>Choćbym zginął; beze mnie szlachta oszaleje!</w>
    <w>Bądź zdrów, najmilszy bracie! bądź zdrów, śpieszyć muszę.</w>
    <w>Jeśli zginę, ty jeden westchniesz za mą duszę;</w>
    <w>W przypadku wojny, tobie cała tajemnica</w>
    <w>Wiadoma, kończ com zaczął, pomnij, żeś Soplica!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Tu Ksiądz łzy otarł, habit zapiął, kaptur włożył</w>
    <w>I okienicę tylną po cichu otworzył,</w>
    <w>Widać było, że oknem do ogrodu skakał;</w>
    <w>Sędzia, zostawszy jeden, siadł w krześle i płakał.</w>
  <str/>
  
    <w>Chwilę czekał Tadeusz, nim w klamkę zadzwonił;</w>
    <w>Otworzono mu, cicho wszedł, nisko się skłonił:</w>
    <w>&lguillemet;Stryjaszku Dobrodzieju, rzekł, ledwie dni kilka</w>
    <w>Przebawiłem tu, dni te minęły jak chwilka;</w>
    <w>Nie miałem czasu z twoim domem się nacieszyć</w>
    <w>I z tobą, a odjeżdżać muszę, muszę śpieszyć</w>
    <w>Zaraz, dzisiaj, Stryjaszku, a jutro najdalej:</w>
    <w>Wszak pamiętacie, żeśmy Hrabiego wyzwali.</w>
    <w>Bić się z nim to rzecz moja, posłałem wyzwanie,</w>
    <w>W Litwie jest zakazane pojedynkowanie,</w>
    <w>Jadę więc na granicę Warszawskiego Księstwa;</w>
    <w>Hrabia, prawda, fanfaron, lecz mu nie brak męstwa,</w>
    <w>Na miejsce naznaczone zapewne się stawi,</w>
    <w>Rozprawim się; a jeśli Bóg pobłogosławi,</w>
    <w>Ukarzę go, a potem za Łososny brzegi</w>
    <w>Przepłynę, gdzie mnie bratnie czekają szeregi.</w>
    <w>Słyszałem, że mi ojciec testamentem kazał</w>
    <w>Służyć w wojsku, a nie wiem, kto testament zmazał&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Mój Tadeuszku, rzekł stryj, czy Waszeć kąpany</w>
    <w>W gorącej wodzie, czy też kręcisz jak lis szczwany,</w>
    <w>Co indziej kitą wije, a sam indziej bieży?</w>
    <w>Wyzwaliśmy, zapewne, i bić się należy.</w>
    <w>Ale jechać dziś, skądżeś Waszeć tak się zaciął?</w>
    <w>Przed pojedynkiem zwyczaj jest posłać przyjacioł,</w>
    <w>Układać się, wszak Hrabia może nas przeprosić,</w>
    <w>Deprekować; czekaj Waść, czasu jeszcze dosyć.</w>
    <w>Chyba inny giez jaki Waści stąd wygania,</w>
    <w>To gadaj szczerze, po co takie omawiania.</w>
    <w>Jestem twój stryj; choć stary, znam, co serce młode,</w>
    <w>Byłem ci ojcem (mówiąc gładził go pod brodę),</w>
    <w>Już w ucho szepnął o tym mnie mój palec mały,</w>
    <w>Że Waszeć masz tu jakieś z damami kabały.</w>
    <w>Za katy, prędko teraz młodź do dam się bierze!</w>
    <w>No, Tadeuszku, przyznaj mi się Waść, a szczerze&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Jużci, bąkał Tadeusz, prawda, są przyczyny</w>
    <w>Inne, kochany Stryju! może z mojej winy!</w>
    <w>Omyłka! cóż? nieszczęście! już trudno naprawić!</w>
    <w>Nie, drogi Stryju, dłużej nie mogę tu bawić.</w>
    <w>Błąd młodości! Stryjaszku, nie pytaj o więcej,</w>
    <w>Ja muszę z Soplicowa wyjeżdżać co prędzej&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Ho! rzekł stryj, pewnie jakieś miłośne zatargi!</w>
    <w>Uważałem, że Waszeć wczora gryzłeś wargi</w>
    <w>Poglądając spode łba na pewną dziewczynkę,</w>
    <w>Widziałem, że i ona miała kwaśną minkę.</w>
    <w>Znam ja te wszystkie głupstwa; kiedy dzieci para</w>
    <w>Kocha się, to tam u nich nieszczęść co niemiara!</w>
    <w>To cieszą się, to znowu trapią się i smucą;</w>
    <w>To znowu, Bóg wie o co, do zębów się skłócą;</w>
    <w>To stojąc w kątkach jakby mruki, nie gadają</w>
    <w>Do siebie, czasem nawet w pole uciekają.</w>
    <w>Jeżeli na was raptus podobny napada,</w>
    <w>Bądźcie tylko cierpliwi, już jest na to rada;</w>
    <w>Biorę na siebie wkrótce przywieść was do zgody.</w>
    <w>Znam ja te wszystkie głupstwa, wszakże byłem młody</w>
    <w>Powiedz mi Wasze wszystko; ja może nawzajem</w>
    <w>Coś odkryję, i tak się oba poprzyznajem&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Stryjaszku, rzekł Tadeusz (całując mu rękę</w>
    <w>I rumieniąc się), powiem prawdę; tę panienkę,</w>
    <w>Zosię, wychowanicę Stryja, podobałem</w>
    <w>Bardzo, choć tylko parę razy ją widziałem;</w>
    <w>A mówią, że Stryj dla mnie za żonę przeznacza</w>
    <w>Podkomorzankę, piękną i córkę bogacza.</w>
    <w>Teraz nie mogłbym z panną Różą się ożenić,</w>
    <w>Kiedy kocham tę Zosię; trudno serce zmienić!</w>
    <w>Nieuczciwie, żeniąc się z jedną, kochać drugą,</w>
    <w>Czas może mnie uleczy; wyjadę &mdash; na długo&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Tadeuszku! stryj przerwał; to mi dziwny sposób</w>
    <w>Kochania się &mdash; uciekać od kochanych osób.</w>
    <w>Dobrze, żeś szczery; widzisz, głupstwo byś wypłatał</w>
    <w>Odjeżdżając: a co Waść powiesz, gdybym swatał</w>
    <w>Sam Waci Zosię? He? cóż, nie skoczysz z radości?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz rzekł po chwili: &lguillemet;Dobroć Jegomości</w>
    <w>Dziwi mnie! lecz cóż? łaska Stryja Dobrodzieja</w>
    <w>Nie przyda się już na nic! Ach! próżna nadzieja!</w>
    <w>Bo pani Telimena! nie odda mi Zosi!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Będziem prosić&rguillemet; rzekł Sędzia.<str/>&lguillemet;Nikt jej nie uprosi,</w>
    <w>Przerwał prędko Tadeusz, &mdash; nie, czekać nie mogę,</w>
    <w>Stryjaszku, muszę prędko, jutro jechać w drogę,</w>
    <w>Daj mi, Stryjaszku, tylko twe błogosławieństwo,</w>
    <w>Wszystko przygotowałem, jadę zaraz w Księstwo&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Sędzia, wąs kręcąc, z gniewem na chłopca spozierał</w>
    <w>&lguillemet;To Waść tak szczery? takeś mi serce otwierał?</w>
    <w>Naprzód ów pojedynek! potem znowu miłość,</w>
    <w>I ten wyjazd, oj, jest tu w tym jakaś zawiłość.</w>
    <w>Już mnie gadano, jużem kroki Waści badał!</w>
    <w>Asan bałamut i trzpiot, Asan kłamstwa gadał.</w>
    <w>A gdzież to Asan chodził onegdaj wieczorem,</w>
    <w>Czego Asan jak wyżeł tropił pode dworem?</w>
    <w>O Tadeuszku! jeśli może Asan Zosię</w>
    <w>Zbałamucił i teraz uciekasz? młokosie,</w>
    <w>To się Waci nie uda; lubisz czy nie lubisz,</w>
    <w>Zapowiadam Asanu, że Zosię poślubisz.</w>
    <w>A nie, to bizun &mdash; jutro staniesz na kobiercu.</w>
    <w>I gada mnie o czuciach! o niezmiennym sercu!</w>
    <w>Łgarz jesteś! pfe! ja z Waści, Panie Tadeuszu,</w>
    <w>Zrobię śledztwo, ja Waści jeszcze natrę uszu!</w>
    <w>Dziś dość miałem kłopotów! aż mi głowa boli!</w>
    <w>Ten mi jeszcze spokojnie zasnąć nie dozwoli!</w>
    <w>Idź mi Waść spać!&rguillemet; To mówiąc drzwi na wściąż otwierał</w>
    <w>I zawołał Woźnego, żeby go rozbierał.</w>
    <w>Tadeusz cicho wyszedł opuściwszy głowę,</w>
    <w>Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem rozmowę,</w>
    <w>Pierwszy raz połajany tak ostro!&ellipsis; ocenił</w>
    <w>Słuszność wyrzutów, sam się przed sobą rumienił.</w>
    <w>Co począć? jeśli Zosia o wszystkim się dowie?</w>
    <w>Prosić o rękę? a cóż Telimena powie?</w>
    <w>Nie, &mdash; czuł, że nie mógł dłużej zostać w Soplicowie.</w>
  <str/>
  
    <w>Tak zadumany ledwie zrobił kroków parę,</w>
    <w>Gdy mu coś drogę zaszło; spójrzał, widzi marę,</w>
    <w>Całą w bieliźnie, długą, wysmukłą i cienką,</w>
    <w>Suwała się ku niemu z wyciągniętą ręką,</w>
    <w>Od której odbijał się drżący blask miesięczny,</w>
    <w>I przystąpiwszy, cicho jęknęła: &lguillemet;Niewdzięczny!</w>
    <w>Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz,</w>
    <w>Szukałeś rozmów ze mną, dziś uszy zamykasz,</w>
    <w>Jakby w słowach, we wzroku mym była trucizna!</w>
    <w>Dobrze mi tak, wiedziałam, kto jesteś! &mdash; mężczyzna!</w>
    <w>Nie znając kokieterii nie chciałam cię dręczyć,</w>
    <w>Uszczęśliwiłam; takżeś umiał mnie zawdzięczyć!</w>
    <w>Tryumf nad miękkim sercem serce twe zatwardził,</w>
    <w>Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt prędkoś nim wzgardził!</w>
    <w>Dobrze mi tak! lecz straszną nauczona probą,</w>
    <w>Wierz mi, iż więcej niż ty gardzę sama sobą!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Telimeno, Tadeusz rzekł, dalbóg, nietwarde</w>
    <w>Mam serce, ani ciebie unikam przez wzgardę,</w>
    <w>Ale uważ no sama, wszak nas widzą, śledzą,</w>
    <w>Czyż można tak otwarcie? cóż ludzie powiedzą?</w>
    <w>Wszak to nieprzyzwoicie, to, dalbóg, jest grzechem&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Grzechem! odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem</w>
    <w>Niewiniątko! baranek! Ja, będąc kobietą,</w>
    <w>Jeśli z miłości nie dbam, choćby mię odkryto,</w>
    <w>Choćby mię osławiono; a ty! ty mężczyzna?</w>
    <w>Cóż szkodzi z was któremu, chociaż się i przyzna,</w>
    <w>Że ma romans, z dziesięciu razem kochankami?</w>
    <w>Mów prawdę: chcesz mnie rzucić!&rguillemet;. &mdash; Zalała się łzami.</w>
    <w>&lguillemet;Telimeno, cóż by świat mówił o człowieku,</w>
    <w>Rzekł Tadeusz, który by teraz, w moim wieku,</w>
    <w>Zdrów, żył na wsi, kochał się &mdash; kiedy tyle młodzi,</w>
    <w>Tylu żonatych od żon, od dzieci uchodzi</w>
    <w>Za granicę, pod znaki narodowe bieży?</w>
    <w>Choćbym chciał zostać, czy to ode mnie zależy?</w>
    <w>Ojciec mnie testamentem kazał, abym służył</w>
    <w>W wojsku polskim, teraz stryj ten rozkaz powtórzył:</w>
    <w>Jutro jadę, zrobiłem już postanowienie,</w>
    <w>I dalbóg, Telimeno, już go nie odmienię&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Ja, rzekła Telimena, nie chcę ci zagradzać</w>
    <w>Drogi do sławy, szczęściu twojemu przeszkadzać!</w>
    <w>Jesteś mężczyzną, znajdziesz kochankę godniejszą</w>
    <w>Serca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą!</w>
    <w>Tylko dla mej pociechy, niech wiem przed rozstaniem,</w>
    <w>Że twoja skłonność była prawdziwym kochaniem,</w>
    <w>Że to nie był żart tylko, nie rozpusta płocha,</w>
    <w>Lecz miłość; niech wiem, że mnie mój Tadeusz kocha!</w>
    <w>Niech słowo kocham jeszcze raz z ust twych usłyszę,</w>
    <w>Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę;</w>
    <w>Przebaczę łacniej, chociaż przestaniesz mnie kochać,</w>
    <w>Pomnąc, jakeś mnie kochał!&rguillemet; &mdash; I zaczęła szlochać. &mdash;</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz widząc, że tak płacze i tak błaga</w>
    <w>Czule, i tylko takiej drobnostki wymaga,</w>
    <w>Wzruszył się, przejęły go szczery żal i litość,</w>
    <w>I jeżeliby badał serca swego skrytość,</w>
    <w>Może by się w tej chwili i sam nie dowiedział,</w>
    <w>Czyli ją kochał, czy nie. &mdash; Więc żywo powiedział:</w>
    <w>&lguillemet;Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił,</w>
    <w>Jeśli nieprawda, żem cię, dalbóg, bardzo lubił,</w>
    <w>Czy kochał; krótkie z sobą spędziliśmy chwile,</w>
    <w>Ale one mnie przeszły tak słodko, tak mile,</w>
    <w>Że będą długo, zawsze myśli mej przytomne</w>
    <w>I, dalibógże, nigdy ciebie nie zapomnę&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena skoczywszy padła mu na szyję:</w>
    <w>&lguillemet;Tegom się spodziewała, kochasz mię, więc żyję!</w>
    <w>Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrócić;</w>
    <w>Gdy mnie kochasz, mój drogi, czyż możesz mnie rzucić?</w>
    <w>Tobie oddałam serce, oddam ci majątek,</w>
    <w>Pójdę za tobą wszędzie; każdy świata kątek</w>
    <w>Będzie mnie z tobą miły! z najdzikszej pustyni</w>
    <w>Miłość, wierzaj mi, ogród rozkoszy uczyni&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz, wydarłszy się z objęcia przemocą:</w>
    <w>&lguillemet;Jak to? rzekł, czyś z rozumu obrana? gdzie? po co?</w>
    <w>Jechać za mną? Ja, będąc sam prostym żołnierzem,</w>
    <w>Włóczyć, czy markietankę?&rguillemet; &mdash; &lguillemet;To my się pobierzem&rguillemet;</w>
    <w>Rzekła mu Telimena. &mdash; &lguillemet;Nie, nigdy! zawoła</w>
    <w>Tadeusz, ja żenić się nie mam teraz zgoła</w>
    <w>Zamiaru, ni kochać się &mdash; fraszki! dajmy pokój!</w>
    <w>Proszę cię, moja droga, rozmyśl się! uspokój!</w>
    <w>Ja jestem tobie wdzięczen, ale niepodobna</w>
    <w>Żenić się, kochajmy się, ale tak &mdash; z osobna.</w>
    <w>Zostać dłużej nie mogę; nie, nie, jechać muszę,</w>
    <w>Bądź zdrowa, Telimeno moja, jutro ruszę&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Rzekł, nasuwał kapelusz, odwracał się bokiem</w>
    <w>Chcąc iść; lecz go wstrzymała Telimena okiem</w>
    <w>I twarzą, jak Meduzy głową; musiał zostać</w>
    <w>Mimowolnie; poglądał z trwogą na jej postać,</w>
    <w>Stała blada, bez ruchu, bez tchu i bez życia!</w>
    <w>Aż wyciągając rękę jak miecz do przebicia,</w>
    <w>Z palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy:</w>
    <w>&lguillemet;Tego chciałam, krzyknęła, ha, języku smoczy!</w>
    <w>Serce jaszczurze! To nic, żem tobą zajęta</w>
    <w>Wzgardziła Asesora, Hrabię i Rejenta,</w>
    <w>Żeś mnie uwiódł i teraz porzucasz sierotę,</w>
    <w>To nic! jesteś mężczyzną, znam waszą niecnotę,</w>
    <w>Wiem, że jak inni, tak ty mógłbyś wiarę złamać,</w>
    <w>Lecz nie wiedziałam, że tak podle umiesz kłamać!</w>
    <w>Słuchałam pode drzwiami stryja! więc to dziecko?</w>
    <w>Zosia wpadła ci w oko? i na nią zdradziecko</w>
    <w>Dybiesz! Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał,</w>
    <w>A jużeś pod jej bokiem nowych ofiar szukał!</w>
    <w>Uciekaj, lecz cię moje dościgną przeklęctwa &mdash;</w>
    <w>Lub zostań, wydam światu twoje bezeceństwa;</w>
    <w>Twe sztuki już nie zwiodą innych, jak mnie zwiodły!</w>
    <w>Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica,</w>
    <w>I której żaden nigdy nie słyszał Soplica,</w>
    <w>Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia,</w>
    <w>Tupnąwszy nogą, usta przyciąwszy, rzekł: &lguillemet;Głupia&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Odszedł; lecz wyraz &lguillemet;podłość&rguillemet; echem się powtórzył</w>
    <w>W sercu, wzdrygnął się młodzian, czuł, że nań zasłużył,</w>
    <w>Czuł, że wyrządził wielką krzywdę Telimenie,</w>
    <w>Że go słusznie skarżyła, mówiło sumnienie;</w>
    <w>Lecz czuł, że po tych skargach tym mocniej ją zbrzydził;</w>
    <w>O Zosi, ach! pomyśleć nie ważył się, wstydził.</w>
    <w>Przecież ta Zosia, taka piękna, taka miła!</w>
    <w>Stryj swatał ją! może by jego żoną była!</w>
    <w>Gdyby nie szatan, co go plącząc w grzech za grzechem,</w>
    <w>W kłamstwo za kłamstwem, wreszcie odstąpił z uśmiechem</w>
    <w>Złajany, pogardzony od wszystkich! w dni parę</w>
    <w>Zmarnował przyszłość! Uczuł słuszną zbrodni karę.</w>
  <str/>
  
    <w>W tej burzy uczuć, jakby kotwica spoczynku,</w>
    <w>Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku;</w>
    <w>&lguillemet;Zamordować Hrabiego! łotra! krzyknął w gniewie,</w>
    <w>Zginąć albo zemścić się!&rguillemet; A za co? sam nie wie!</w>
    <w>I ten gniew wielki, jak się zajął w mgnieniu oka,</w>
    <w>Tak wywietrzał; znow zdjęła go żałość głęboka.</w>
    <w>Myślił: jeśli prawdziwe było postrzeżenie,</w>
    <w>Że Hrabia z Zosią jakieś ma porozumienie,</w>
    <w>I cóż stąd? może Hrabia kocha Zosię szczerze,</w>
    <w>Może go ona kocha? za męża wybierze!</w>
    <w>Jakimże prawem chciałbym zerwać to zamęście</w>
    <w>I, sam nieszczęśnik, wszystkich mam zaburzać szczęście?</w>
  <str/>
  
    <w>Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu,</w>
    <w>Chyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do grobu!</w>
  <str/>
  
    <w>Więc kułak przycisnąwszy na schylonym czole,</w>
    <w>Biegł ku łąkom, gdzie stawy błyszczały się w dole,</w>
    <w>I stanął nad błotnistym; w zielonawe tonie</w>
    <w>Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie</w>
    <w>Z rozkoszą ciągnął piersią, i otworzył usta</w>
    <w>Ku nim; bo samobójstwo jak każda rozpusta</w>
    <w>Jest wymyślną; on w głowy szalonym zawrocie</w>
    <w>Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Telimena z dzikiej młodzieńca postawy</w>
    <w>Zgadując rozpacz, widząc, że pobiegł nad stawy,</w>
    <w>Chociaż ku niemu takim słusznym gniewem pała,</w>
    <w>Przelękła się; w istocie dobre serce miała.</w>
    <w>Żal jej było, że inną śmiał Tadeusz lubić,</w>
    <w>Chciała go skarać, ale nie myśliła zgubić;</w>
    <w>Więc puściła się za nim, wznosząc ręce obie,</w>
    <w>Krzycząc: &lguillemet;Stój! głupstwo! kochaj czy nie! żeń się sobie</w>
    <w>Czy jedź! tylko stój!&rguillemet; &mdash; Ale on już szybkim biegiem</w>
    <w>Wyprzedził ją daleko; już &mdash; stanął nad brzegiem!</w>
  <str/>
  
    <w>Dziwnym zrządzeniem losów, po tym samym brzegu</w>
    <w>Jechał Hrabia, na czele dżokejów szeregu,</w>
    <w>A zachwycony wdziękiem nocy tak pogodnej</w>
    <w>I harmoniją cudną orkiestry podwodnej,</w>
    <w>Owych chorów, co brzmiały jak arfy eolskie</w>
    <w>(Żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie),</w>
    <w>Wstrzymał konia i o swej zapomniał wyprawie,</w>
    <w>Zwrócił ucho do stawu i słuchał ciekawie.</w>
    <w>Oczy wodził po polach, po niebios obszarze</w>
    <w>Pewnie układał w myśli nocne peizaże.</w>
  <str/>
  
    <w>Zaiste, okolica była malownicza!</w>
    <w>Dwa stawy pochyliły ku sobie oblicza</w>
    <w>Jako para kochanków; prawy staw miał wody</w>
    <w>Gładkie i czyste jako dziewicze jagody;</w>
    <w>Lewy ciemniejszy nieco, jako twarz młodziana</w>
    <w>Smagława, i już męskim puchem osypana.</w>
    <w>Prawy złocistym piaskiem połyskał się wkoło</w>
    <w>Jak gdyby włosem jasnym; a lewego czoło</w>
    <w>Najeżone łozami, wierzbami czubate;</w>
    <w>Oba stawy ubrane w zieloności szatę.</w>
  <str/>
  
    <w>Z nich dwa strugi, jak ręce związane pospołu,</w>
    <w>Ściskają się; strug dalej upada do dołu;</w>
    <w>Upada, lecz nie ginie, bo w rowu ciemnotę</w>
    <w>Unosi na swych falach księżyca pozłotę;</w>
    <w>Woda warstami spada, a na każdej warście</w>
    <w>Połyskają się blasku miesięcznego garście,</w>
    <w>Światło w rowie na drobne drzazgi się roztrąca,</w>
    <w>Chwyta je i w głąb niesie toń uciekająca,</w>
    <w>A z góry znów garściami spada blask miesiąca.</w>
    <w>Myślałbyś, że u stawu siedzi Świtezianka,</w>
    <w>Jedną ręką zdrój leje z bezdennego dzbanka,</w>
    <w>A drugą ręką w wodę dla zabawki miota</w>
    <w>Brane z fartuszka garście zaklętego złota.</w>
  <str/>
  
    <w>Dalej, z rowu wybiegłszy, strumień na równinie</w>
    <w>Rozkręca się, ucisza, lecz widać, że płynie,</w>
    <w>Bo na jego ruchomej, drgającej powłoce</w>
    <w>Wzdłuż miesięczne światełko drgające migoce.</w>
    <w>Jako piękny wąż żmudzki, zwany giwojtosem,</w>
    <w>Chociaż zdaje się drzemać leżąc między wrzosem,</w>
    <w>Pełźnie, bo na przemiany srebrzy się i złoci,</w>
    <w>Aż nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci:</w>
    <w>Tak strumień kręcący się chował się w olszynach,</w>
    <w>Które na widnokręgu czerniały kończynach,</w>
    <w>Wznosząc swe kształty lekkie, niewyraźne oku,</w>
    <w>Jak duchy na wpół widne, na poły w obłoku.</w>
  <str/>
  
    <w>Między stawami w rowie młyn ukryty siedzi;</w>
    <w>Jako stary opiekun, co kochanków śledzi,</w>
    <w>Podsłuchał ich rozmowę, gniewa się, szamoce,</w>
    <w>Trzęsie głową, rękami, i groźby bełkoce:</w>
    <w>Tak ów młyn nagle zatrząsł mchem obrosłe czoło</w>
    <w>I palczastą swą pięścią wykręcając wkoło,</w>
    <w>Ledwo kleknął i szczęki zębowate ruszył,</w>
    <w>Zaraz miłośną stawów rozmowę zagłuszył</w>
    <w>I zbudził Hrabię.<str/>Hrabia widząc, że tak blisko</w>
    <w>Tadeusz naszedł jego zbrojne stanowisko,</w>
    <w>Krzyczy: &lguillemet;Do broni! łapaj!&rguillemet; Skoczyli dżokeje;</w>
    <w>Nim Tadeusz rozeznać mógł, co się z nim dzieje,</w>
    <w>Już go chwycili; biegą do dworu, w podwórze</w>
    <w>Wpadają; dwór budzi się, psy w hałas, w krzyk stróże</w>
    <w>Wyskoczył wpół ubrany Sędzia; widzi zgraję</w>
    <w>Zbrojną, myśli, że zbójcy, aż Hrabię poznaje.</w>
    <w>&lguillemet;Co to jest?&rguillemet; pyta. Hrabia szpadą nad nim mignął,</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął.</w>
    <w>&lguillemet;Soplico! rzekł, odwieczny wrogu mej rodziny,</w>
    <w>Dziś skarzę cię za dawne i za świeże winy,</w>
    <w>Dziś zdasz mi sprawę z mojej fortuny zaboru,</w>
    <w>Nim pomszczę się obelgi mojego honoru!&rguillemet;</w>
    <w>Lecz Sędzia żegnając się krzyknął: &lguillemet;W imię Ojca</w>
    <w>I Syna! tfu! Mospanie Hrabia, czy Waść zbojca?</w>
    <w>Przebóg! czy to się zgadza z Pana urodzeniem</w>
    <w>Wychowaniem i z Pana na świecie znaczeniem?</w>
    <w>Nie pozwolę skrzywdzić się!&rguillemet; &mdash; Wtem Sędziego słudzy</w>
    <w>Biegli, jedni z kijami, ze strzelbami drudzy;</w>
    <w>Wojski stojąc z daleka poglądał ciekawie</w>
    <w>W oczy panu Hrabiemu, a nóż miał w rękawie.</w>
  <str/>
  
    <w>Już mieli zacząć bitwę, lecz Sędzia przeszkodził;</w>
    <w>Próżno było bronić się, nowy wróg nadchodził:</w>
    <w>Postrzeżono w olszynie blask, wystrzał rusznicy!</w>
    <w>Most na rzece zahuczał tętentem konnicy</w>
    <w>I &lguillemet;Hajże na Soplicę!&rguillemet; tysiąc głosów wrzasło:</w>
    <w>Wzdrygnął się Sędzia, poznał Gerwazego hasło;</w>
    <w>&lguillemet;Nic to, zawołał Hrabia, będzie tu nas więc&eacute;j,</w>
    <w>Poddaj się, Sędzio, to są moi sprzymierzeńcy&rguillemet;.</w>
    <w>Wtem Asesor nadbiegał krzycząc: &lguillemet;Areszt kładę</w>
    <w>W imię Imperatorskiej Mości; oddaj szpadę,</w>
    <w>Panie Hrabio, bo wezwę wojskowej pomocy!</w>
    <w>A wiesz Pan, że kto zbrojnie śmie napadać w nocy,</w>
    <w>Zastrzeżono tysiącznym dwóchsetnym ukazem,</w>
    <w>Że jak zło&ellipsis;&rguillemet; Wtem go Hrabia w twarz uderzył płazem</w>
    <w>Padł zgłuszony Asesor i skrył się w pokrzywy;</w>
    <w>Wszyscy myśleli, że był ranny lub nieżywy.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Widzę, rzekł Sędzia, że się na rozbój zanosi&rguillemet;.</w>
    <w>Jęknęli wszyscy; wszystkich zagłuszył wrzask Zosi,</w>
    <w>Która krzyczała, Sędzię objąwszy rękami,</w>
    <w>Jako dziecko od Żydów kłute igiełkami.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem Telimena wpadła między konie,</w>
    <w>Wyciągnęła ku Hrabi załamane dłonie:</w>
    <w>&lguillemet;Na twój honor!&rguillemet; krzyknęła przeraźliwym głosem,</w>
    <w>Z głową w tył wychyloną, z rozpuszczonym włosem,</w>
    <w>&lguillemet;Przez wszystko, co jest świętym, na klęczkach błagamy</w>
    <w>Hrabio, śmieszże odmówić? proszą ciebie damy;</w>
    <w>Okrutniku, nas pierwej musisz zamordować!&rguillemet;</w>
    <w>Padła zemdlona. &mdash; Hrabia skoczył ją ratować,</w>
    <w>Zadziwiony i nieco zmieszany tą sceną.</w>
    <w>&lguillemet;Panno Zofijo, rzecze, Pani Telimeno!</w>
    <w>Nigdy się krwią bezbronnych ta szpada nie splami;</w>
    <w>Soplicowie! jesteście moimi więźniami.</w>
    <w>Tak zrobiłem we Włoszech, kiedy pod opoką,</w>
    <w>Którą Sycylijanie zwą Birbante-rokką,</w>
    <w>Zdobyłem tabor zbójców; zbrojnych mordowałem,</w>
    <w>Rozbrojonych zabrałem i związać kazałem:</w>
    <w>Szli za końmi i tryumf mój zdobili świetny,</w>
    <w>Potem ich powieszono u podnoża Etny&rguillemet;.</w>
  <str/>
     
    <w>Było to osobliwe szczęście dla Sopliców,</w>
    <w>Że Hrabia, mając lepsze konie od szlachciców</w>
    <w>I chcąc spotkać się pierwszy, zostawił ich w tyle</w>
    <w>I biegł przed resztą jazdy, przynajmniej o milę,</w>
    <w>Ze swym dżokejstwem, które, posłuszne i karne,</w>
    <w>Stanowiło niejako wojsko regularne;</w>
    <w>Gdy inna szlachta była, zwyczajem powstania,</w>
    <w>Burzliwa i nieźmiernie skora do wieszania.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i gniewu,</w>
    <w>Przemyślał, jak by skończyć bój bez krwi rozlewu;</w>
    <w>Więc rodzinę Sopliców w domu zamknąć każe</w>
    <w>Jako więźniów wojennych; u drzwi stawi straże.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem &lguillemet;Hajże na Sopliców!&rguillemet; wpada szlachta hurmem,</w>
    <w>Obstępuje dwór wkoło i bierze go szturmem,</w>
    <w>Tym łacniej, że wódz wzięty i pierzchła załoga;</w>
    <w>Lecz zdobywcy chcą bić się, wyszukują wroga.</w>
    <w>Do domu nie wpuszczeni, biegą do folwarku,</w>
    <w>Do kuchni. &mdash; Gdy do kuchni weszli, widok garków,</w>
    <w>Ogień ledwie zagasły, potraw zapach świeży,</w>
    <w>Chrupanie psów gryzących ostatki wieczerzy,</w>
    <w>Chwyta wszystkich za serca, myśl wszystkich odmienia,</w>
    <w>Studzi gniewy, zapala potrzebę jedzenia.</w>
    <w>Marszem i całodziennym znużeni sejmikiem,</w>
    <w>&lguillemet;Jeść! jeść!&rguillemet; &mdash; po trzykroć zgodnym wezwali okrzykiem</w>
    <w>Odpowiedziano: &lguillemet;Pić! pić!&rguillemet; Między szlachty zgrają</w>
    <w>Stają dwa chory: ci pić, a ci jeść wołają;</w>
    <w>Odgłos leci echami, gdzie tylko dochodzi,</w>
    <w>Wzbudza oskomę w ustach, głód w żołądkach rodzi.</w>
    <w>I tak na dane z kuchni hasło, niespodzianie</w>
    <w>Rozeszła się armija na furażowanie.</w>
  <str/>
  
    <w>Gerwazy, od pokojów Sędziego odparty,</w>
    <w>Ustąpić musiał przez wzgląd dla hrabiowskiej warty.</w>
    <w>Więc nie mogąc zemścić się na nieprzyjacielu,</w>
    <w>Myślił o drugim wielkim tej wyprawy celu.</w>
    <w>Jako człek doświadczony i biegły w prawnictwie,</w>
    <w>Chce Hrabiego osadzić na nowym dziedzictwie</w>
    <w>Legalnie i formalnie; więc za Woźnym biega,</w>
    <w>Aż go po długich śledztwach za piecem dostrzega,</w>
    <w>Wnet porywa za kołnierz, na dziedziniec wlecze</w>
    <w>I zmierzywszy mu w piersi Scyzoryk, tak rzecze:</w>
    <w>&lguillemet;Panie Woźny, pan Hrabia śmie Waćpana prosić,</w>
    <w>Abyś raczył przed szlachtą bracią wnet ogłosić</w>
    <w>Intromisyją Hrabi do zamku, do dworu</w>
    <w>Sopliców, do wsi, gruntów zasianych, ugoru,</w>
    <w>Słowem cum gais, boris et graniciebus,</w>
    <w>Kmetonibus, scultetis et omnibus rebus</w>
    <w>Et quibusdam aliis. Jak tam wiesz, tak szczekaj,</w>
    <w>Nic nie opuszczaj!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Panie Kluczniku, zaczekaj,</w>
    <w>Rzekł śmiało, ręce za pas włożywszy Protazy,</w>
    <w>Gotów jestem wypełniać wszelkie stron rozkazy,</w>
    <w>Ale ostrzegam, że akt nie będzie miał mocy,</w>
    <w>Wymuszony przez gwałty, ogłoszony w nocy&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Co za gwałty, rzekł Klucznik, tu nie ma napaści,</w>
    <w>Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,</w>
    <w>To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci</w>
    <w>Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Gerwazeńku, rzekł Woźny, po co się tak dąsać?</w>
    <w>Jestem woźny, nie moja rzecz sprawę roztrząsać;</w>
    <w>Wszak wiadomo, że strona woźnego zaprasza</w>
    <w>I dyktuje mu co chce, a woźny ogłasza.</w>
    <w>Woźny jest posłem prawa, a posłów nie karzą,</w>
    <w>Nie wiem tedy, za co mnie trzymacie pod strażą;</w>
    <w>Wnet akt spiszę, niech mi kto latarkę przyniesie,</w>
    <w>A tymczasem ogłaszam: Bracia, uciszcie się!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>I by donośniej mówić, wstąpił na stos wielki</w>
    <w>Belek (pod płotem sadu suszyły się belki),</w>
    <w>Wlazł na nie, i zarazem jakby go wiatr zdmuchnął,</w>
    <w>Zniknął z oczu; słyszano, jak w kapustę buchnął;</w>
    <w>Widziano, po konopiach ciemnych jego biała</w>
    <w>Konfederatka niby gołąb przeleciała.</w>
    <w>Konewka strzelił w czapkę, ale chybił celu;</w>
    <w>Wtem zatrzeszczały tyki, już Protazy w chmielu,</w>
    <w>&lguillemet;Protestuję!&rguillemet; zawołał; pewny był ucieczki,</w>
    <w>Bo za sobą miał łozę i bagniska rzeczki.</w>
  <str/>
  
    <w>Po tej protestacyi, która się ozwała</w>
    <w>Jak na zdobytych wałach ostatni strzał działa,</w>
    <w>Ustał już wszelki opor w Soplicowskim dworze;</w>
    <w>Szlachta głodna plądruje, zabiera co może.</w>
    <w>Kropiciel, stanowisko zająwszy w oborze,</w>
    <w>Jednego wołu i dwa cielce w łby zakropił,</w>
    <w>A Brzytewka im szablę w gardzielach utopił,</w>
    <w>Szydełko równie czynnie używał swej szpadki,</w>
    <w>Kabany i prosięta koląc pod łopatki.</w>
    <w>Już rzeź zagraża ptastwu, &mdash; czujne gęsi stado,</w>
    <w>Co niegdyś ocaliło Rzym przed Galów zdradą,</w>
    <w>Darmo gęga o pomoc; zamiast Manlijusza</w>
    <w>Wpada w kotuch Konewka, jedne ptaki zdusza,</w>
    <w>A drugie żywcem wiąże do pasa kontusza.</w>
    <w>Próżno gęsi szyjami wywijając chrypią,</w>
    <w>Próżno gęsiory sycząc napastnika szczypią.</w>
    <w>On bieży; osypany iskrzącym się puchem,</w>
    <w>Unoszony jak kółmi gęsich skrzydeł ruchem,</w>
    <w>Zdaje się być chochlikiem, skrzydlatym złym duchem.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale rzeź najstraszniejsza, chociaż najmniej krzyku,</w>
    <w>Między kurami. Młody Sak wpadł do kurniku</w>
    <w>I z długiego biczyska porobiwszy petle,</w>
    <w>Drzemiące ptastwo śledzi przy latarki świetle,</w>
    <w>I z drabinek, stryczkami łowiąc, ciągnie z góry</w>
    <w>Kogutki i szurpate, i czubate kury,</w>
    <w>Jedne po drugich dusi i składa do kupy,</w>
    <w>Ptastwo piękne, karmione perłowymi krupy.</w>
    <w>Niebaczny Saku, jakiż zapał cię unosi!</w>
    <w>Nigdy już odtąd gniewnej nie przebłagasz Zosi.</w>
  <str/>
  
    <w>Gerwazy przypomina starodawne czasy:</w>
    <w>Każe sobie podawać od kontuszów pasy</w>
    <w>I nimi z Soplicowskiej piwnicy dobywa</w>
    <w>Beczki starej siwuchy, dębniaku i piwa.</w>
    <w>Jedne wnet odgwożdżono, a drugie ochoczo</w>
    <w>Szlachta, gęsta jak mrowie, porywają, toczą</w>
    <w>Do zamku; tam na nocleg cały tłum się zbiera,</w>
    <w>Tam założona główna Hrabiego kwatera.</w>
  <str/>
  
    <w>Nakładają sto ognisk, warzą, skwarzą, pieką,</w>
    <w>Gną się stoły pod mięsem, trunek płynie rzeką;</w>
    <w>Chce szlachta noc tę przepić, przejeść i prześpiewać. &mdash;</w>
    <w>Lecz powoli zaczęli drzemać i poziewać,</w>
    <w>Oko gaśnie za okiem, i cała gromada</w>
    <w>Kiwa głowami, każdy, gdzie siedział, tam pada:</w>
    <w>Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu ćwierci.</w>
    <w>Tak zwyciężców zwyciężył w końcu sen, brat śmierci.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga dziewiąta</numer>
  <tytul>Bitwa</tytul>
  <spis>
    <rzecz>O niebezpieczeństwach wynikających z nieporządnego obozowania.</rzecz>
    <rzecz>Odsiecz niespodziana.</rzecz>
    <rzecz>Smutne położenie szlachty.</rzecz>
    <rzecz>Odwiedziny kwestarskie są wróżbą ratunku.</rzecz>
    <rzecz>Major Płut zbytnią zalotnością ściąga na siebie burzę.</rzecz>
    <rzecz>Wystrzał z krócicy, hasło boju.</rzecz>
    <rzecz>Czyny Kropiciela, czyny i niebezpieczeństwa Maćka.</rzecz>
    <rzecz>Konewka zasadzką ocala Soplicowo.</rzecz>
    <rzecz>Posiłki jezdne, atak na piechotę.</rzecz>
    <rzecz>Czyny Tadeusza.</rzecz>
    <rzecz>Pojedynek dowódców przerwany zdradą.</rzecz>
    <rzecz>Wojski stanowczym manewrem przechyla szalę boju.</rzecz>
    <rzecz>Czyny krwawe Gerwazego.</rzecz>
    <rzecz>Podkomorzy zwyciężca wspaniałomyślny.</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>A chrapali tak twardym snem, że ich nie budzi</w>
    <w>Blask latarek i wniście kilkudziesiąt ludzi,</w>
    <w>Którzy wpadli na szlachtę, jak pająki ścienne</w>
    <w>Nazwane kosarzami na muchy wpółsenne;</w>
    <w>Zaledwie która bzyknie, już długimi nogi</w>
    <w>Obejmuje ją wkoło i dusi mistrz srogi.</w>
    <w>Sen szlachecki był jeszcze twardszy niż sen muszy:</w>
    <w>Żaden nie bzyka, leżą wszyscy jak bez duszy,</w>
    <w>Chociaż byli chwytani silnymi rękoma</w>
    <w>I przewracani jako na przewiąsłach słoma.</w>
  <str/>
  
    <w>Tylko jeden Konewka, któremu w powiecie</w>
    <w>Nie znajdziesz równie mocnej głowy przy bankiecie,</w>
    <w>Konewka, co mógł wypić lipcu dwa antały,</w>
    <w>Nim mu splątał się język i nogi zachwiały,</w>
    <w>Ten, choć długo ucztował i usnął głęboko,</w>
    <w>Dawał przecie znak życia; przemknął jedno oko</w>
    <w>I widzi! istne zmory! dwie okropne twarze</w>
    <w>Tuż nad sobą, a każda ma wąsów po parze,</w>
    <w>Dyszą nad nim, ust jego tykają wąsami</w>
    <w>I czworgiem rąk wokoło wiją jak skrzydłami;</w>
    <w>Zląkł się, chciał przeżegnać się, darmo rękę chwyta,</w>
    <w>Ręka prawa jak gdyby do boku przybita;</w>
    <w>Ruszył lewą, niestety! czuje, że go duchy</w>
    <w>Spowiły ciasno jako niemowlę w pieluchy;</w>
    <w>Zląkł się jeszcze okropniej, wnet oko zawiera</w>
    <w>Leży nie dysząc, stygnie, ledwie nie umiera.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Kropiciel zerwał się bronić się, po czasie!</w>
    <w>Bo już był skrępowany we swym własnym pasie;</w>
    <w>Przecież zwinął się i tak sprężyście podskoczył,</w>
    <w>Że padł na piersi sennych, po głowach się toczył,</w>
    <w>Miotał się jako szczupak, gdy się w piasku rzuca,</w>
    <w>A ryczał jako niedźwiedź, bo miał silne płuca.</w>
    <w>Ryczał: &lguillemet;Zdrada!&rguillemet; &mdash; Wnet cała zbudzona gromada</w>
    <w>Chorem odpowiedziała: &lguillemet;Zdrada! gwałtu! zdrada!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Krzyk dochodzi echami zwierciadlanej sali,</w>
    <w>Kędy Hrabia, Gerwazy i dżokeje spali;</w>
    <w>Przebudza się Gerwazy, darmo się wydziera,</w>
    <w>Związany w kij do swego własnego rapiera:</w>
    <w>Patrzy, widzi przy oknie ludzi uzbrojonych,</w>
    <w>W czarnych krótkich kaszkietach, w mundurach zielonych,</w>
    <w>Jeden z nich opasany szarfą, trzymał szpadę</w>
    <w>I ostrzem jej kierował swych drabów gromadę</w>
    <w>Szepcąc: &lguillemet;Wiąż! wiąż!&rguillemet; Dokoła leżą jak barany</w>
    <w>Dżokeje w pętach, Hrabia siedzi nie związany,</w>
    <w>Lecz bezbronny; przy nim dwaj z gołymi bagnety</w>
    <w>Stoją drabi &mdash; poznał ich Gerwazy, niestety!</w>
    <w>Moskale!!!<str/>Nieraz Klucznik był w podobnych trwogach,</w>
    <w>Nieraz miewał powrozy na ręku i nogach,</w>
    <w>A przecież się uwalniał; wiedział o sposobie</w>
    <w>Rwania więzów, był silny bardzo, ufał sobie.</w>
    <w>Przemyślał ratować się milczkiem; oczy zmrużył,</w>
    <w>Niby śpi, z wolna ręce i nogi przedłużył,</w>
    <w>Dech wciągnął, brzuch i piersi ścisnął co najwężej;</w>
    <w>Aż jednym razem kurczy, wydyma się, pręży,</w>
    <w>Jak wąż, głowę i ogon gdy chowa w przeguby,</w>
    <w>Tak Gerwazy z długiego stał się krótki, gruby;</w>
    <w>Rozciągnęły się, nawet skrzypnęły powrozy,</w>
    <w>Ale nie pękły! Klucznik ze wstydu i zgrozy</w>
    <w>Przewrócił się i w ziemię schowawszy twarz gniewną,</w>
    <w>Zamknąwszy oczy, leżał nieczuły jak drewno.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem ozwały się bębny, naprzód z rzadka, potem</w>
    <w>Coraz gęstszym i coraz głośniejszym łoskotem;</w>
    <w>Na ten apel rozkazał oficer Moskali</w>
    <w>Dżokejów z Hrabią zamknąć pod strażą na sali,</w>
    <w>Szlachtę wieść na dwór, kędy stała druga rota.</w>
    <w>Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.</w>
  <str/>
  
    <w>Sztab stał we dworze, a z nim zbrojnej szlachty wiele:</w>
    <w>Podhajscy, Birbaszowie, Hreczechy, Biergele,</w>
    <w>Wszyscy Sędziego krewni albo przyjaciele.</w>
    <w>Na odsiecz mu przybiegli słysząc o napadzie,</w>
    <w>Zwłaszcza że z Dobrzyńskimi byli z dawna w zwadzie.</w>
  <str/>
  
    <w>Kto z wiosek batalijon Moskalów sprowadził?</w>
    <w>Kto tak prędko sąsiedztwo z zaścianków zgromadził?</w>
    <w>Asesor-li, czy Jankiel? różnie słychać o tem,</w>
    <w>Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.</w>
    <w>Już też i słońce wschodzi, krwawo się czerwieni,</w>
  <str/>
  
    <w>Brzegiem tępym, jak gdyby odartym z promieni,</w>
    <w>Na wpół widne, na poły w czerni chmur się chowa,</w>
    <w>Jak rozżarzona w węglach kowalskich podkowa.</w>
    <w>Wiatr wzmagał się i pędził obłoki ze wschodu,</w>
    <w>Gęste i poszarpane jako bryły lodu;</w>
    <w>Każdy obłok w przelocie deszczem zimnym prószy,</w>
    <w>Z tyłu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy,</w>
    <w>Za wiatrem znowu obłok nadbiega wilgotny:</w>
    <w>I tak dzień na przemiany był chłodny i słotny.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem Major belki schnące pode dworem</w>
    <w>Każe wlec, w każdej belce wysiekać toporem</w>
    <w>Półokrągłe otwory, w te otwory wtyka</w>
    <w>Nogi więźniów i drugą belką je zamyka.</w>
    <w>Oba drewna goździami przebite po rogach</w>
    <w>Ścisnęły się, jako psie paszczęki, na nogach.</w>
    <w>Zaś powrozami mocniej sznurowano ręce</w>
    <w>Na plecach szlachty; Major, ku większej ich męce,</w>
    <w>Kazał pierwej poździerać z głów konfederatki,</w>
    <w>Z pleców płaszcze, kontusze, nawet taratatki,</w>
    <w>Nawet żupany. I tak szlachta, skuta w kłodzie,</w>
    <w>Siedziała rzędem, dzwoniąc zębami na chłodzie</w>
    <w>I na deszczu, bo coraz wzmagała się słota.</w>
    <w>Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.</w>
  <str/>
  
    <w>Darmo Sędzia za szlachtą instancyję wnosi</w>
    <w>I Telimena łączy prośby do łez Zosi,</w>
    <w>Ażeby miano większy wzgląd na niewolników.</w>
    <w>Wprawdzie oficer rotny, pan Nikita Ryków,</w>
    <w>Moskal, lecz dobry człowiek, dał się udobruchać,</w>
    <w>Cóż, kiedy sam majora Płuta musiał słuchać.</w>
  <str/>
  
    <w>Ten Major, Polak rodem z miasteczka Dzierowicz,</w>
    <w>Nazywał się (jak słychać) po polsku Płutowicz,</w>
    <w>Lecz przechrzcił się; łotr wielki, jak się zwykle dzieje</w>
    <w>Z Polakiem, który w carskiej służbie zmoskwicieje.</w>
    <w>Płut stał z fajką przed frontem, w boki się podpierał</w>
    <w>I gdy mu kłaniano się, nos w górę zadzierał,</w>
    <w>A za odpowiedź, na znak gniewnego humoru,</w>
    <w>Wypuścił z ust kłąb dymu i poszedł do dworu.</w>
  <str/>
  
    <w>A tymczasem Rykowa Sędzia ułagadza</w>
    <w>I Asesora także na bok odprowadza;</w>
    <w>Przemyślają, jak by rzecz zakończyć bez sądu,</w>
    <w>A co jeszcze ważniejsza, bez mieszań się rządu</w>
    <w>Więc do majora Płuta rzekł kapitan Ryków:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Panie Major! co nam z tych wszystkich niewolników?</w>
    <w>Oddamy pod sąd? będzie szlachcie wielka bieda,</w>
    <w>A Panu Majorowi nikt za to nic nie da.</w>
    <w>Wiesz co, Major? ot lepiej tę sprawę zagodzić,</w>
    <w>Pan Sędzia Majorowi musi trud nagrodzić,</w>
    <w>My powiemy, że my tu przyszli dla wizyty,</w>
    <w>A tak i kozy całe, i wilk będzie syty.</w>
    <w>Przysłowie ruskie: wszystko można, lecz ostrożnie;</w>
    <w>I to przysłowie: sobie piecz na carskim rożnie;</w>
    <w>I to przysłowie: lepsza zgoda od niezgody;</w>
    <w>Zaplątaj dobrze węzeł, końce wsadź do wody.</w>
    <w>Raportu nie podamy, tak się nikt nie dowie.</w>
    <w>Bóg dał ręce, żeby brać, to ruskie przysłowie&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Słysząc to Major wstaje i od gniewu parska:</w>
    <w>&lguillemet;Czy ty oszalał, Ryków? to służba cesarska,</w>
    <w>A służba nie jest drużba, stary, głupi Ryków!</w>
    <w>Czy ty oszalał? ja mam puszczać buntowników!</w>
    <w>W takim wojennym czasie! Ha, pany Polaki,</w>
    <w>Ja was nauczę buntu! Ha, szlachta łajdaki,</w>
    <w>Dobrzyńscy, oj, ja znam was, niech łajdaki mokną!</w>
    <w>(I zaśmiał się na całe gardło, patrząc w okno).</w>
    <w>Wszakże ten sam Dobrzyński, co siedzi w surducie &mdash;</w>
    <w>Hej, zdjąć mu surdut! &mdash; w roku przeszłym na reducie</w>
    <w>Zaczął ze mną tę kłótnię, kto zaczął? on, nie ja.</w>
    <w>On, gdy tańczyłem, krzyknął: &lguillemet;Precz, za drzwi złodzieja!&rguillemet;</w>
    <w>Że wtenczas za pułkowej okradzenie kasy</w>
    <w>Byłem pod śledztwem, miałem wielkie ambarasy,</w>
    <w>A jemu co do tego? Ja tańczę mazura,</w>
    <w>On krzyczy z tyłu: &lguillemet;Złodziej!&rguillemet; szlachta za nim: &lguillemet;Ura!&rguillemet;</w>
    <w>Skrzywdzili mnie &mdash; a co? wpadł w me szpony szlachciura</w>
    <w>Mówiłem: &lguillemet;Ej, Dobrzyński! ej, przyjdzie do woza</w>
    <w>Koza&rguillemet; &mdash; a co? Dobrzyński, widzisz! będzie łoza&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Potem Sędziemu szepnął schyliwszy się w ucho</w>
    <w>&lguillemet;Jeśli chcesz, Sędzio, żeby to uszło na sucho,</w>
    <w>Za każdą głowę tysiąc rubelków gotówką.</w>
    <w>Tysiąc rubelków, Sędzio, to ostatnie słówko&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Sędzia chciał targować się; lecz Major nie słuchał,</w>
    <w>Znowu biegał po izbie, dymem gęsto buchał,</w>
    <w>Podobny do szmermelu albo do rakiety.</w>
    <w>Chodziły za nim prosząc i płacząc kobiety.</w>
    <w>&lguillemet;Majorze, mówił Sędzia, choć pozwiesz do prawa,</w>
    <w>Cóż wygrasz? tu nie zaszła żadna bitwa krwawa,</w>
    <w>Nie było ran; że zjedli kury i półgąski,</w>
    <w>Za to wedle statutu zapłacą nawiązki;</w>
    <w>Ja na pana Hrabiego nie zanoszę skargi,</w>
    <w>To tylko były zwykłe sąsiedzkie zatargi&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;A czy Sędzia, rzekł Major, Żółtą Księgę czytał?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Co to za Żółta Księga?&rguillemet; pan Sędzia zapytał.</w>
    <w>&lguillemet;Księga, rzekł Major, lepsza niż wasze statuty,</w>
    <w>A w niej pisze co słowo: stryczek, Sybir, knuty;</w>
    <w>Księga ustaw wojennych, teraz w Litwie cał&eacute;j</w>
    <w>Ogłoszonych; już pod stół wasze trybunały,</w>
    <w>Podług ustaw wojennych za takową psotę</w>
    <w>Pójdziecie już to najmniej w sybirną robotę&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Apeluję, rzekł Sędzia, do gubernatora&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Apeluj, rzekł Płut, choćby do Imperatora.</w>
    <w>Wiesz, że gdy Imperator zatwierdza ukazy,</w>
    <w>Z łaski swej często karę powiększa dwa razy.</w>
    <w>Apelujcie, ja może wynajdę w potrzebie,</w>
    <w>Mospanie Sędzio, dobry kruczek i na ciebie.</w>
    <w>Wszak Jankiel, szpieg, którego już rząd dawno śledzi,</w>
    <w>Jest twoim domownikiem, w karczmie twojej siedzi.</w>
    <w>Mogę teraz was wszystkich wziąć w areszt od razu&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Mnie, rzekł Sędzia, brać w areszt? jak śmiesz bez rozkazu?&rguillemet;</w>
    <w>I przychodziło coraz do żywszego sporu,</w>
    <w>Gdy nowy gość zajechał na dziedziniec dworu.</w>
  <str/>
  
    <w>Wjazd tłumny, dziwny. Przodem, niby laufer, bieży</w>
    <w>Ogromny czarny baran, a łeb mu się jeży</w>
    <w>Czterma rogami, z których dwa jako kabłąki</w>
    <w>Kręcą się koło uszu, ubrane we dzwonki;</w>
    <w>A dwa, od czoła na bok wysuwając końce,</w>
    <w>Wstrząsają kulki krągłe, mosiężne, brzęczące.</w>
    <w>Za baranem szły woły, trzoda owiec, kozy,</w>
    <w>Za bydłem cztery ciężko pakowane wozy.</w>
  <str/>
  
    <w>Wszyscy odgadli, że to wjazd księdza Kwestarza.</w>
    <w>Więc pan Sędzia, powinność znając gospodarza,</w>
    <w>Stał w progu witać gościa. Ksiądz na pierwszej bryce</w>
    <w>Jechał, kapturem na wpół zasłoniwszy lice,</w>
    <w>Ale go wnet poznano, bo gdy więźniów minął,</w>
    <w>Zwrócił się ku nim twarzą, palcem na znak skinął.</w>
    <w>I drugiej bryki furman równie był poznany:</w>
    <w>Stary Maciek-Rózeczka, za chłopa przebrany;</w>
    <w>Szlachta zaczęła krzyczeć, skoro się pokazał,</w>
    <w>On rzekł: &lguillemet;Głupi!&rguillemet; &mdash; i ręką milczenie nakazał.</w>
    <w>Na trzecim wozie Prusak w kubraku wytartym,</w>
    <w>A pan Zan z Mickiewiczem jechali na czwartym.</w>
  <str/>
  
    <w>A tymczasem Podhajscy i Isajewicze,</w>
    <w>Birbasze, Wilbikowie, Biergele, Kotwicze,</w>
    <w>Widząc szlachtę Dobrzyńskich w tak ciężkiej niewoli,</w>
    <w>Zaczęli z dawnych gniewów ostygać powoli.</w>
    <w>Bo szlachta polska, chociaż niezmiernie kłótliwa</w>
    <w>I porywcza do bitew, przecież nie jest mściwa.</w>
    <w>Biegą więc do Macieja starego po radę.</w>
    <w>On koło wozów całą ustawia gromadę,</w>
    <w>Każe czekać.<str/>Bernardyn wstąpił do pokoju,</w>
    <w>Zaledwie go poznano, choć nie zmienił stroju,</w>
    <w>Tak przybrał inną postać; zwyczajnie ponury,</w>
    <w>Zamyślony, a teraz głowę wzniósł do góry</w>
    <w>I z miną rozjaśnioną, jak kwestarz rubacha,</w>
    <w>Nim zaczął gadać, długo śmiał się:<str/>&lguillemet;Cha, cha, cha, cha,</w>
    <w>Kłaniam, kłaniam cha, cha, cha, wyśmienicie, przednie!</w>
    <w>Panowie oficery, kto poluje we dnie,</w>
    <w>Wy w nocy! dobry połów, widziałem źwierzynę;</w>
    <w>Oj, skubać, skubać szlachtę, oj, drzeć z nich łupinę!</w>
    <w>Oj, weźcież ich na munsztuk, bo też szlachta bryka!</w>
    <w>Winszuję ci, Majorze, żeś złowił Hrabika,</w>
    <w>To tłuścioszek, to bogacz, panicz z antenatów,</w>
    <w>Nie wypuszczaj go z klatki bez trzystu dukatów;</w>
    <w>A jak weźmiesz, na klasztor daj jakie trzy grosze,</w>
    <w>I dla mnie, bo ja zawżdy za twą duszę proszę.</w>
    <w>Jakem bernardyn, bardzo myślę o twej duszy!</w>
    <w>Śmierć i sztabs-oficerów porywa za uszy!</w>
    <w>Dobrze napisał Baka, że śmierć dżga za katy</w>
    <w>W szkarłaty, i po suknie nieraz dobrze stuknie,</w>
    <w>I po płótnie tak utnie jak i po kapturze,</w>
    <w>I po fryzurze równie jak i po mundurze.</w>
    <w>Śmierć matula, powiada Baka, jak cebula</w>
    <w>Łzy wyciska, gdy ściska, a równie przytula</w>
    <w>I dziecko, co się lula, i zucha, co hula!</w>
    <w>Ach! ach! Majorze, dzisiaj żyjem, jutro gnijem,</w>
    <w>To tylko nasze, co dziś zjemy i wypijem!</w>
    <w>Panie Sędzio, wszakże to czas podobno śniadać?</w>
    <w>Siadam za stół i proszę wszystkich ze mną siadać;</w>
    <w>Majorze, gdyby zrazów? Panie Poruczniku,</w>
    <w>Co myślisz? gdyby wazę dobrego ponczyku?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;To prawda, Ojcze, rzekli dwaj oficerowie,</w>
    <w>Czas by już zjeść i wypić Pana Sędzi zdrowie!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Zdziwili się domowi patrząc na Robaka,</w>
    <w>Skąd mu się wzięła mina i wesołość taka.</w>
    <w>Sędzia wnet kucharzowi powtórzył rozkazy:</w>
    <w>Wniesiono wazę, cukier, butelki i zrazy.</w>
    <w>Płut i Ryków tak czynnie zaczęli się zwijać,</w>
    <w>Tak łakomie połykać i gęsto zapijać,</w>
    <w>Że w pół godziny zjedli dwadzieście trzy zrazy</w>
    <w>I wychylili ponczu ogromne pół wazy.</w>
  <str/>
  
    <w>Więc Major syt i wesół w krześle się rozwalił,</w>
    <w>Dobył fajkę, biletem bankowym zapalił</w>
    <w>I otarłszy śniadanie z ust końcem serwety,</w>
    <w>Obrócił śmiejące się oczy na kobiety</w>
    <w>I rzekł: &lguillemet;Ja, piękne Panie, lubię was jak wety!</w>
    <w>Na me szlify majorskie, gdy człek zjadł śniadanie,</w>
    <w>Najlepszą jest po zrazach zakąską gadanie</w>
    <w>Z paniami tak pięknymi jak wy, piękne Panie!</w>
    <w>Wiecie co? grajmy w karty? w welba-cwelba? w wista?</w>
    <w>Albo pójdźmy mazurka? he! do diabłów trzysta!</w>
    <w>Wszak ja w jegierskim pułku pierwszy mazurzysta!&rguillemet;</w>
    <w>Za czym ku damom bliżej schylił się wygięty</w>
    <w>I puszczał na przemiany dym i komplementy.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Tańczyć! zawołał Robak; gdy wychylę flaszę,</w>
    <w>To i ja, choć ksiądz, habit czasami podkaszę</w>
    <w>I potańczę mazurka! Ale wiesz, Majorze,</w>
    <w>My tu pijem, a jegry tam marzną na dworze?</w>
    <w>Hulać to hulać! Sędzio, daj beczkę siwuchy,</w>
    <w>Major pozwoli, niechaj piją jegry zuchy!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Prosiłbym, rzecze Major, lecz w tym nie ma musu&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Daj, Sędzio, szepnął Robak, beczkę spirytusu&rguillemet;.</w>
    <w>I tak kiedy we dworze sztab wesoło łyka,</w>
    <w>Za domem zaczęła się w wojsku pijatyka.</w>
  <str/>
  
    <w>Ryków kapitan milczkiem kielichy wychylał,</w>
    <w>Lecz Major pił i razem damom się przymilał,</w>
    <w>A wzmagał się w nim coraz tańcowania zapał,</w>
    <w>Rzucił fajkę i rękę Telimeny złapał,</w>
    <w>Chciał tańczyć, lecz uciekła; więc podszedł do Zosi,</w>
    <w>Kłaniając się, słaniając, do mazurka prosi.</w>
    <w>&lguillemet;Hej! ty Ryków, przestańże tam trąbić na fajce,</w>
    <w>Precz fajka, wszak ty dobrze grasz na bałabajce,</w>
    <w>Widzisz no tam gitarę, pódź no, weź gitarę,</w>
    <w>I mazurka! ja Major idę w pierwszą parę&rguillemet;.</w>
    <w>Kapitan wziął gitarę i struny przykręcał,</w>
    <w>Płut znowu Telimenę do tańca zachęcał.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Słowo majorskie, Panno, nie Rosyjaninem</w>
    <w>Jestem, jeżeli kłamię! chcę być sukinsynem,</w>
    <w>Jeżeli kłamię; spytaj, a oficerowie</w>
    <w>Wszyscy poświadczą, cała armija to powie,</w>
    <w>Że w tej drugiej armiji, w korpusie dziewiątym,</w>
    <w>W drugiej pieszej dywizji, w pułku pięćdziesiątym</w>
    <w>Jegierskim, major Płut jest pierwszy mazurzysta.</w>
    <w>Pódźże, Panienko! nie bądź taka narowista!</w>
    <w>Bo ja po oficersku ukarzę Panienkę&ellipsis;&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>To mówiąc skoczył, chwycił Telimeny rękę</w>
    <w>I szerokim całusem w białe ramię klasnął;</w>
    <w>Gdy Tadeusz, przypadłszy z boku, w twarz mu trzasnął</w>
    <w>I całus, i policzek ozwały się razem,</w>
    <w>Jeden za drugim, jako wyraz za wyrazem.</w>
  <str/>
  
    <w>Major osłupiał, oczy przetarł, z gniewu blady</w>
    <w>Zawołał: &lguillemet;Bunt! buntownik!&rguillemet; i dobywszy szpady</w>
    <w>Biegł przebić; wtem Ksiądz dostał z rękawa krócicę:</w>
    <w>&lguillemet;Pal, Tadeuszku, krzyknął, pal jak w jasną świ&eacute;cę!&rguillemet;</w>
    <w>Tadeusz wnet pochwycił, wymierzył, wypalił,</w>
    <w>Chybił, ale Majora zgłuszył i osmalił.</w>
    <w>Porywa się z gitarą Ryków: &lguillemet;Bunt! bunt!&rguillemet; woła,</w>
    <w>Wpada na Tadeusza; lecz Wojski zza stoła</w>
    <w>Machnął ręką na odlew; nóż w powietrzu świsnął</w>
    <w>Między głowy i pierwej uderzył, niż błysnął.</w>
    <w>Uderza w dno gitary, na wylot ją wierci,</w>
    <w>Schylił się na bok Ryków i tak uszedł śmierci,</w>
    <w>Lecz strwożył się; krzyknąwszy: &lguillemet;Jegry! bunt! Jej Bogu!&rguillemet;</w>
    <w>Dobył szpady, broniąc się zbliżał się do progu.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem z drugiej strony izby wpada szlachty wiele</w>
    <w>Przez okna, z rapierami, Rózeczka na czele.</w>
    <w>Płut w sieni, Ryków za nim, wołają żołnierzy,</w>
    <w>Już trzech najbliższych domu na pomoc im bieży;</w>
    <w>Już przeze drzwi włażą trzy błyszczące bagnety,</w>
    <w>A za nimi trzy czarne schylone kaszkiety.</w>
    <w>Maciek stał u drzwi z Rózgą wzniesioną do góry,</w>
    <w>Lgnąc do ściany, czatował jako kot na szczury,</w>
    <w>Aż ciął okropnie; może głowy by trzy zwalił,</w>
    <w>Lecz stary, czy nie dojrzał, czy zbyt się zapalił,</w>
    <w>Bo nim szyje wytknęli, rąbnął po kaszkietach,</w>
    <w>Zdarł je; Rózga spadając brząkła po bagnetach &mdash;</w>
    <w>Moskale cofają się, Maciek ich wygania</w>
    <w>Na dziedziniec. &mdash;<str/>Tam jeszcze więcej zamieszania.</w>
    <w>Tam stronnicy Sopliców pracują w zawody</w>
    <w>Nad rozkuciem Dobrzyńskich, rozrywają kłody;</w>
    <w>Widząc to jegry za broń porywają, biegą;</w>
    <w>Sierżant wpadłszy bagnetem przebił Podhajskiego,</w>
    <w>Dwóch drugich szlachty zranił, do trzeciego strzela,</w>
    <w>Uciekają; było to przy kłodzie Chrzciciela.</w>
    <w>Ten już miał ręce wolne, gotowe ku walce;</w>
    <w>Wstał, podniósł dłoń i zwinął w kłębek długie palce,</w>
    <w>I z góry tak uderzył w grzbiet Rosyjanina,</w>
    <w>Że twarz jego i skroń wbił w zamek karabina.</w>
    <w>Trzasł zamek, lecz zalany krwią proch już nie spalił;</w>
    <w>Sierżant u nóg Chrzciciela na swą broń się zwalił.</w>
    <w>Chrzciciel schyla się, chwyta karabin za rurę</w>
    <w>I wijąc jak kropidłem podnosi go w górę,</w>
    <w>Robi młynka, dwóch zaraz szeregowych zwala</w>
    <w>Po ramionach i w głowę ugadza kaprala,</w>
    <w>Reszta zlękła od kłody cofa się z przestrachem:</w>
    <w>Tak Kropiciel ruchomym nakrył szlachtę dachem.</w>
  <str/>
  
    <w>Za czym rozbito kłodę, rozcięto powrozy,</w>
    <w>Szlachta już wolna wpada na kwestarskie wozy,</w>
    <w>Z nich dobywa rapiery, pałasze, tasaki,</w>
    <w>Kosy, strzelby; Konewka znalazł dwa szturmaki</w>
    <w>I worek kul; wsypał je do swego szturmaka,</w>
    <w>Drugi równie nabiwszy ustąpił dla Saka.</w>
  <str/>
  
    <w>Jegrów więcej przybywa, mieszają się, tłuką;</w>
    <w>Szlachta w zgiełku nie może ciąć krzyżową sztuką,</w>
    <w>Jegry nie mogą strzelać, już walczą wręcz, z bliska &mdash;</w>
    <w>Już stal, ząb za ząb o stal porwawszy się, pryska,</w>
    <w>Bagnet o szablę, kosa o gifes się łamie,</w>
    <w>Pięść spotyka się z pięścią i z ramieniem ramię.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Ryków z częścią jegrów pobiegł, gdzie stodoła</w>
    <w>Tyka płotów; tam staje, na żołnierzy woła,</w>
    <w>Ażeby zaprzestali bitwę tak bezładną,</w>
    <w>Gdzie nie używszy broni pod pięściami padną.</w>
    <w>Gniewny, że sam nie może dać ognia, bo w tłumie</w>
    <w>Moskalów od Polaków rozróżnić nie umie,</w>
    <w>Woła: &lguillemet;Stroj się!&rguillemet; (co znaczy: formuj się do szyku),</w>
    <w>Ale komendy jego nie słychać śród krzyku.</w>
  <str/>
  
    <w>Stary Maciek, do ręcznych zapasów niezdolny,</w>
    <w>Rejterował się czyniąc przed sobą plac wolny</w>
    <w>Na prawo i na lewo; tu końcem szablicy</w>
    <w>Uciera bagnet z rury jako knot ze świecy;</w>
    <w>Tam machnąwszy na odlew ścina albo kole.</w>
    <w>I tak ostrożny Maciek ustępuje w pole.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz z największym na niego naciera uporem</w>
    <w>Stary Gifrejter, co był pułku instruktorem,</w>
    <w>Wielki mistrz na bagnety; zebrał się sam w sobie,</w>
    <w>Skurczył się, a karabin porwał w ręce obie,</w>
    <w>Prawą u zamka, lewą, w pół rury porywa,</w>
    <w>Kręci się, podskakuje, czasem przysiadywa,</w>
    <w>Lewą rękę opuszcza, a broń z prawej ręki</w>
    <w>Suwa naprzód, jak żądło z wężowej paszczęki,</w>
    <w>I znowu ją w tył cofa, na kolanie wspiera,</w>
    <w>I tak kręcąc się, skacząc, na Maćka naciera.</w>
  <str/>
  
    <w>Ocenił przeciwnika zręczność Maciek stary</w>
    <w>I lewą ręką włożył na nos okulary,</w>
    <w>Prawą rękojeść Rózgi tuż przy piersiach trzyma,</w>
    <w>Cofa się; Gifrejtera ruch śledząc oczyma,</w>
    <w>Sam słania się na nogach, jakby był pijany;</w>
    <w>Gifrejter bieży prędzej i, pewny wygranej,</w>
    <w>Żeby uchodzącego tym łacniej dosięgnął,</w>
    <w>Powstał i całą prawą rękę wzdłuż wyciągnął</w>
    <w>Popychając karabin, a tak się wysilił</w>
    <w>Pchnięciem i wagą broni, że się aż pochylił;</w>
    <w>Maciek tam, kędy bagnet wkłada się na rurę,</w>
    <w>Podstawia swą rękojeść, podbija broń w górę</w>
    <w>I wnet spuszczając Rózgę, tnie Moskala w rękę</w>
    <w>Raz, i znowu na odlew przecina mu szczękę. &mdash;</w>
    <w>Tak padł Gifrejter, fechmistrz najpierwszy z Moskalów,</w>
    <w>Kawaler trzech krzyżyków i czterech medalów.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem koło kłodek lewe szlachty skrzydło</w>
    <w>Już jest bliskie zwycięstwa; tam walczył Kropidło</w>
    <w>Widny z dala, tam Brzytwa wił się śród Moskali,</w>
    <w>Ten ich w pół ciała rzeza, tamten w głowy wali;</w>
    <w>Jako machina, którą niemieccy majstrowie</w>
    <w>Wymyślili i która młockarnią się zowie,</w>
    <w>A jest razem sieczkarnią, ma cepy i noże,</w>
    <w>Razem i słomę kraje, i wybija zboże:</w>
    <w>Tak pracują Kropiciel i Brzytwa pospołu,</w>
    <w>Mordując nieprzyjaciół, ten z góry, ten z dołu.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Kropiciel już pewne porzuca zwycięstwo,</w>
    <w>Bieży na prawe skrzydło, gdzie niebezpieczeństwo</w>
    <w>Nowe grozi Maćkowi; śmierci Gifrejtera</w>
    <w>Mszcząc się, Proporszczyk z długim szpontonem naciera</w>
    <w>(Szponton jest to zarazem dzida i siekiera,</w>
    <w>Teraz już zaniedbany i tylko na flocie</w>
    <w>Używają go &mdash; wówczas służył i piechocie).</w>
    <w>Proporszczyk, człowiek młody, zręcznie się uwijał,</w>
    <w>Ilekroć mu przeciwnik broń na bok odbijał,</w>
    <w>On cofał się; młodego nie mógł Maciek zgonić</w>
    <w>I tak nie raniąc musiał tylko siebie bronić.</w>
    <w>Już mu Proporszczyk dzidą lekką ranę zadał,</w>
    <w>Już wznosząc w górę berdysz do cięcia się składał,</w>
    <w>Chrzciciel nie zdoła dobiec, lecz staje w pół drogi,</w>
    <w>Okręca broń i ciska wrogowi pod nogi,</w>
    <w>Skruszył kość; już Proporszczyk szponton z rąk upuszcza,</w>
    <w>Słania się, wpada Chrzciciel, za nim szlachty tłuszcza,</w>
    <w>A za szlachtą Moskale od lewego skrzydła</w>
    <w>Biegą zmieszani, wszczął się bój koło Kropidła.</w>
  <str/>
  
    <w>Chrzciciel, który w obronie Maćka oręż stracił,</w>
    <w>Ledwie że tej przysługi życiem nie przypłacił,</w>
    <w>Bo przypadło nań z tyłu dwóch silnych Moskali</w>
    <w>I czworo rąk zarazem we włos mu wplątali;</w>
    <w>Upiąwszy się nogami, ciągną jako liny</w>
    <w>Sprężyste, uwiązane do masztu wiciny;</w>
    <w>Daremnie w tył Kropiciel ciska ślepe razy,</w>
    <w>Chwieje się &mdash; a wtem postrzegł, że blisko Gerwazy</w>
    <w>Walczy; zawołał: &lguillemet;Jezus Maria! Scyzoryku!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Klucznik trwogę Chrzciciela poznawszy po krzyku,</w>
    <w>Odwrócił się, i spuścił ostrze płytkiej stali</w>
    <w>Między głowę Chrzciciela i ręce Moskali;</w>
    <w>Cofnęli się wydawszy przeraźliwe głosy,</w>
    <w>Lecz jedna ręka mocniej wplątana we włosy</w>
    <w>Została się, wisząca i krwią buchająca.</w>
    <w>Tak orlik, jedną szponę gdy wbije w zająca,</w>
    <w>Drugą, by wstrzymać zwierza, o drzewo uczepi,</w>
    <w>A zając targnąwszy się orła wpół rozszczepi,</w>
    <w>Prawa szpona u drzewa zostaje się w lesie,</w>
    <w>A lewą, zakrwawioną, źwierz na pola niesie.</w>
  <str/>
  
    <w>Kropiciel wolny, oczy obraca dokoła,</w>
    <w>Ręce wyciąga, broni szuka, broni woła,</w>
    <w>Tymczasem grzmi pięściami, stojąc mocno w kroku</w>
    <w>I pilnując się z bliska Gerwazego boku,</w>
    <w>Aż Saka, syna swego, postrzega w natłoku.</w>
    <w>Sak prawą ręką szturmak wymierza, a lewą</w>
    <w>Ciągnie za sobą długie, sążniowate drzewo,</w>
    <w>Uzbrojone w krzemienie i w guzy, i sęki</w>
    <w>(Nikt by go nie podźwignął prócz Chrzciciela ręki).</w>
    <w>Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył,</w>
    <w>Chwycił je, ucałował, z radości podskoczył,</w>
    <w>Zakręcił je nad głową i zaraz ubroczył.</w>
  <str/>
  
    <w>Co potem dokazywał, jakie klęski szerzył,</w>
    <w>Daremnie śpiewać, nikt by muzie nie uwierzył,</w>
    <w>Jak nie wierzono w Wilnie ubogiej kobiecie,</w>
    <w>Która stojąc na świętej Ostrej Bramy szczycie</w>
    <w>Widziała, jako Dejów, moskiewski jenerał,</w>
    <w>Wchodząc z pułkiem kozaków, już bramę otwierał</w>
    <w>I jak jeden mieszczanin, zwany Czarnobacki,</w>
    <w>Zabił Dejowa i zniósł cały pułk kozacki.</w>
    <w>Dosyć, że się tak stało, jak przewidział Ryków:</w>
    <w>Jegry w tłumie ulegli mocy przeciwników.</w>
    <w>Dwudziestu trzech na ziemi wala się zabitych,</w>
    <w>Trzydziestu kilku jęczy ranami okrytych,</w>
    <w>Wielu pierzchło, skryło się w sad, w chmiele, nad rzekę,</w>
    <w>Kilku wpadło do domu pod kobiet opiekę.</w>
  <str/>
  
    <w>Zwycięska szlachta biega z okrzykiem wesela,</w>
    <w>Ci do beczek, ci łupy rwą z nieprzyjaciela;</w>
    <w>Jeden Robak tryumfów szlachty nie podziela.</w>
    <w>On dotąd sam nie walczył (bo bronią kanony</w>
    <w>Księdzu bić się), lecz jako człowiek doświadczony</w>
    <w>Dawał rady, plac boju z różnych stron obchodził,</w>
    <w>Wzrokiem, ręką walczących zachęcał, przywodził.</w>
    <w>I teraz woła, aby do niego się łączyć,</w>
    <w>Uderzyć na Rykowa, zwycięstwo dokończyć.</w>
    <w>Tymczasem przez posłańca wskazał do Rykowa,</w>
    <w>Że jeżeli broń złoży, życie swe zachowa;</w>
    <w>Jeżeli zaś oddanie broni będzie zwlekać,</w>
    <w>Robak każe otoczyć resztę i wysiekać.</w>
  <str/>
  
    <w>Kapitan Ryków wcale nie prosił pardonu;</w>
    <w>Zebrawszy koło siebie z pół batalijonu</w>
    <w>Krzyknął: &lguillemet;Za broń!&rguillemet; &mdash; wnet szereg karabiny chwyta,</w>
    <w>Chrząsnęła broń, a była już dawno nabita;</w>
    <w>Krzyknął: &lguillemet;Cel!&rguillemet; &mdash; rury rzędem zabłysnęły długim,</w>
    <w>Krzyknął: &lguillemet;Ognia koleją!&rguillemet; &mdash; grzmią jeden po drugim</w>
    <w>Ten strzela, ten nabija, ten chwyta do ręki,</w>
    <w>Słychać świsty kul, zamków chrzęsty, sztenflów dźwięki.</w>
    <w>Cały szereg zdaje się być ruchawym płazem,</w>
    <w>Który tysiąc błyszczących nóg wywija razem.</w>
  <str/>
  
    <w>Prawda, że jegry byli mocnym trunkiem pijani,</w>
    <w>Źle mierzą i chybiają, rzadko który rani,</w>
    <w>Ledwie który zabije; przecież dwóch Maciejów</w>
    <w>Już zraniono i poległ jeden z Bartłomiejów.</w>
    <w>Szlachta z niewiela rusznic z rzadka się odstrzela,</w>
    <w>Chce szablami uderzyć na nieprzyjaciela,</w>
    <w>Ale starsi wstrzymują; kule gęsto świszczą,</w>
    <w>Rażą, spędzają, wkrótce dziedziniec oczyszczą,</w>
    <w>Już aż po szybach dworu zaczynają dzwonić.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz, który został w domu kobiet bronić</w>
    <w>Z rozkazu stryja, słysząc, że coraz to gorzej</w>
    <w>Wre bitwa, wybiegł; za nim wybiegł Podkomorzy,</w>
    <w>Któremu Tomasz wreszcie przyniósł karabelę;</w>
    <w>Śpieszy, łączy się z szlachtą i staje na czele.</w>
    <w>Bieży broń wzniosłszy, szlachta rusza jego śladem,</w>
    <w>Jegry, przypuściwszy ich, sypnęli kul gradem.</w>
    <w>Legł Isajewicz, Wilbik, Brzytewka raniony;</w>
    <w>Za czym wstrzymują szlachtę, Robak z jednej strony,</w>
    <w>A z drugiej Maciej; szlachta ostyga w zapale,</w>
    <w>Ogląda się, cofa się; widzą to Moskale;</w>
    <w>Kapitan Ryków myśli ostatni cios zadać,</w>
    <w>Spędzić szlachtę z dziedzińca i dworem owładać.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Formuj się do ataku! zawołał, na sztyki!</w>
    <w>Naprzód!&rguillemet; Wnet szereg, rury wytknąwszy jak tyki</w>
    <w>Schyla głowy, zrusza się i przyśpiesza kroku;</w>
    <w>Darmo szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku,</w>
    <w>Szereg już pół dziedzińca przeszedł bez oporu;</w>
    <w>Kapitan, pokazując szpadą na drzwi dworu,</w>
    <w>Krzyczy: &lguillemet;Sędzio! poddaj się, bo dwór spalić każę!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Pal, woła Sędzia, ja cię w tym ogniu usmażę&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>O dworze Soplicowski! jeśli dotąd całe</w>
    <w>Świecą się pod lipami twoje ściany białe</w>
    <w>Jeśli tam dotąd szlachty sąsiedzkiej gromada</w>
    <w>Za gościnnymi stoły Sędziego zasiada</w>
    <w>Pewnie tam piją często za Konewki zdrowie</w>
    <w>Bez niego już by było dziś po Soplicowie!</w>
  <str/>
  
    <w>Konewka dotąd małe dał męstwa dowody;</w>
    <w>Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,</w>
    <w>Choć zaraz znalazł w wozie swą miłą Konewkę,</w>
    <w>Swój szturmak faworytny, i z nim kul sakiewkę,</w>
    <w>Nie chciał bić się; powiadał, że sobie nie ufa</w>
    <w>Na czczo; szedł więc, gdzie stała spirytusu kufa,</w>
    <w>Ręką jak łyżką strumień do ust sobie chylił;</w>
    <w>Dopiero gdy się dobrze rozgrzał i posilił,</w>
    <w>Poprawił czapkę, z kolan wziął do rąk Konewkę,</w>
    <w>Zmacał sztenflem naboju, podsypał panewkę</w>
    <w>I spojrzał na plac boju; widzi, że błyszcząca</w>
    <w>Fala bagnetów szlachtę bije i roztrąca;</w>
    <w>Przeciw tej fali płynie; schyla się do ziemi</w>
    <w>I nurkuje pomiędzy trawami gęstemi</w>
    <w>Środkiem dziedzińca, aż tam, gdzie rosła pokrzywa,</w>
    <w>Zasadza się, a Saka gestami przyzywa.</w>
  <str/>
  
    <w>Sak broniąc dworu stanął z szturmakiem u proga,</w>
    <w>Bo w tym dworze mieszkała jego Zosia droga,</w>
    <w>Od której choć w zalotach został pogardzony,</w>
    <w>Kochał ją zawsze, zginąć rad dla jej obrony.</w>
  <str/>
  
    <w>Już szereg jegrów w marszu na pokrzywę wkracza,</w>
    <w>Gdy Konew ruszył cyngla i z paszczy garłacza</w>
    <w>Tuzin kul rozsiekanych puszcza śród Moskali,</w>
    <w>Sak puszcza drugi tuzin, jegry się zmięszali.</w>
    <w>Przerażony zasadzką szereg w kłąb się zwija,</w>
    <w>Cofa się, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.</w>
  <str/>
  
    <w>Stodoła już daleko; bojąc się odwodu</w>
    <w>Długiego, Ryków skoczył pod parkan ogrodu,</w>
    <w>Tam pierzchającą rotę zatrzymuje w biegu,</w>
    <w>Szykuje, lecz szyk zmienia: z jednego szeregu</w>
    <w>Robi trójkąt, klin ostry wystawując z przodu,</w>
    <w>A dwa boki opiera o parkan ogrodu.</w>
    <w>Dobrze zrobił, bo jazda nań od zamku wali.</w>
  <str/>
  
    <w>Hrabia, który był w zamku pod strażą Moskali,</w>
    <w>Gdy pierzchła straż zlękniona, dworzan na koń wsadził</w>
    <w>I słysząc strzały, w ogień jazdę swą prowadził,</w>
    <w>Sam na czele z żelazem nad głowę wzniesionem.</w>
    <w>Wtem Ryków krzyknął: &lguillemet;Ognia pół-batalijonem!&rguillemet;</w>
    <w>Przeleciała po zamkach wzdłuż nitka ognista</w>
    <w>I z czarnych rur wytkniętych świsnęło kul trzysta.</w>
    <w>Trzech jezdnych padło rannych, jeden trupem leży.</w>
    <w>Padł koń Hrabi, spadł Hrabia; Klucznik krzycząc bieży</w>
    <w>Na ratunek, bo widzi, jegry na cel wzięli</w>
    <w>Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli.</w>
    <w>Robak był bliższy, Hrabię ciałem swym zakrywa,</w>
    <w>Dostał za niego postrzał, spod konia dobywa,</w>
    <w>Uprowadza; a szlachcie każe się rozstąpić,</w>
    <w>Lepiej mierzyć, postrzałów nadaremnych skąpić,</w>
    <w>Kryć się za płoty, studnię, za ściany obory;</w>
    <w>Hrabia z jazdą ma czekać sposobniejszej pory.</w>
  <str/>
  
    <w>Plany Robaka pojął i wykonał cudnie</w>
    <w>Tadeusz; stał ukryty za drewnianą studnię,</w>
    <w>A że trzeźwy i dobrze strzelał z dubeltówki</w>
    <w>(Mógł trafić do rzuconej w powietrze złotówki),</w>
    <w>Okropnie razi Moskwę, starszyznę wybiera,</w>
    <w>Za pierwszym zaraz strzałem ubił feldfebera.</w>
    <w>Potem z dwóch rur raz po raz dwóch sierżantów sprząta,</w>
    <w>Mierzy to po galonach, to w środek trójkąta,</w>
    <w>Gdzie stał sztab; za czym Ryków gniewa się i dąsa.</w>
    <w>Tupa nogami, szpady swej rękojeść kąsa.</w>
    <w>&lguillemet;Majorze Płucie, woła, co to z tego będzie?</w>
    <w>Wkrótce tu nie zostanie nikt z nas przy komendzie!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Więc Płut na Tadeusza krzyknął z wielkim gniewem:</w>
    <w>&lguillemet;Panie Polak, wstydź się Pan chować się za drzewem,</w>
    <w>Nie bądź tchórz, wyjdź na środek, bij się honorowie,</w>
    <w>Po żołniersku&rguillemet;. &mdash; A na to Tadeusz odpowie:</w>
    <w>&lguillemet;Majorze! jeśli jesteś tak śmiałym rycerzem,</w>
    <w>A czegoż ty się chowasz za jegrów kołnierzem?</w>
    <w>Nie tchórzę ja przed tobą, wynidź no zza płotów,</w>
    <w>Dostałeś w twarz, jam przecie bić się z tobą gotów!</w>
    <w>Po co krwi rozlew! między nami była zwada,</w>
    <w>Niechajże ją rozstrzygnie pistolet lub szpada.</w>
    <w>Daję ci broń na wybór, od działa do szpilki;</w>
    <w>A nie, to was wystrzelam jako w jamie wilki&rguillemet;.</w>
    <w>I to mówiąc wystrzelił, a tak dobrze mierzył,</w>
    <w>Że porucznika obok Rykowa uderzył.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Majorze, szepnął Ryków, wyjdź na pojedynek</w>
    <w>I pomścij się za jego raniejszy uczynek.</w>
    <w>Jeśli tego szlachcica kto inny zabije,</w>
    <w>To Major widzi, Major hańby swej nie zmyje.</w>
    <w>Trzeba tego szlachcica na pole wywabić,</w>
    <w>Nie można z karabina, to choć szpadą zabić.</w>
    <w>&lguillemet;Co puka, to nie sztuka, to wolę, co kole&rguillemet;,</w>
    <w>Mówił stary Suworów; wyjdź, Majorze, w pole,</w>
    <w>Bo on nas powystrzela; patrz, bierze do celu&rguillemet;.</w>
    <w>Na to rzekł Major: &lguillemet;Ryków! miły przyjacielu,</w>
    <w>Ty jesteś zuch na szpady, wyjdź ty, bracie Ryków,</w>
    <w>Lub wiesz co? wyszlem kogo z naszych poruczników</w>
    <w>Ja major, ja nie mogę odstąpić żołnierzy,</w>
    <w>Do mnie batalijonu komenda należy&rguillemet;.</w>
    <w>Słysząc to Ryków szpadę podniósł, wyszedł śmiało,</w>
    <w>Kazał ognia zaprzestać, machnął chustką białą.</w>
    <w>Pyta się Tadeusza, jaką broń podoba;</w>
    <w>Po układach, na szpady zgodzili się oba.</w>
    <w>Tadeusz broni nie miał; gdy szukano szpady,</w>
    <w>Wyskoczył Hrabia zbrojny i zerwał układy.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Panie Soplico! wołał, z przeproszeniem Pana,</w>
    <w>Pan wyzwałeś Majora! ja do Kapitana</w>
    <w>Mam dawniejszą urazę, on do zamku mego</w>
    <w>(&lguillemet;Mów Pan, przerwał Protazy, do zamku naszego&rguillemet;),</w>
    <w>On wpadł, rzekł kończąc Hrabia, na czele złodziejów,</w>
    <w>On, poznałem Rykowa, wiązal mych dżokejów.</w>
    <w>Skarzę go, jakom zbójców skarał pod opoką,</w>
    <w>Którą Sycylijanie zwą Birbante-rokko&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Uciszyli się wszyscy, ustało strzelanie,</w>
    <w>Wojska ciekawe patrzą na wodzów spotkanie:</w>
    <w>Hrabia i Ryków idą, obróceni bokiem,</w>
    <w>Prawą ręką i prawym grożąc sobie okiem;</w>
    <w>Wtem lewymi rękami odkrywają głowy</w>
    <w>I kłaniają się grzecznie (zwyczaj honorowy:</w>
    <w>Nim przyjdzie do zabójstwa, naprzód się przywitać).</w>
    <w>Już spotkały się szpady i zaczęły zgrzytać;</w>
    <w>Rycerze, wznosząc nogi, prawymi kolany</w>
    <w>Przyklękają, w przód i w tył skacząc na przemiany.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale Płut, Tadeusza widząc przed swym frontem,</w>
    <w>Naradzał się po cichu z gifrejterem Gontem,</w>
    <w>Który w rocie uchodził za pierwszego strzelca.</w>
    <w>&lguillemet;Gonto, rzekł Major, widzisz ty tego wisielca?</w>
    <w>Jeśli mu wsadzisz kulę, tam pod piątym żebrem,</w>
    <w>To dostaniesz ode mnie cztery ruble srebrem&rguillemet;.</w>
    <w>Gont odwodzi karabin, do zamka się chyli,</w>
    <w>Wierni go towarzysze płaszczami okryli;</w>
    <w>Mierzy, nie w żebro, ale w głowę Tadeusza,</w>
    <w>Strzelił i trafił, blisko, w środek kapelusza.</w>
    <w>Okręcił się Tadeusz, aż Kropiciel wpada</w>
    <w>Na Rykowa, a za nim szlachta krzycząc: &lguillemet;Zdrada!&rguillemet;</w>
    <w>Tadeusz go zasłania, ledwie zdołał Ryków</w>
    <w>Zrejterować się i wpaść we środek swych szyków.</w>
  <str/>
  
    <w>Znowu Dobrzyńscy z Litwą natarli w zawody</w>
    <w>I pomimo dawniejsze dwóch stronnictw niezgody</w>
    <w>Walczą jak bracia, jeden drugiego zachęca.</w>
    <w>Dobrzyńscy widząc, jak się Podhajski wykręca</w>
    <w>Tuż przed szeregiem jegrów i kosą ich kraje,</w>
    <w>Zawołali z radością: &lguillemet;Niech żyją Podhaje!</w>
    <w>Naprzód, bracia Litwini! górą, górą Litwa!&rguillemet;</w>
    <w>Skołubowie zaś widząc, jak waleczny Brzytwa,</w>
    <w>Choć ranny, leci z szablą wzniesioną do góry,</w>
    <w>Krzyknęli: &lguillemet;Górą Maćki, niech żyją Mazury!&rguillemet;</w>
    <w>Dodawszy wzajem serca, biegą na Moskali,</w>
    <w>Nadaremnie ich Robak z Maćkiem wstrzymywali.</w>
  <str/>
  
    <w>Gdy tak na rotę jegrów uderzano z przodu,</w>
    <w>Wojski rzuca plac boju, idzie do ogrodu;</w>
    <w>Przy boku jego stąpał ostrożny Protazy,</w>
    <w>A Wojski mu po cichu wydawał rozkazy.</w>
  <str/>
  
    <w>Stała w ogrodzie, prawie pod samym parkanem,</w>
    <w>O który się opierał Ryków swym trójgranem,</w>
    <w>Wielka, stara sernica, budowana w kratki</w>
    <w>Z belek na krzyż wiązanych, podobna do klatki.</w>
    <w>W niej świeciły się białych serów mnogie kopy;</w>
    <w>Wkoło zaś wahały się suszące się snopy</w>
    <w>Szałwiji, benedykty kardy, macierzanki,</w>
    <w>Cała zielna domowa apteka Wojszczanki.</w>
    <w>Sernica w górze miała wszerz sążni półczwarta,</w>
    <w>A u dołu na jednym wielkim słupie wsparta</w>
    <w>Niby gniazdo bocianie. Stary słup dębowy</w>
    <w>Pochylił się, bo już był wygnił do połowy,</w>
    <w>Groził upadkiem. Nieraz Sędziemu radzono,</w>
    <w>Aby zrucił budowę wiekiem nadwątloną;</w>
    <w>Ale Sędzia powiadał, że woli poprawiać,</w>
    <w>Aniżeli rozrucać albo też przestawiać.</w>
    <w>Odkładał budowanie do sposobnej pory,</w>
    <w>Tymczasem pod słup kazał wetknąć dwie podpory</w>
    <w>Tak pokrzepiona, ale nietrwała budowa</w>
    <w>Wyglądała za parkan nad trójkąt Rykowa.</w>
  <str/>
  
    <w>Ku tej srnicy Wojski z Woźnym milczkiem idą,</w>
    <w>Każdy zbrojny ogromnym drągiem jakby dzidą;</w>
    <w>Za nimi ochmistrzyni dąży przez konopie</w>
    <w>I kuchcik, małe, ale bardzo silne chłopię.</w>
    <w>Przyszedłszy drągi wparli w wierzch słupa nadgniły,</w>
    <w>Sami u końców wisząc pchają z całej siły,</w>
    <w>Jako flisy uwięzłą na rapach wicinę</w>
    <w>Długimi drągi z brzegu pędzą na głębinę.</w>
  <str/>
  
    <w>Trzasnął słup: już sernica chwieje się i wali</w>
    <w>Z brzemieniem drzew i serów na trójkąt Moskali,</w>
    <w>Gniecie, rani, zabija; gdzie stały szeregi,</w>
    <w>Leżą drwa, trupy, sery białe jako śniegi,</w>
    <w>Krwią i mózgiem splamione. Trójkąt w sztuki pryska,</w>
    <w>A już w środku Kropidło grzmi, już Brzytwa błyska,</w>
    <w>Siecze Rózga, od dworu wpada szlachty tłuszcza,</w>
    <w>A Hrabia od bram jazdę na rozpierzchłych puszcza.</w>
  <str/>
  
    <w>Już tylko ośmiu jegrów z sierżantem na czele</w>
    <w>Bronią się; bieży Klucznik, oni stoją śmiele,</w>
    <w>Dziewięć rur wymierzyli prosto w łeb Klucznika;</w>
    <w>On leci na strzał, kręcąc ostrze Scyzoryka.</w>
    <w>Widzi to Ksiądz, zabiega Klucznikowi drogę,</w>
    <w>Sam pada i podbija Gerwazemu nogę.</w>
    <w>Upadli, właśnie kiedy pluton ognia dawał;</w>
    <w>Ledwie ołów prześwisnął, już Gerwazy wstawał,</w>
    <w>Już wskoczył w dym; dwom jegrom zaraz głowy zmiata</w>
    <w>Uciekają strwożeni, Klucznik goni, płata;</w>
    <w>Oni biegą dziedzińcem, Gerwazy ich torem;</w>
    <w>Wpadają we drzwi gumna stojące otworem,</w>
    <w>I Gerwazy do gumna na ich karkach wjechał,</w>
    <w>Zniknął w ciemności, ale bitwy nie zaniechał,</w>
    <w>Bo przeze drzwi jęk słychać, wrzask i gęste razy.</w>
    <w>Wkrótce ucichło wszystko; wyszedł sam Gerwazy</w>
    <w>Z mieczem krwawym.<str/>Już szlachta odzierżyła pole,</w>
    <w>Porozpędzanych jegrów ściga, rąbie, kole;</w>
    <w>Ryków sam został, krzyczy, że broni nie złoży,</w>
    <w>Bije się, gdy ku niemu podszedł Podkomorzy</w>
    <w>I wznosząc karabelę rzekł poważnym tonem:</w>
    <w>&lguillemet;Kapitanie! nie splamisz czci twojej pardonem,</w>
    <w>Dałeś proby, rycerzu nieszczęsny, lecz mężny,</w>
    <w>Twojej odwagi, porzuć odpór niedołężny,</w>
    <w>Złóż broń, nim cię naszymi szablami rozbroim,</w>
    <w>Zachowasz życie i cześć, jesteś więźniem moim!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Ryków, Podkomorzego zwalczony powagą,</w>
    <w>Skłonił się i oddał mu swoję szpadę nagą,</w>
    <w>Skrwawioną po rękojeść, i rzekł: &lguillemet;Lachy braty!</w>
    <w>Oj, biada mnie, żem nie miał choć jednej armaty!</w>
    <w>Dobrze mówił Suworów: Pomnij, Ryków kamrat,</w>
    <w>&lguillemet;Żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat!&rguillemet;</w>
    <w>Cóż! jegry byli pjani, Major pić pozwolił!</w>
    <w>Och major Płut, on dzisiaj bardzo poswawolił!</w>
    <w>On odpowie przed carem, bo on miał komendę.</w>
    <w>Ja, Panie Podkomorzy, wasz przyjaciel będę.</w>
    <w>Ruskie przysłowie mówi: Kto się mocno lubi,</w>
    <w>Ten, Panie Podkomorzy, i mocno się czubi.</w>
    <w>Wy dobrzy do wypitki, dobrzy do wybitki,</w>
    <w>Ale przestańcie robić nad jegrami zbytki&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Podkomorzy słysząc to karabelę wznasza</w>
    <w>I przez Woźnego pardon powszechny ogłasza,</w>
    <w>Każe rannych opatrzyć, z trupów czyścić pole,</w>
    <w>A jegrów rozbrojonych prowadzić w niewolę.</w>
    <w>Długo szukano Płuta; on, w krzaku pokrzywy</w>
    <w>Zarywszy się głęboko, leżał jak nieżywy;</w>
    <w>Wyszedł wreszcie, ujrzawszy, że było po bitwie.</w>
  <str/>
  
    <w>Taki miał koniec zajazd ostatni na Litwie.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga dziesiąta</numer>
  <tytul>Emigracja. Jacek</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Narada tycząca się zabezpieczenia losu zwycięzców.</rzecz>
    <rzecz>Układy z Rykowem.</rzecz>
    <rzecz>Pożegnanie.</rzecz>
    <rzecz>Ważne odkrycie.</rzecz>
    <rzecz>Nadzieja.</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>Owe obłoki ranne, zrazu rozpierzchnione</w>
    <w>Jak czarne ptaki, lecąc w wyższą nieba stronę</w>
    <w>Coraz się zgromadzały; ledwie słońce zbiegło</w>
    <w>Z południa, już ich stado pół niebios obległo</w>
    <w>Ogromną chmurą; wiatr ją pędził coraz chyżej,</w>
    <w>Chmura coraz gęstniała, zwieszała się niżej,</w>
    <w>Aż jedną stroną na wpół od niebios oddarta,</w>
    <w>Ku ziemi wychylona i wszerz rozpostarta,</w>
    <w>Jak wielki żagiel, biorąc wszystkie wiatry w siebie,</w>
    <w>Od południa na zachód leciała po niebie.</w>
  <str/>
  
    <w>I była chwila ciszy; i powietrze stało</w>
    <w>Głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało.</w>
    <w>I łany zbóż, co wprzódy, kładąc się na ziemi</w>
    <w>I znowu w górę trzęsąc kłosami złotemi,</w>
    <w>Wrzały jak fale, teraz stoją nieruchome</w>
    <w>I poglądają w niebo najeżywszy słomę.</w>
    <w>I zielone przy drogach wierzby i topole,</w>
    <w>Co pierwej, jako płaczki przy grobowym dole,</w>
    <w>Biły czołem, długimi kręciły ramiony</w>
    <w>Rozpuszczając na wiatry warkocz posrebrzony,</w>
    <w>Teraz jak martwe, z niemej wyrazem żałoby,</w>
    <w>Stoją na kształt posągów sypilskiej Nioby.</w>
    <w>Jedna osina drżąca wstrząsa liście siwe.</w>
  <str/>
  
    <w>Bydło, zwykle do domu powracać leniwe,</w>
    <w>Teraz zbiega się tłumnie, pasterzy nie czeka</w>
    <w>I opuszczając strawę do domu ucieka.</w>
    <w>Buhaj racicą ziemię kopie, orze rogiem</w>
    <w>I całą trzodę straszy ryczeniem złowrogiem;</w>
    <w>Krowa coraz ku niebu wznosi wielkie oko,</w>
    <w>Usta z dziwu otwiera i wzdycha głęboko;</w>
    <w>A wieprz marudzi w tyle, dąsa się i zgrzyta,</w>
    <w>I snopy zboża kradnie, i na zapas chwyta.</w>
  <str/>
  
    <w>Ptastwo skryło się w lasy, pod strzechy, w głąb trawy;</w>
    <w>Tylko wrony, stadami obstąpiwszy stawy,</w>
    <w>Przechadzają się sobie poważnymi kroki,</w>
    <w>Czarne oczy kierują na czarne obłoki,</w>
    <w>Wytknąwszy język z suchej, szerokiej gardzieli</w>
    <w>I skrzydła roztaczając, czekają kąpieli;</w>
    <w>Lecz i te, przewidując nazbyt mocną burzę,</w>
    <w>Już w las ciągną, podobne wznoszącej się chmurze.</w>
    <w>Ostatnia z ptaków, lotem nieścigłym zuchwała</w>
    <w>Jaskółka, czarny obłok przeszywa jak strzała,</w>
    <w>Wreszcie spada jak kula.<str/>Właśnie w owej chwili</w>
    <w>Szlachta z Moskwą okropną walkę zakończyli</w>
    <w>I chronią się gromadnie w domy i stodoły,</w>
    <w>Opuszczając plac boju, gdzie wkrótce żywioły</w>
    <w>Stoczą walkę.</w>
  <str/>
  
    <w>Na zachód, jeszcze ziemia słońcem ozłocona</w>
    <w>Świeciła się ponuro, żółtawo-czerwona;</w>
    <w>Już chmura, roztaczając cienie na kształt sieci,</w>
    <w>Wyławia resztki światła, a za słońcem leci,</w>
    <w>Jak gdyby je pochwycić chciała przed zachodem.</w>
    <w>Kilka wichrów raz po raz prześwisnęło spodem,</w>
    <w>Jeden za drugim lecą, miecąc krople dżdżyste,</w>
    <w>Wielkie, jasne, okrągłe, jak grady ziarniste.</w>
  <str/>
  
    <w>Nagle wichry zwarły się, porwały się w poły,</w>
    <w>Borykają się, kręcą, świszczącymi koły</w>
    <w>Krążą po stawach, mącą do dna wody w stawach,</w>
    <w>Wpadli na łąki, świszczą po łozach i trawach,</w>
    <w>Pryskają łóz gałęzie, lecą traw przekosy</w>
    <w>Na wiatr, jako garściami wyrywane włosy,</w>
    <w>Zmieszane z kędziorami snopów; wiatry wyją,</w>
    <w>Upadają na rolę, tarzają się, ryją,</w>
    <w>Rwą skiby, robią otwór wichrowi trzeciemu,</w>
    <w>Który wydarł się z roli jak słup czarnoziemu,</w>
    <w>Wznosi się, jak ruchoma piramida toczy,</w>
    <w>Łbem grunt wierci, z nóg piasek sypie gwiazdom w oczy</w>
    <w>Co krok wszerz wydyma się, roztwiera ku górze</w>
    <w>I ogromną swą trąbą otrębuje burzę.</w>
    <w>Aż z całym tym chaosem wody i kurzawy,</w>
    <w>Słomy, liścia, gałęzi, wydartej murawy,</w>
    <w>Wichry w las uderzyły i po głębiach puszczy</w>
    <w>Ryknęły jak niedźwiedzie.<str/>A już deszcz wciąż pluszczy,</w>
    <w>Jak z sita, w gęstych kroplach; wtem rykły pioruny,</w>
    <w>Krople zlały się razem; to jak proste struny</w>
    <w>Długim warkoczem wiążą niebiosa do ziemi,</w>
    <w>To jak z wiader buchają warstami całemi.</w>
    <w>Już zakryły się całkiem niebiosa i ziemia,</w>
    <w>Noc je z burzą od nocy czarniejszą zaciemnia.</w>
    <w>Czasem widnokrąg pęka od końca do końca,</w>
    <w>I anioł burzy na kształt niezmiernego słońca</w>
    <w>Rozświeci twarz, i znowu okryty całunem</w>
    <w>Uciekł w niebo i drzwi chmur zatrzasnął piorunem.</w>
    <w>Znowu wzmaga się burza, ulewa nawalna</w>
    <w>I ciemność gruba, gęsta, prawie dotykalna.</w>
    <w>Znowu deszcz ciszej szumi, grom na chwilę uśnie;</w>
    <w>Znowu wzbudzi się, ryknie i znów wodą chluśnie.</w>
    <w>Aż się uspokoiło wszystko; tylko drzewa</w>
    <w>Szumią około domu i szemrze ulewa.</w>
  <str/>
  
    <w>W takim dniu pożądany był czas najburzliwszy;</w>
    <w>Bo nawałnica, boju plac mrokiem okrywszy,</w>
    <w>Zalała drogi, mosty zerwała na rzece,</w>
    <w>Z folwarku niedostępną zrobiła fortecę.</w>
    <w>O tym więc, co się działo w obozie Soplicy,</w>
    <w>Dziś nie mogła rozejść się wieść po okolicy,</w>
    <w>A właśnie zawisł szlachty los od tajemnicy.</w>
  <str/>
  
    <w>W izbie Sędziego ważne toczą się narady;</w>
    <w>Bernardyn leżał w łóżku, zmordowany, blady</w>
    <w>I skrwawiony, lecz całkiem zdrowy na umyśle,</w>
    <w>Daje rozkazy, Sędzia wypełnia je ściśle.</w>
    <w>Prosi Podkomorzego, przyzywa Klucznika,</w>
    <w>Każe przywieść Rykowa, potem drzwi zamyka.</w>
    <w>Godzinę całą trwały tajemne rozmowy,</w>
    <w>Aż je przerwał kapitan Ryków tymi słowy,</w>
    <w>Rzucając na stół kiesę ciężką dukatami:</w>
    <w>&lguillemet;Państwo Lachy, już jest ta gadka między wami,</w>
    <w>Że każdy Moskal złodziej; powiedźcież, kto spyta;</w>
    <w>Że znaliście Moskala, który zwan Nikita</w>
    <w>Nikitycz Ryków, rotny kapitan, miał osim</w>
    <w>Medalów i trzy krzyże, to pamiętać prosim.</w>
    <w>Ten medal za Oczaków, ten za Izmaiłów,</w>
    <w>Ten za bitwę pod Nowi, ten za Prejsiż-Iłów,</w>
    <w>Tamten za Korsakowa sławną rejteradę</w>
    <w>Spod Zurich; a miał także i za męstwo szpadę,</w>
    <w>Także od Feldmarszałka trzy zadowolnienia,</w>
    <w>Dwie pochwały cesarskie i cztery wspomnienia,</w>
    <w>Wszystko na piśmie&rguillemet;.<str/>&lguillemet;Ale, ale, Kapitanie,</w>
    <w>Przerwał Robak, i cóż się tedy z nami stanie,</w>
    <w>Jeśli nie chcesz zgodzić się; wszakże dałeś słowo</w>
    <w>Załatwić tę rzecz&rguillemet;.<str/>&lguillemet;Prawda, słowo dam na nowo,</w>
    <w>Rzecze Ryków, ot słowo! Co po waszej zgubie?</w>
    <w>Ja człek poczciwy, ja was, Państwo Lachy, lubię,</w>
    <w>Że wy ludzie weseli, dobrzy do wypitki,</w>
    <w>I także ludzie śmiali, dobrzy do wybitki.</w>
    <w>U nas ruskie przysłowie: Kto na wozie jedzie,</w>
    <w>Bywa często pod wozem; kto dzisiaj na przedzie,</w>
    <w>Jutro w tyle; dziś bijesz, jutro ciebie biją;</w>
    <w>Czy o to gniew? tak u nas po żołniersku żyją.</w>
    <w>Skąd by się człowiekowi tyle złości wzięło</w>
    <w>Gniewać się o przegranę! Oczakowskie dzieło</w>
    <w>Było krwawe, pod Zurich zbili nam piechotę,</w>
    <w>Pod Austerlicem całą utraciłem rotę;</w>
    <w>A pierwej wasz Kościuszko pod Racławicami &mdash;</w>
    <w>Byłem sierżantem &mdash; wysiekł mój pluton kosami.</w>
    <w>I cóż stąd? to ja znowu u Maciejowiców</w>
    <w>Zabiłem własnym sztykiem dwóch dzielnych szlachciców,</w>
    <w>Jeden był Mokronowski, szedł z kosą przed frontem</w>
    <w>I kanonijerowi uciął rękę z lontem.</w>
    <w>Oj! wy Lachy! Ojczyzna! ja to wszystko czuję,</w>
    <w>Ja Ryków; car tak każe, a ja was żałuję,</w>
    <w>Co nam do Lachów? Niechaj Moskwa dla Moskala,</w>
    <w>Polska dla Lacha; ale cóż? car nie pozwala!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Sędzia mu na to rzecze: &lguillemet;Panie Kapitanie,</w>
    <w>Żeś człek poczciwy, wiedzą to wszyscy ziemianie,</w>
    <w>U których na kwaterach stałeś od lat wielu;</w>
    <w>Za ten dar nie gniewaj się, dobry przyjacielu,</w>
    <w>Nie chcieliśmy cię skrzywdzić; te oto dukaty</w>
    <w>Śmieliśmy złożyć wiedząc, żeś człek niebogaty&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Ach, jegry! wołał Ryków, cała rota skłuta!</w>
    <w>Moja rota! a wszystko z winy tego Płuta!</w>
    <w>On komendant, on za to przed carem odpowie,</w>
    <w>A wy te grosze sobie zabierzcie, Panowie,</w>
    <w>U mnie jest kapitański mój żołd lada jaki,</w>
    <w>A dosyć mnie na ponczyk i lulkę tabaki.</w>
    <w>A was lubię, że z wami sobie zjem, popiję,</w>
    <w>Pohulam, pogawędzę, i tak sobie żyję;</w>
    <w>Otóż ja was obronię, i jak będzie śledztwo,</w>
    <w>Słowo uczciwe, że dam za wami świadectwo.</w>
    <w>Powiemy, że my przyszli tu z wizytą, pili</w>
    <w>Sobie, tańczyli, trochę sobie podchmielili,</w>
    <w>A Płut przypadkiem ognia zakomenderował,</w>
    <w>Bitwa! i batalijon tak jakoś zmarnował.</w>
    <w>Wy, Pany, tylko śledztwo pomazujcie złotem,</w>
    <w>Będzie kręcić się. Ale teraz powiem o tem,</w>
    <w>Co już mówiłem temu szlachcicu, co długi</w>
    <w>Ma rapier, że Płut pierwszy komendant, ja drugi:</w>
    <w>Płut został żywy, może on wam zagiąć kruczka</w>
    <w>Takiego, że zginiecie, bo to chytra sztuczka;</w>
    <w>Trzeba mu gębę zatkać bankowym papierem.</w>
    <w>No i cóż, Panie szlachcic, ty z długim rapierem,</w>
    <w>Czy już byłeś u Płuta? czyś się z nim naradził?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Gerwazy obejrzał się, łysinę pogładził,</w>
    <w>Kiwnął niedbale ręką, jak gdyby znać dawał,</w>
    <w>Że już wszystko załatwił. &mdash; Lecz Ryków nastawał:</w>
    <w>&lguillemet;Cóż, czy Płut będzie milczeć, czy słowem zaręczył?&rguillemet;</w>
    <w>Klucznik zły, że go Ryków pytaniami dręczył,</w>
    <w>Poważnie palec wielki ku ziemi naginał,</w>
    <w>A potem machnął ręką, jak gdyby przecinał</w>
    <w>Dalszą rozmowę, i rzekł: &lguillemet;Klnę się Scyzorykiem,</w>
    <w>Że Płut nie wyda! gadać już nie będzie z nikim!&rguillemet;</w>
    <w>Potem dłonie opuścił i palcami chrząsnął,</w>
    <w>Jak gdyby tajemnicę całą z rąk wytrząsnął.</w>
  <str/>
  
    <w>Ten ciemny gest pojęli słuchacze i stali</w>
    <w>Patrząc z dziwem na siebie, wzajem się badali,</w>
    <w>I posępne milczenie trwało minut kilka.</w>
    <w>Aż Ryków rzekł: &lguillemet;Nosił wilk, ponieśli i wilka!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;<i>Requiescat in pace</i>!&rguillemet; dodał Podkomorzy.</w>
    <w>&lguillemet;Jużci, zakończył Sędzia, był w tym palec boży!</w>
    <w>Lecz ja tej krwi nie winien, jam o tym nie wiedział&rguillemet;.</w>
    <w>Ksiądz porwał się z poduszek i posępny siedział.</w>
    <w>Na koniec rzekł spojrzawszy bystro na Klucznika:</w>
    <w>&lguillemet;Wielki grzech bezbronnego zabić niewolnika!</w>
    <w>Chrystus zabrania mścić się nawet i nad wrogiem!</w>
    <w>Oj, Kluczniku! odpowiesz ty ciężko przed Bogiem.</w>
    <w>Jedna jest restrykcyja: jeśli popełniono</w>
    <w>Nie z zemsty głupiej, ale <i>pro publico bono</i>&rguillemet;.</w>
    <w>Klucznik głową i ręką kiwał wyciągnioną,</w>
    <w>I mrugając powtarzał: &lguillemet;<i>Pro publico bono</i>!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Więcej nie było mowy o Płucie majorze;</w>
    <w>Nazajutrz daremnie go szukano we dworze,</w>
    <w>Daremnie wyznaczono za trupa nagrodę,</w>
    <w>Major zginął bez śladu, jak gdyby wpadł w wodę;</w>
    <w>Co się z nim stało, różnie powiadano o tem,</w>
    <w>Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem</w>
    <w>Daremnie pytaniami Klucznika dręczono;</w>
    <w>Nic nie wyrzekł prócz tych słów: &lguillemet;<i>Pro publico bono</i>&rguillemet;.</w>
    <w>Wojski był w tajemnicy, lecz słowem ujęty</w>
    <w>Honorowym, staruszek milczał jak zaklęty.</w>
  <str/>
  
    <w>Po zawarciu układów wyszedł z izby Ryków,</w>
    <w>A Robak kazał wezwać szlachtę wojowników,</w>
    <w>Do których Podkomorzy z powagą tak mówi:</w>
    <w>&lguillemet;Bracia! Bóg dziś naszemu szczęścił orężowi,</w>
    <w>Ale muszę Wać Państwu wyznać bez ogródki,</w>
    <w>Że z tych niewczesnych bojów złe wynikną skutki;</w>
    <w>Zbłądziliśmy i nikt tu z nas nie jest bez winy:</w>
    <w>Ksiądz Robak, że zbyt czynnie rozszerzał nowiny,</w>
    <w>Klucznik i szlachta, że je pojęła opacznie.</w>
    <w>Wojna z Rosyją jeszcze nieprędko się zacznie,</w>
    <w>Tymczasem, kto miał udział najczynniejszy w bitwie,</w>
    <w>Ten nie może bezpieczny zostać się na Litwie;</w>
    <w>Musicie więc do Księstwa uciekać, Panowie,</w>
    <w>A mianowicie Maciej, co się Chrzciciel zowie,</w>
    <w>Tadeusz, Konew, Brzytew, niech unoszą głowy</w>
    <w>Za Niemen, gdzie ich czeka zastęp narodowy;</w>
    <w>My na was nieobecnych całą winę zwalim</w>
    <w>I na Płuta, tak resztę rodzeństwa ocalim.</w>
    <w>Żegnam was nie na długo; są pewne nadzieje,</w>
    <w>Że nam z wiosną swobody zorza zajaśnieje</w>
    <w>I Litwa, co was teraz żegna jak tułaczy,</w>
    <w>Wkrótce jako zwycięskich swych zbawców zobaczy.</w>
    <w>Sędzia wszystko, co trzeba, zgotuje na drogę</w>
    <w>I ja pieniędzmi, ile zdołam, dopomogę&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Czuła szlachta, że mądrze Podkomorzy radził;</w>
    <w>Wiadomo, że kto z ruskim carem raz się zwadził,</w>
    <w>Ten już z nim na tej ziemi nie zgodzi się szcz&eacute;rze</w>
    <w>I musi albo bić się, albo gnić w Sybirze.</w>
    <w>Więc nic nie mówiąc, smutnie po sobie spojrzeli,</w>
    <w>Westchnęli; na znak zgody głowami skinęli.</w>
  <str/>
  
    <w>Polak, chociaż stąd między narodami słynny,</w>
    <w>Że bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny,</w>
    <w>Gotów zawżdy rzucić go, puścić się w kraj świata,</w>
    <w>W nędzy i poniewierce przeżyć długie lata,</w>
    <w>Walcząc z ludźmi i z losem, póki mu śród burzy</w>
    <w>Przyświeca ta nadzieja, że Ojczyźnie służy.</w>
  <str/>
  
    <w>Oświadczyli, że zaraz wyjeżdżać gotowi.</w>
    <w>Tylko to się nie zdało panu Buchmanowi:</w>
    <w>Buchman, człowiek rozsądny, w bitwę się nie wmieszał,</w>
    <w>Ale słysząc, że radzą, głosować pośpieszał.</w>
    <w>Znajdował projekt dobrym, lecz chciał przeinaczyć,</w>
    <w>Dokładniej go rozwinąć, jaśniej wytłumaczyć,</w>
    <w>A naprzód komisyją legalnie wyznaczyć,</w>
    <w>Która by rozważyła emigracji cele,</w>
    <w>Środki, sposoby tudzież innych względów wiele;</w>
    <w>Nieszczęściem, krótkość czasu była na zawadzie,</w>
    <w>Że się nie stało zadość Buchmanowej radzie.</w>
    <w>Szlachta żegna się śpiesznie i już w drogę rusza.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale Sędzia zatrzymał w izbie Tadeusza</w>
    <w>I rzekł do Księdza: &lguillemet;Czas już, żebym ci powiedział</w>
    <w>To, o czymem z pewnością wczora się dowiedział,</w>
    <w>Że nasz Tadeusz szczerze zakochany w Zosi,</w>
    <w>Niechajże przed odjazdem o rękę jej prosi;</w>
    <w>Mówiłem z Telimeną, już nam nie przeszkadza,</w>
    <w>Zosia także się z wolą opiekunów zgadza.</w>
    <w>Jeśli dziś ślubem pary nie możem uwieńczyć,</w>
    <w>Toć by ich, Panie Bracie, przynajmniej zaręczyć</w>
    <w>Przed odjazdem; bo serce młode i podróżne,</w>
    <w>Wiesz dobrze, jako miewa tentacyje różne;</w>
    <w>A wszakże, kiedy okiem rzuci na pierścionek</w>
    <w>I przypomni młodzieniec, że już jest małżonek,</w>
    <w>Zaraz w nim obcych pokus ostyga gorączka.</w>
    <w>Wierzaj mi, wielką siłę ma ślubna obrączka.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Ja sam przed lat trzydziestu wielki afekt miałem</w>
    <w>Ku pannie Marcie, której serce pozyskałem;</w>
    <w>Byliśmy zaręczeni; Bóg nie błogosławił</w>
    <w>Związkowi temu i mnie sierotą zostawił,</w>
    <w>Wziąwszy do chwały swojej nadobną Wojszczankę,</w>
    <w>Przyjaciela mojego córę, Hreczeszankę.</w>
    <w>Pozostała mi tylko pamiątka jej cnoty,</w>
    <w>Jej wdzięków, i ten oto ślubny pierścień złoty.</w>
    <w>Ilekroć nań spojrzałem, zawsze ma nieboga</w>
    <w>Stawała przed oczyma; i tak z łaski Boga</w>
    <w>Dotąd mej narzeczonej dochowałem wiary,</w>
    <w>I nie bywszy małżonkiem, jestem wdowiec stary,</w>
    <w>Chociaż Wojski ma drugą córę, dość nadobną</w>
    <w>I do mojej kochanej Marty dość podobną!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>To mówiąc na pierścionek z czułością spozierał</w>
    <w>I odwróconą ręką łzy z oczu ocierał.</w>
    <w>&lguillemet;Bracie, kończył, co myślisz? zrobim zaręczyny?</w>
    <w>On kocha, a mam słowo ciotki i dziewczyny&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Tadeusz podbiega i z żywością mówi:</w>
    <w>&lguillemet;Czymże zdołam odwdzięczyć dobremu Stryjowi,</w>
    <w>Który tak o me szczęście ustawnie się trudzi!</w>
    <w>Ach, dobry Stryju! byłbym najszczęśliwszy z ludzi,</w>
    <w>Gdyby mi Zosia była dzisiaj zaręczona,</w>
    <w>Gdybym wiedział, że to jest moja przyszła żona.</w>
    <w>Przecież powiem otwarcie: dziś te zaręczyny</w>
    <w>Do skutku przyjść nie mogą, są różne przyczyny&ellipsis;</w>
    <w>Nie pytaj więcej; jeśli Zosia czekać raczy,</w>
    <w>Może mnie wkrótce lepszym, godniejszym obaczy,</w>
    <w>Może stałością na jej wzajemność zarobię,</w>
    <w>Może troszeczką sławy me imię ozdobię,</w>
    <w>Może wkrótce w ojczyste wrócim okolice;</w>
    <w>Wtenczas, Stryju, wspomnę ci twoje obietnice,</w>
    <w>Wtenczas na klęczkach drogą powitam Zosieńkę</w>
    <w>I jeśli będzie wolna, poproszę o rękę;</w>
    <w>Teraz porzucam Litwę może na czas długi,</w>
    <w>Może Zosi tymczasem podobać się drugi;</w>
    <w>Więzić jej woli nie chcę; prosić o wzajemność,</w>
    <w>Na którąm nie zasłużył, byłaby nikczemność&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Gdy te słowa z uczuciem mówił chłopiec młody,</w>
    <w>Zaświeciły mu, jako dwie wielkie jagody</w>
    <w>Pereł, dwie łzy na wielkich błękitnych źrenicach</w>
    <w>I stoczyły się szybko po rumianych licach.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale Zosia ciekawa z głębiny alkowy</w>
    <w>Śledziła przez szczelinę tajemne rozmowy;</w>
    <w>Słyszała, jak Tadeusz po prostu i śmiało</w>
    <w>Opowiedział swą miłość, serce w niej zadrżało,</w>
    <w>I widziała tych wielkich dwoje łez w źrenicach.</w>
    <w>Choć dojść nie mogła wątku w jego tajemnicach</w>
    <w>Dlaczego ją pokochał? dlaczego porzuca?</w>
    <w>Gdzie odjeżdża? przecież ją ten odjazd zasmuca.</w>
    <w>Pierwszy raz posłyszała w życiu z ust młodziana</w>
    <w>Dziwną i wielką nowość, że była kochana.</w>
    <w>Biegła więc, gdzie stał mały domowy ołtarzyk,</w>
    <w>Wyjęła zeń obrazek i relikwijarzyk:</w>
    <w>Na obrazku tym była święta Genowefa,</w>
    <w>A w relikwiji suknia świętego Józefa</w>
    <w>Oblubieńca, patrona zaręczonej młodzi,</w>
    <w>I z tymi świętościami do pokoju wchodzi.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Pan odjeżdżasz tak prędko? ja Panu na drogę</w>
    <w>Dam podarunek mały i także przestrogę:</w>
    <w>Niechaj Pan zawsze z sobą relikwije nosi</w>
    <w>I ten obrazek, a niech pamięta o Zosi.</w>
    <w>Niech Pana Pan Bóg w zdrowiu i szczęściu prowadzi</w>
    <w>I niech prędko szczęśliwie do nas odprowadzi&rguillemet;.</w>
    <w>Umilkła i spuściła głowę; oczki modre</w>
    <w>Ledwie stuliła, z rzęsów pobiegły łzy szczodre,</w>
    <w>A Zosia z zamkniętymi stojąc powiekami</w>
    <w>Milczała, sypiąc łzami jako brylantami.</w>
  <str/>
  
    <w>Tadeusz, biorąc dary i całując rękę,</w>
    <w>Rzekł: &lguillemet;Pani! już ja muszę pożegnać Panienkę,</w>
    <w>Bądź zdrowa, wspomnij o mnie i racz czasem zmówić</w>
    <w>Pacierz za mnie! Zofijo!&ellipsis;&rguillemet; Więcej nie mógł mówić.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Hrabia, z Telimeną wszedłszy niespodzianie,</w>
    <w>Uważał młodej pary czułe pożegnanie,</w>
    <w>Wzruszył się i rzuciwszy wzrok ku Telimenie:</w>
    <w>&lguillemet;Ileż, rzekł, jest piękności choć w tak prostej scenie!</w>
    <w>Kiedy dusza pasterki z wojownika duszą,</w>
    <w>Jak łódź z okrętem w burzy, rozłączyć się muszą!</w>
    <w>Zaiste! nic tak uczuć w sercach nie rozpala,</w>
    <w>Jako kiedy się serce od serca oddala.</w>
    <w>Czas jest to wiatr, on tylko małą świecę zdmuchnie,</w>
    <w>Wielki pożar od wiatru tym mocniej wybuchnie.</w>
    <w>I moje serce zdolne mocniej kochać z dala.</w>
    <w>Panie Soplico! miałem ciebie za rywala;</w>
    <w>Ten błąd był jedną z przyczyn naszej smutnej zwady,</w>
    <w>Która mię przymusiła dostać na was szpady.</w>
    <w>Postrzegam błąd mój, boś ty wzdychał ku pasterce,</w>
    <w>Ja zaś tej pięknej Nimfie oddałem me serce.</w>
    <w>Niech we krwi wrogów nasze utoną urazy,</w>
    <w>Nie będziem się zbójczymi rozpierać żelazy.</w>
    <w>Niech się inaczej spór nasz zalotny rozstrzygnie:</w>
    <w>Walczmy! kto kogo czuciem miłości wyścignie!</w>
    <w>Zostawim oba drogie serc naszych przedmioty,</w>
    <w>Pośpieszymy obadwa na miecze, na groty;</w>
    <w>Walczmy z sobą stałością, żalem i cierpieniem,</w>
    <w>A wrogów naszych mężnym ścigajmy ramieniem&rguillemet;.</w>
    <w>Rzekł i na Telimenę spojrzał, ale ona</w>
    <w>Nic nie odpowiadała, strasznie zadziwiona.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Mój Hrabio, przerwał Sędzia, po co chcesz koniecznie</w>
    <w>Wyjeżdżać, wierz mi, w twoich dobrach siedź bezpiecznie</w>
    <w>Szlachtę biedną rząd mógłby odrzeć i przechłostać,</w>
    <w>Ale ty, Hrabio, pewien jesteś cały zostać;</w>
    <w>Wiesz, w jakim rządzie żyjesz, jesteś dość bogaty,</w>
    <w>Wykupisz się od więzień połową intraty&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;To niezgodna, rzekł Hrabia, z moim charakterem,</w>
    <w>Nie mogę być kochankiem, będę bohaterem;</w>
    <w>W miłości troskach, sławy zwę pocieszycielki,</w>
    <w>Gdy jestem nędzarz sercem, będę ręką wielki&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena pytała: &lguillemet;Któż Panu przeszkadza</w>
    <w>Kochać i być szczęśliwym!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Mych przeznaczeń władza,</w>
    <w>Rzekł Hrabia; ciemność przeczuć, które ruchem tajnym</w>
    <w>Rwą się ku stronom obcym, dziełom nadzwyczajnym.</w>
    <w>Wyznaję, że dziś chciałem na cześć Telimenie</w>
    <w>U ołtarzów Hymena zapalić płomienie,</w>
    <w>Ale mi dał zbyt piękny przykład ten młodzieniec,</w>
    <w>Sam dobrowolnie ślubny swój zrywając wieniec</w>
    <w>I biegąc serca swego doświadczać w przeszkodach</w>
    <w>Zmiennych losów, i w krwawych wojennych przygodach.</w>
    <w>Dziś otwiera się nowa i dla mnie epoka!</w>
    <w>Brzmiała odgłosem broni mej Birbante-rokka,</w>
    <w>Oby ten odgłos równie w Polszcze się rozszerzył!&rguillemet;</w>
    <w>Skończył, i dumnie szpady rękojeść uderzył.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Jużci, rzekł Robak, trudno ganić tę ochotę;</w>
    <w>Jedź, weź pieniądze, możesz usztyftować rotę,</w>
    <w>Jak Włodzimierz Potocki, co Francuzów zdziwił</w>
    <w>Dając na skarb milijon; jak książę Radziwiłł</w>
    <w>Dominik, co zastawił dobra swe i sprzęty</w>
    <w>I dwa uzbroił nowe konne regimenty.</w>
    <w>Jedź, jedź, a weź pieniądze; rąk tam dosyć mamy,</w>
    <w>Ale grosza brak w Księstwie; jedź Wasze, żegnamy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Telimena, smutnymi rzuciwszy oczyma:</w>
    <w>&lguillemet;Niestety, rzekła, widzę, że cię nic nie wstrzyma!</w>
    <w>Rycerzu mój, w wojenne kiedy wstąpisz szranki,</w>
    <w>Obróć czułe spojrzenie na kolor kochanki!</w>
    <w>(Tu wstążkę oderwawszy od sukni, zrobiła</w>
    <w>Kokardę i na piersiach Hrabi przyszpiliła).</w>
    <w>Niech cię ten kolor wiedzie na działa ogniste,</w>
    <w>Na kopije błyszczące i deszcze siarczyste,</w>
    <w>A kiedy się rozsławisz walecznymi czyny</w>
    <w>I gdy nieśmiertelnymi przesłonisz wawrzyny</w>
    <w>Skrwawiony szyszak i hełm twój zwycięstwem hardy:</w>
    <w>I wtenczas jeszcze oko zwróć do tej kokardy.</w>
    <w>Wspomnij, czyja ten kolor przyszpiliła ręka!&rguillemet;</w>
    <w>Tu mu podała rękę. &mdash; Pan Hrabia przyklęka,</w>
    <w>Całuje; Telimena zbliżyła do oka</w>
    <w>Chustkę, a drugim okiem pogląda z wysoka</w>
    <w>Na Hrabię, który żegnał ją mocno wzruszony.</w>
    <w>Ona wzdychała, ale ruszyła ramiony.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz Sędzia rzekł: &lguillemet;Mój Hrabio, spiesz się, bo już późno&rguillemet;,</w>
    <w>A ksiądz Robak: &lguillemet;Dość tego! wołał z miną groźną,</w>
    <w>Śpiesz się Wasze!&rguillemet; &mdash; Tak rozkaz Sędziego i Księdza</w>
    <w>Rozdziela czułą parę i z izby wypędza.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem pan Tadeusz stryja obejmował</w>
    <w>Ze łzami i Robaka w rękę pocałował;</w>
    <w>Robak, ku piersiom chłopca przycisnąwszy skronie</w>
    <w>I na głowie mu na krzyż położywszy dłonie,</w>
    <w>Spójrzał ku niebu i rzekł: &lguillemet;Synu! z Panem Bogiem!&rguillemet;</w>
    <w>I zapłakał&ellipsis; A już był Tadeusz za progiem.</w>
    <w>&lguillemet;Jak to? zapytał Sędzia, nic mu brat nie powie?</w>
    <w>I teraz? biedny chłopiec, jeszcze się nie dowie</w>
    <w>O niczym! przed odjazdem?&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Nie, rzekł Ksiądz, o niczem</w>
    <w>(Płacząc długo z zakrytym rękami obliczem).</w>
    <w>I po cóż by miał wiedzieć biedny, że ma ojca,</w>
    <w>Który się skrył przed światem, jak łotr, jak zabójca?</w>
    <w>Bóg widzi, jak pragnąłbym, ale z tej pociechy</w>
    <w>Zrobię Bogu ofiarę za me dawne grzechy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Więc, rzecze Sędzia, teraz czas myśleć o sobie,</w>
    <w>Uważ, że człowiek w twoim wieku i chorobie</w>
    <w>Nie zdołałby z innymi razem emigrować;</w>
    <w>Mówiłeś, że wiesz domek, gdzie się masz przechować ;</w>
    <w>Powiedz, gdzie? śpieszmy, czeka zaprzężona bryka,</w>
    <w>Czy nie najlepiej w puszczę, do chaty leśnika?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Robak kiwając głową rzekł: &lguillemet;Do jutra rana</w>
    <w>Mam czas; teraz, mój bracie, poślij do plebana,</w>
    <w>Aby tu jak najrychlej przybył z wijatykiem;</w>
    <w>Oddal stąd wszystkich, zostań tyko sam z Klucznikiem.</w>
    <w>Zamknij drzwi&rguillemet;.<str/>Sędzia spełnił Robaka rozkazy</w>
    <w>I usiada na łóżku przy nim; a Gerwazy</w>
    <w>Stoi, łokieć przytwierdza na głowni rapiera,</w>
    <w>A czoło pochylone na dłoniach opiera.</w>
  <str/>
  
    <w>Robak, nim zaczął mówić, w Klucznika oblicze</w>
    <w>Wzrok utkwił, i milczenie chował tajemnicze.</w>
    <w>A jako chirurg naprzód miękką rękę składa</w>
    <w>Na ciele chorującym, nim ostrzem raz zada:</w>
    <w>Tak Robak wyraz bystrych oczu swych złagodził,</w>
    <w>Długo nimi po oczach Gerwazego wodził,</w>
    <w>Na koniec, jakby ślepym chciał uderzyć ciosem,</w>
    <w>Zasłonił oczy ręką i rzekł mocnym głosem:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Jam jest Jacek Soplica&ellipsis;&rguillemet;<str/>Klucznik na to słowo</w>
    <w>Pobladnął, pochylił się, i ciała połową</w>
    <w>Wygięty naprzód, stanął, zwisł na jednej nodze,</w>
    <w>Jak głaz lecący z góry, zatrzymany w drodze.</w>
    <w>Oczy roztwierał, usta szeroko rozszerzał</w>
    <w>Grożąc białymi zęby, a wąsy najeżał;</w>
    <w>Rapier z rąk upuszczony przy ziemi zatrzymał</w>
    <w>Kolanami, i głownię prawą ręką imał</w>
    <w>Cisnąc ją; rapier, z tyłu za nim wyciągniony,</w>
    <w>Długim, czarnym swym końcem chwiał się w różne strony</w>
    <w>I Klucznik był podobny rysiowi rannemu,</w>
    <w>Który z drzewa ma skoczyć w oczy myśliwemu,</w>
    <w>Wydyma się kłębuszkiem, mruczy, krwawe ślepie</w>
  <str/>
  
    <w>Wyiskrza, wąsy rusza i ogonem trzepie.</w>
    <w>&lguillemet;Panie Rębajło, rzekł Ksiądz, już mię nie zatrwożą</w>
    <w>Gniewy ludzkie, bo jestem już pod ręką Bożą;</w>
    <w>Zaklinam cię na imię Tego, co świat zbawił</w>
    <w>I na krzyżu zabójcom swoim błogosławił,</w>
    <w>I przyjął prośbę łotra: byś się udobruchał</w>
    <w>I to, co mam powiedzieć, cierpliwie wysłuchał;</w>
    <w>Sam przyznałem się, muszę dla ulgi sumnienia</w>
    <w>Pozyskać, a przynajmniej prosić przebaczenia;</w>
    <w>Posłuchaj mej spowiedzi; potem zrobisz sobie</w>
    <w>Ze mną, co zechcesz&rguillemet;. I tu złożył ręce obie</w>
    <w>Jak do pacierza; Klucznik cofnął się zdumiony,</w>
    <w>Uderzał ręką w czoło i ruszał ramiony.</w>
  <str/>
  
    <w>A Ksiądz zaczął swą dawną z Horeszką zażyłość</w>
    <w>Opowiadać, i swoją z jego córką miłość,</w>
    <w>I swe z tego powodu z Stolnikiem zatargi.</w>
    <w>Lecz mówił nieporządnie, często mięszał skargi</w>
    <w>I żale we swą spowiedź, często rzecz przecinał,</w>
    <w>Jak gdyby już ją kończył, i znowu zaczynał.</w>
  <str/>
  
    <w>Klucznik, dzieje Horeszków znający dokładnie,</w>
    <w>Całą tę powieść, chociaż splątaną bezładnie,</w>
    <w>Porządkował w pamięci i dopełniać umiał;</w>
    <w>Lecz Sędzia wielu rzeczy zgoła nie rozumiał.</w>
    <w>Oba pilnie słuchali pochyliwszy głowy,</w>
    <w>A Jacek mówił coraz wolniejszymi słowy</w>
    <w>I często zarywał się.<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Wszak sam wiesz, Gerwazeńku, jak Stolnik zapraszał</w>
    <w>Często mnie na biesiady; zdrowie moje wnaszał.</w>
    <w>Krzyczał nieraz, do góry podniósłszy szklenicę,</w>
    <w>Że nie miał przyjaciela nad Jacka Soplicę;</w>
    <w>Jak on mnie ściskał! Wszyscy, którzy to widzieli,</w>
    <w>Myślili, że on ze mną duszą się podzieli.</w>
    <w>On przyjaciel? on wiedział, co się wtenczas działo</w>
    <w>W duszy mojej!&rguillemet;<str/>* * *</w>
    <w>Tymczasem już szeptała o tym okolica,</w>
    <w>Jaki taki gadał mi: &lguillemet;Ej, panie Soplica,</w>
    <w>Daremnie konkurujesz; dygnitarskie progi</w>
    <w>Za wysokie na Jacka podczaszyca nogi&rguillemet;.</w>
    <w>Ja śmiałem się udając, że drwiłem z magnatów</w>
    <w>I z córek ich, i nie dbam o arystokratów;</w>
    <w>Że jeśli bywam u nich, z przyjaźni to robię,</w>
    <w>A za żonę nie pojmę, tylko równą sobie.</w>
    <w>Przecie bodły mi duszę do żywca te żarty;</w>
    <w>Byłem młody, odważny, świat był mnie otwarty</w>
    <w>W kraju, gdzie, jako wiecie, szlachcic urodzony</w>
    <w>Jest zarówno z panami kandydat korony!</w>
    <w>Wszakże Tęczyński niegdyś z królewskiego domu</w>
    <w>Żądał córy, a król mu oddał ją bez sromu.</w>
    <w>Sopliców czyż nie równe Tęczyńskim zaszczyty</w>
    <w>Krwią, herbem, wierną służbą Rzeczypospolitej<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Jak łatwo może człowiek popsuć szczęście drugim</w>
    <w>W jednej chwili, a życiem nie naprawi długim!</w>
    <w>Jedno słowo Stolnika, jakże byśmy byli</w>
    <w>Szczęśliwi! kto wie, może dotąd byśmy żyli,</w>
    <w>Może i on przy swoim kochanym dziecięciu,</w>
    <w>Przy swojej pięknej Ewie, przy swym wdzięcznym zięciu</w>
    <w>Zestarzałby spokojny! może wnuki swoje</w>
    <w>Kołysałby! teraz co? nas zgubił oboje,</w>
    <w>I sam &mdash; i to zabójstwo &mdash; i wszystkie następstwa</w>
    <w>Tej zbrodni, wszystkie moje biedy i przestępstwa!&ellipsis;</w>
    <w>Ja skarżyć nie mam prawa, ja jego morderca,</w>
    <w>Ja skarżyć nie mam prawa, przebaczam mu z serca,</w>
    <w>Ale i on&ellipsis;<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Żeby już raz otwarcie był mnie zrekuzował,</w>
    <w>Bo znał nasze uczucia; gdyby nie przyjmował</w>
    <w>Mych odwiedzin; to kto wie? może bym odjechał,</w>
    <w>Pogniewał się, połajał, w końcu go zaniechał,</w>
    <w>Ale on, chytrze dumny, wpadł na koncept nowy:</w>
    <w>Udawał, że mu nawet nie przyszło do głowy,</w>
    <w>Żeby ja mógł się starać o związek takowy.</w>
    <w>A byłem mu potrzebnym, miałem zachowanie</w>
    <w>U szlachty, i lubili mnie wszyscy ziemianie.</w>
    <w>Więc on niby miłości mojej nie dostrzegał,</w>
    <w>Przyjmował mnie jak dawniej, a nawet nalegał,</w>
    <w>Abym częściej przyjeżdżał; a ilekroć sami</w>
    <w>Byliśmy, widząc oczy me przyćmione łzami</w>
    <w>I pierś zbyt pełną i już wybuchnąć gotową,</w>
    <w>Chytry starzec, wnet wrzucił obojętne słowo</w>
    <w>O procesach, sejmikach, łowach&ellipsis;<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Ach, nieraz przy kieliszkach, gdy się tak rozrzewniał,</w>
    <w>Gdy mię tak ściskał i o przyjaźni zapewniał,</w>
    <w>Potrzebując mej szabli lub kreski na sejmie,</w>
    <w>Gdy musiałem nawzajem ściskać go uprzejmie,</w>
    <w>To tak we mnie złość wrzała, że ja obracałem</w>
    <w>Ślinę w gębie, a dłonią rękojeść ściskałem,</w>
    <w>Chcąc plunąć na tę przyjaźń i wnet szabli dostać;</w>
    <w>Ale Ewa, zważając mój wzrok i mą postać,</w>
    <w>Zgadywała, nie wiem jak, co się we mnie działo,</w>
    <w>Patrzyła błagająca, lice jej bledniało;</w>
    <w>A był to taki piękny gołąbek, łagodny,</w>
    <w>I wzrok miała uprzejmy taki! tak pogodny!</w>
    <w>Taki anielski, że już nie wiem, już nie miałem</w>
    <w>Odwagi zagniewać ją, zatrwożyć &mdash; milczałem.</w>
    <w>I ja, zawadyjaka sławny w Litwie całej,</w>
    <w>Co przede mną największe pany nieraz drżały,</w>
    <w>Com nie żył dnia bez bitki, co nie Stolnikowi,</w>
    <w>Ale bym się pokrzywdzić nie dał i królowi,</w>
    <w>Co we wściekłość najmniejsza wprawiała mię sprzeczka,</w>
    <w>Ja wtenczas, zły i pjany, milczał jak owieczka!</w>
    <w>Jak gdybym Sanktissimum ujrzał<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Ileż to razy chciałem serce me otworzyć</w>
    <w>I już się nawet przed nim do prośb upokorzyć,</w>
    <w>Lecz spojrzawszy mu w oczy, spotkawszy wejrzenia</w>
    <w>Zimne jak lód, wstyd mi było mojego wzruszenia;</w>
    <w>Śpieszyłem znowu jak najzimniej dyskurować</w>
    <w>O sprawach, o sejmikach, a nawet żartować.</w>
    <w>Wszystko to prawda z pychy, żeby nie ubliżyć</w>
    <w>Imieniowi Sopliców, żeby się nie zniżyć</w>
    <w>Przed panem prośbą próżną, nie dostać odmowy,</w>
    <w>Bo jakież by to były między szlachtą mowy.</w>
    <w>Gdyby wiedziano, że ja, Jacek&ellipsis;<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Soplicy Horeszkowie odmówili dziewkę!</w>
    <w>Że mnie, Jackowi, czarną podano polewkę!</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;W końcu sam już nie wiedząc, jak sobie poradzić,</w>
    <w>Umyśliłem ze szlachty mały pułk zgromadzić</w>
    <w>I opuścić na zawsze powiat i Ojczyznę,</w>
    <w>Wynieść się gdzie na Moskwę lub na Tatarszczyznę</w>
    <w>I zacząć wojnę. Jadę pożegnać Stolnika,</w>
    <w>W nadziei, że gdy ujrzy wiernego stronnika,</w>
    <w>Dawnego przyjaciela, prawie domownika,</w>
    <w>Z którym pił i wojował przez tak długie lata,</w>
    <w>Teraz żegnającego i kędyś w kraj świata</w>
    <w>Jadącego &mdash; że może starzec się poruszy</w>
    <w>I pokaże mi przecież trochę ludzkiej duszy,</w>
    <w>Jak ślimak rogów!</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Ach! kto choć na dnie serca ma dla przyjaciela</w>
    <w>Choćby iskierkę czucia, gdy się z nim rozdziela,</w>
    <w>Dobędzie się iskierka ta przy pożegnaniu,</w>
    <w>Jako ostatni płomyk życia przy skonaniu!</w>
    <w>Raz ostatni dotknąwszy przyjaciela skroni,</w>
    <w>Częstokroć najzimniejsze oko łzę uroni!<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Biedna, słysząc o moim odjeździe, pobladła,</w>
    <w>Bez przytomności, ledwie że trupem nie padła,</w>
    <w>Nie mogła nic przemówić, aż się jej rzuciły</w>
    <w>Strumieniem łzy &mdash; poznałem, jak byłem jej miły!<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Pomnę, pierwszy raz w życiu jam się łzami zalał</w>
    <w>Z radości i z rozpaczy, zapomniał się, szalał,</w>
    <w>Już chciałem znowu upaść ojcu jej pod nogi,</w>
    <w>Wić się jak wąż u kolan, wołać: &lguillemet;Ojcze drogi,</w>
    <w>Weź za syna lub zabij!&rguillemet; Wtem Stolnik posępny,</w>
    <w>Zimny jako słup soli, grzeczny, obojętny,</w>
    <w>Wszczął dyskurs, o czym? o czym? o córki weselu!</w>
    <w>W tej chwili! O Gerwazy! uważ, przyjacielu,</w>
    <w>Masz ludzkie serce!<str/>&ellipsis;&lguillemet;Stolnik rzekł: &lquote;Panie Soplica,</w>
    <w>Właśnie przyjechał do mnie swat Kasztelanica,</w>
    <w>Ty jesteś mój przyjaciel, cóż ty mówisz na to?</w>
    <w>Wiesz Wasze, że mam córkę piękną i bogatą,</w>
    <w>A kasztelan witebski! wszakże to w senacie</w>
    <w>Niskie, drążkowe krzesło, cóż mi radzisz, bracie?&rquote;</w>
    <w>Nie pamiętam już zgoła, co mu na to rzekłem,</w>
    <w>Podobno nic &mdash; na konia wsiadłem i uciekłem!&rguillemet;<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Jacku! zawołał Klucznik, mądre ty przyczyny</w>
    <w>Wynajdujesz; cóż? one nie zmniejszą twej winy!</w>
    <w>Bo wszakże zdarzało się już nieraz na świecie,</w>
    <w>Że kto pokochał pańskie lub królewskie dziecię,</w>
    <w>Starał się gwałtem zdobyć, przemyślał wykradać,</w>
    <w>Mścił się otwarcie &mdash; ale tak chytrze śmierć zadać!</w>
    <w>Panu polskiemu! w Polszcze, i w zmowie z Moskalem!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Nie byłem w zmowie!&rguillemet; Jacek odpowiedział z żalem.</w>
    <w>&lguillemet;Gwałtem porwać? wszak mógłbym, zza krat i zza klamek</w>
    <w>Wydarłbym ją, rozbiłbym w puch ten jego zamek!</w>
    <w>Miałem za sobą Dobrzyn i cztery zaścianki.</w>
    <w>Ach, gdyby ona była jak nasze szlachcianki!</w>
    <w>Silna i zdrowa! gdyby ucieczki, pogoni</w>
    <w>Nie zlękła się i mogła słuchać szczęku broni!</w>
    <w>Lecz ona biedna! tak ją rodzice pieścili,</w>
    <w>Słaba, lękliwa! był to robaczek motyli,</w>
    <w>Wiosenna gąsieniczka! i tak ją zagrabić,</w>
    <w>Dotknąć ją zbrojną ręką, byłoby ją zabić;</w>
    <w>Nie mogłem. Nie.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Mścić się otwarcie, szturmem zamek zwalić w gruzy,</w>
    <w>Wstyd, boby powiedziano, żem mścił się rekuzy!</w>
    <w>Kluczniku, twoje serce poczciwe nie umie</w>
    <w>Uczuć, ile jest piekła w obrażonej dumie.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Szatan dumy zaczął mi lepsze plany raić:</w>
    <w>Zemścić się krwawo, ale powód zemsty taić,</w>
    <w>Nie bywać w zamku, miłość z serca wykorzenić,</w>
    <w>Puścić w niepamięć Ewę, z inną się ożenić,</w>
    <w>A potem, potem jaką wynaleźć zaczepkę,</w>
    <w>Pomścić się.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;I zdało mi się zrazu, żem już serce zmienił,</w>
    <w>I rad byłem z wymysłu, i &mdash; jam się ożenił,</w>
    <w>Z pierwszą, którąm napotkał, dziewczyną ubogą!</w>
    <w>Źlem zrobił &mdash; jakże byłem ukarany srogo!</w>
    <w>Nie kochałem jej, biedna matka Tadeusza,</w>
    <w>Najprzywiązańsza do mnie, najpoczciwsza dusza &mdash;</w>
    <w>Ale ja dawną miłość i złość w sercu dusił,</w>
    <w>Byłem jakby szalony, darmom siebie musił</w>
    <w>Zająć się gospodarstwem albo interesem,</w>
    <w>Wszystko na próżno! Zemsty opętany biesem,</w>
    <w>Zły, opryskliwy, znaleźć nie mogłem pociechy</w>
    <w>W niczym na świecie &mdash; i tak z grzechów w nowe grzechy,</w>
    <w>Zacząłem pić.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;I tak niedługo żona ma z żalu umarła,</w>
    <w>Zostawiwszy to dziecię, a mnie rozpacz żarła!<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Jakże mocno musiałem kochać tę niebogę,</w>
    <w>Tyle lat! gdziem ja nie był! a dotąd nie mogę</w>
    <w>Jej zapomnieć, i zawżdy jej postać kochana</w>
    <w>Stoi mi przed oczyma jakby malowana!</w>
    <w>Piłem, nie mogłem zapić pamięci na chwilę</w>
    <w>Ani pozbyć się, chociaż przebiegłem ziem tyle!</w>
    <w>Teraz oto w habicie jestem Bożym sługą,</w>
    <w>Na łożu, we krwi&ellipsis; O niej mówiłem tak długo! &mdash;</w>
    <w>W tej chwili, o tych rzeczach mówić? Bóg wybaczy!</w>
    <w>Musicie wiedzieć, w jakim żalu i rozpaczy</w>
    <w>Popełniłem&ellipsis;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Było to właśnie wkrótce po jej zaręczynach;</w>
    <w>Wszędzie gadano tylko o jej zaręczynach,</w>
    <w>Powiadano, że Ewa, gdy brała obrączkę</w>
    <w>Z rąk Wojewody, mdlała, że wpadła w gorączkę,</w>
    <w>Że ma początki suchot, że ustawnie szlocha;</w>
    <w>Zgadywano, że kogoś potajemnie kocha. &mdash;</w>
    <w>Ale Stolnik, jak zawsze, spokojny, wesoły,</w>
    <w>Dawał na zamku bale, zbierał przyjacioły,</w>
    <w>Mnie już nie prosił &mdash; na cóż byłem mu potrzebny?</w>
    <w>Mój bezład w domu, bieda, mój nałóg haniebny</w>
    <w>Podały mnie na wzgardę i na śmiech przed światem!</w>
    <w>Mnie, com niegdyś, rzec mogę, trząsł całym powiatem!</w>
    <w>Mnie, którego Radziwiłł nazywał: kochanku!</w>
    <w>Mnie, com kiedy wyjeżdżał z mojego zaścianku,</w>
    <w>To liczniejszy dwór miałem niżeli książęcy!</w>
    <w>Kiedym szablę dostawał, to kilka tysięcy</w>
    <w>Szabel błyszczało wkoło, strasząc zamki pańskie!</w>
    <w>A potem ze mnie dzieci śmiały się włościańskie!</w>
    <w>Tak zrobiłem się nagle w oczach ludzkich lichy!</w>
    <w>Jacek Soplica! &mdash; Kto zna, co jest czucie pychy&ellipsis;&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Tu Bernardyn osłabiał i upadł na łoże,</w>
    <w>A Klucznik rzekł wzruszony: &lguillemet;Wielkie sądy Boże!</w>
    <w>Prawda! prawda! więc to ty? i tyżeś to, Jacku</w>
    <w>Soplico? pod kapturem? żyłeś po żebracku!</w>
    <w>Ty, którego pamiętam, gdy zdrowy, rumiany,</w>
    <w>Piękny szlachcic, gdy tobie pochlebiały pany,</w>
    <w>Gdy za tobą kobiety szalały! Wąsalu!</w>
    <w>Nie tak to dawno! takeś zestarzał się z żalu!</w>
    <w>Jakżem ciebie nie poznał po owym wystrzale,</w>
    <w>Kiedyś tak do niedźwiedzia trafił doskonale?</w>
    <w>Bo nad ciebie nie miała strzelca Litwa nasza,</w>
    <w>Byłeś także po Maćku pierwszy do pałasza!</w>
    <w>Prawda! o tobie niegdyś śpiewały szlachcianki:</w>
    <w>Oto Jacek wąs kręci, trzęsą się zaścianki,</w>
    <w>A komu na swym wąsie węzełek zawiąże,</w>
    <w>Ten zadrży, choćby to był sam Radziwiłł książę&rguillemet;.</w>
    <w>Zawiązałeś ty węzeł i mojemu Panu!</w>
    <w>Nieszczęśniku! i tyżeś? do takiego stanu?</w>
    <w>Jacek Wąsal kwestarzem! wielkie sądy boże!</w>
    <w>I teraz! ha! bezkarnie ujść tobie nie może,</w>
    <w>Przysiągłem: kto Horeszków krwi kroplę wysączył&ellipsis;&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem Ksiądz na łożu usiadł i tak kończył:</w>
    <w>&lguillemet;Jeździłem koło zamku; ile biesów w głowie</w>
    <w>I w sercu miałem, kto ich imiona wypowie!</w>
    <w>Stolnik! zabija dziecię własne, mnie już zabił,</w>
    <w>Zniszczył &mdash; jadę pod bramę, szatan mię tam wabił.</w>
    <w>Patrz, jak on hula! co dzień w zamku pijatyka,</w>
    <w>Ile świec w oknach, jaka brzmi w salach muzyka!</w>
    <w>I ten zamek na łysą głowę mu nie runie &mdash;</w>
    <w>Pomyśl o zemście, to wnet szatan broń podsunie.</w>
    <w>Ledwiem pomyślił, szatan nasyła Moskali.</w>
    <w>Stałem patrząc; wiesz, jak wasz zamek szturmowali.<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Bo fałsz, żebym był w jakiej z Moskalami zmowie.<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Patrzyłem; różne myśli snuły się po głowie.</w>
    <w>Zrazu z uśmiechem głupim, jak na pożar dziecko,</w>
    <w>Patrzyłem, potem radość uczułem zbójecką,</w>
    <w>Czekając, rychło zacznie palić się i walić;</w>
    <w>Czasem myśl przychodziła skoczyć, ją ocalić,</w>
    <w>Nawet Stolnika. &mdash;<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Broniliście się, ty wiesz, dzielnie i przytomnie,</w>
    <w>Zdziwiłem się; Moskale padali wkoło mnie,</w>
    <w>Bydlęta, źle strzelają! &mdash; na widok ich klęski</w>
    <w>Złość mię znowu porwała. &mdash; Ten Stolnik zwycięski!</w>
    <w>I tak-że mu na świecie wszystko się powodzi?</w>
    <w>I z tej strasznej napaści z tryumfem wychodzi?</w>
    <w>Odjeżdżałem ze wstydem &mdash; właśnie był poranek,</w>
    <w>Wtem ujrzałem, poznałem: wystąpił na ganek</w>
    <w>I brylantową szpinką ku słońcu migotał,</w>
    <w>I wąs pokręcał dumnie, i wzrok dumny miotał,</w>
    <w>I zdało mi się, że mnie szczególniej urągał,</w>
    <w>Że mnie poznał i ku mnie rękę <i>tak</i> wyciągał,</w>
    <w>Szydząc i grożąc. &mdash; Chwytam karabin Moskala,</w>
    <w>Ledwiem przyłożył, prawie nie mierzył &mdash; wypala!</w>
    <w>Wiesz!</w>
    <w>&lguillemet;Przeklęta broń ognista! kto mieczem zabija,</w>
    <w>Musi składać się, natrzeć, odbija, wywija,</w>
    <w>Może rozbroić wroga, miecz w pół drogi wstrzymać;</w>
    <w>Ale ta broń ognista, dosyć zamek imać,</w>
    <w>Chwila, jedna iskierka&ellipsis;<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Czyż uciekałem, kiedyś mierzył do mnie z góry?</w>
    <w>Utkwiłem oczy we dwie twojej broni rury,</w>
    <w>Rozpacz, jakiś żal dziwny do ziemi mnie przybił!</w>
    <w>Czemuż? ach, mój Gerwazy, czemuś wtenczas chybił?</w>
    <w>Łaskę byś zrobił! widać za pokutę grzechu</w>
    <w>Trzeba było&ellipsis;&rguillemet;<str/>Tu znowu brakło mu oddechu.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Bóg widzi, rzecze Klucznik, szczerze trafić chciałem!</w>
    <w>Ileż ty krwi wylałeś twoim jednym strzałem,</w>
    <w>Ileż klęsk spadło na nas i na twą rodzinę,</w>
    <w>A wszystko to przez Waszą, Panie Jacku, winę!</w>
    <w>A wszakże gdy dziś jegry Hrabię na cel wzięli,</w>
    <w>Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli,</w>
    <w>Tyś go zasłonił, i gdy Moskal do mnie palił,</w>
    <w>Tyś mię rzucił o ziemię, tak nas dwóch ocalił.</w>
    <w>Jeśli prawda, że jesteś księdzem zakonnikiem,</w>
    <w>Jużci sukienka broni cię przed Scyzorykiem.</w>
    <w>Bądź zdrów, więcej na waszym nie postanę progu,</w>
    <w>Z nami kwita, &mdash; zostawmy resztę Panu Bogu&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Jacek rękę wyciągnął, &mdash; cofnął się Gerwazy:</w>
    <w>&lguillemet;Nie mogę, rzekł, bez mego szlachectwa obrazy</w>
    <w>Dotykać rękę, takim morderstwem skrwawioną</w>
    <w>Z prywatnej zemsty, nie zaś <i>pro publico bono</i>&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale Jacek z poduszek na łoże upadłszy,</w>
    <w>Zwrócił się ku Sędziemu, a był coraz bladszy,</w>
    <w>I niespokojnie pytał o księdza plebana,</w>
    <w>I wołał na Klucznika: &lguillemet;Zaklinam Waćpana,</w>
    <w>Abyś został; wnet skończę, ledwie mam dość mocy</w>
    <w>Zakończyć &mdash; Panie Klucznik &mdash; ja umrę tej nocy!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Co, bracie? krzyknął Sędzia, widziałem, wszak rana</w>
    <w>Niewielka, co ty mówisz? po księdza plebana;</w>
    <w>Może źle opatrzono &mdash; zaraz po doktora,</w>
    <w>W apteczce jest&ellipsis;&rguillemet; Ksiądz przerwał: &lguillemet;Bracie, już nie pora.</w>
  <str/>
  
    <w>Miałem tam strzał dawniejszy, dostałem pod Jena,</w>
    <w>Źle zgojony, a teraz draśniono &mdash; gangrena</w>
    <w>Już tu &mdash; znam się na ranach, patrz, jaka krew czarna,</w>
    <w>Jak sadza, co tu doktor? ale to rzecz marna,</w>
    <w>Raz umieramy, jutro czy dziś oddać duszę &mdash;</w>
    <w>Panie Klucznik, przebaczysz mnie, ja skończyć muszę!<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Jest w tym zasługa nie chcieć zostać winowajcą</w>
    <w>Narodowym, choć naród okrzyczy cię zdrajcą!</w>
    <w>Zwłaszcza w kim taka, jaka była we mnie duma!<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Imię zdrajcy przylgnęło do mnie jako dżuma.</w>
    <w>Odwracali ode mnie twarz obywatele,</w>
    <w>Uciekali ode mnie dawni przyjaciele,</w>
    <w>Kto był lękliwy, z dala witał się i stronił;</w>
    <w>Nawet lada chłop, lada Żyd, choć się pokłonił,</w>
    <w>To mię z boku szyderskim przebijał uśmiechem;</w>
    <w>Wyraz &lguillemet;zdrajca&rguillemet; brzmiał w uszach, odbijał się echem</w>
    <w>W domie, w polu; ten wyraz od rana do mroku</w>
    <w>Wił się przede mną, jako plama w chorym oku.</w>
    <w>Przecież nie byłem zdrajcą kraju.<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Moskwa mnie uważała gwałtem za stronnika,</w>
    <w>Dano Soplicom znaczną część dóbr nieboszczyka,</w>
    <w>Targowiczanie potem chcieli mnie zaszczycić</w>
    <w>Urzędem. &mdash; Gdybym wtenczas chciał się przemoskwicić!</w>
    <w>Szatan radził &mdash; już byłem możny i bogaty;</w>
    <w>Gdybym został Moskalem? najpierwsze magnaty</w>
    <w>Szukałyby mych względów; nawet szlachta braty,</w>
    <w>Nawet gmin, który swoim tak łacnie uwłacza,</w>
    <w>Tym, którzy Moskwie służą, szczęśliwszym &mdash; przebacza!</w>
    <w>Wiedziałem to, a przecież &mdash; nie mogłem.<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Uciekłem z kraju!</w>
    <w>Gdziem nie był! com nie cierpiał!<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Ale Bóg raczył lekarstwo jedyne objawić.</w>
    <w>Poprawić się potrzeba było i naprawić</w>
    <w>Ile możności to&ellipsis;<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Córka Stolnika, ze swym mężem wojewodą</w>
    <w>Gdzieś w Sybir wywieziona, tam umarła młodo;</w>
    <w>Zostawiła tę w kraju córkę, małą Zosię,</w>
    <w>Kazałem ją hodować.<str/>* * *</w>
    <w>&lguillemet;Bardziej niźli z miłości, może z głupiej pychy</w>
    <w>Zabiłem; więc pokora, wszedłem między mnichy,</w>
    <w>Ja, niegdyś dumny z rodu, ja, com był junakiem,</w>
    <w>Spuściłem głowę, kwestarz, zwałem się Robakiem,</w>
    <w>Że jako robak w prochu&ellipsis;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Zły przykład dla Ojczyzny, zachętę do zdrady</w>
    <w>Trzeba było okupić dobrymi przykłady,</w>
    <w>Krwią, poświęceniem się&ellipsis;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Biłem się za kraj; gdzie? jak? zmilczę; nie dla chwały</w>
    <w>Ziemskiej biegłem tylekroć na miecze, na strzały.</w>
    <w>Milej sobie wspominam, nie dzieła waleczne</w>
    <w>I głośne, ale czyny ciche, użyteczne,</w>
    <w>I cierpienia, których nikt&ellipsis;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Udało mi się nieraz do kraju przedzierać,</w>
    <w>Rozkazy wodzów nosić, wiadomości zbierać,</w>
    <w>Układać zmowy &mdash; znają i Galicyjanie</w>
    <w>Ten kaptur mnisi &mdash; znają i Wielkopolanie!</w>
    <w>Pracowałem przy taczkach rok w pruskiej fortecy,</w>
    <w>Trzy razy Moskwa kijmi zraniła me plecy,</w>
    <w>Raz już wiedli na Sybir; potem Austryjacy</w>
    <w>W Szpilbergu zakopali mnie w lochach do pracy,</w>
    <w>W <i>carcer durum</i> &mdash; a Pan Bóg wybawił mię cudem</w>
    <w>I pozwolił umierać między swoim ludem,</w>
    <w>Z Sakramentami.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Może i teraz, kto wie? możem znowu zgrzeszył!</w>
    <w>Możem nad rozkaz wodzów powstanie przyśpieszył!</w>
    <w>Ta myśl, że dom Sopliców pierwszy się uzbroi,</w>
    <w>Że pierwszą Pogoń w Litwie zatkną krewni moi!&ellipsis;</w>
    <w>Ta myśl&ellipsis; zdaje się czysta&ellipsis;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Chciałeś zemsty? masz! boś ty był narzędziem kary</w>
    <w>Bożej! twoim Bóg mieczem rozciął me zamiary.</w>
    <w>Tyś wątek spisku, tyle lat snowany, splątał!</w>
    <w>Cel wielki, który całe życie me zaprzątał,</w>
    <w>Ostatnie moje ziemskie uczucie na świecie,</w>
    <w>Którem tulił, hodował, jak najmilsze dziecię,</w>
    <w>Tyś zabił w oczach ojca, a jam ci przebaczył!</w>
    <w>Ty!&ellipsis;&rguillemet;<str/>&lguillemet;Oby tylko równie Bóg przebaczyć raczył!</w>
    <w>Przerwał Klucznik; jeżeli masz przyjąć wijatyk,</w>
    <w>Księże Jacku, toć ja nie luter, nie syzmatyk!</w>
    <w>Kto umierającego smuci, wiem, że grzeszy.</w>
    <w>Powiem tobie coś, pewnie to ciebie pocieszy.</w>
    <w>Kiedy nieboszczyk Pan mój upadał zraniony,</w>
    <w>A ja, klęcząc nad jego piersią pochylony</w>
    <w>I miecz maczając w ranę, zemstę zaprzysiągnął,</w>
    <w>Pan głowę wstrząsnął, rękę ku bramie wyciągnął</w>
    <w>W stronę, gdzie stałeś, i krzyż w powietrzu naznaczył;</w>
    <w>Mówić nie mógł, lecz dał znak, że zbójcy przebaczył.</w>
    <w>Ja też pojąłem, ale tak się z gniewu wściekłem,</w>
    <w>Że o tym krzyżu nigdy i słowa nie rzekłem&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Tu rozmowę przerwały chorego cierpienia</w>
    <w>I nastąpiła długa godzina milczenia.</w>
    <w>Oczekują plebana. &mdash; Podkowy zagrzmiały,</w>
    <w>Zastukał do komnaty Arendarz zdyszały,</w>
    <w>List ma ważny, samemu Jackowi pokaże;</w>
    <w>Jacek bratu oddaje, głośno czytać każe.</w>
    <w>List od Fiszera, który był natenczas szefem</w>
    <w>Sztabu armiji polskiej pod Księciem Józefem.</w>
    <w>Donosi, że w cesarskim tajnym gabinecie</w>
    <w>Stanęła wojna; Cesarz już po całym świecie</w>
    <w>Ogłasza ją; sejm walny w Warszawie zwołany,</w>
    <w>I skonfederowane Mazowieckie Stany</w>
    <w>Wyrzeką uroczyście przyłączenie Litwy.</w>
  <str/>
  
    <w>Jacek, słuchając, cicho odmówił modlitwy;</w>
    <w>Przycisnąwszy do piersi święconą gromnicę,</w>
    <w>Podniósł w niebo zatlone nadzieją źrenice</w>
    <w>I zalał się ostatnich łez rozkosznych zdrojem:</w>
    <w>&lguillemet;Teraz, rzekł, Panie, sługę Twego puść z pokojem!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Wszyscy uklękli; a wtem ozwał się pod progiem</w>
    <w>Dzwonek: znak, że przyjechał pleban z Panem Bogiem.</w>
  <str/>
  
    <w>Właśnie już noc schodziła i przez niebo mleczne,</w>
    <w>Różowe, biegą pierwsze promyki słoneczne.</w>
    <w>Wpadły przez szyby jako strzały brylantowe,</w>
    <w>Odbiły się na łożu o chorego głowę</w>
    <w>I ubrały mu złotem oblicze i skronie,</w>
    <w>Że błyszczał jako święty w ognistej koronie.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga jedenasta</numer>
  <tytul>Rok 1812</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Wróżby wiosenne.</rzecz>
    <rzecz>Wkroczenie wojsk.</rzecz>
    <rzecz>Nabożeństwo.</rzecz>
    <rzecz>Rehabilitacja urzędowa śp. Jacka Soplicy.</rzecz>
    <rzecz>Z rozmów Gerwazego i Protazego wnosić można bliski koniec procesu.</rzecz>
    <rzecz>Umizgi ułana z dziewczyną.</rzecz>
    <rzecz>Rozstrzyga się spór o Kusego i Sokoła.</rzecz>
    <rzecz>Za czym goście zgromadzają się na biesiadę.</rzecz>
    <rzecz>Przedstawienie wodzom par narzeczonych.</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!</w>
    <w>Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,</w>
    <w>A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy</w>
    <w>O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy.</w>
    <w>Z dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudem</w>
    <w>I poprzedzony głuchą wieścią między ludem;</w>
    <w>Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcem</w>
    <w>Jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem,</w>
    <w>Jakieś oczekiwanie tęskne i radosne.</w>
  <str/>
  
    <w>Kiedy pierwszy raz bydło wygnano na wiosnę,</w>
    <w>Uważano, że chociaż zgłodniałe i chude,</w>
    <w>Nie biegło na ruń, co już umaiła grudę,</w>
    <w>Lecz kładło się na rolę i schyliwszy głowy</w>
    <w>Ryczało albo żuło swój pokarm zimowy.</w>
  <str/>
  
    <w>I wieśniacy ciągnący na jarzynę pługi</w>
    <w>Nie cieszą się, jak zwykle, z końca zimy długiej,</w>
    <w>Nie śpiewają piosenek, pracują leniwo,</w>
    <w>Jakby nie pamiętali na zasiew i żniwo.</w>
    <w>Co krok wstrzymują woły i podjezdki w bronie</w>
    <w>I poglądają z trwogą ku zachodniej stronie,</w>
    <w>Jakby z tej strony miał się objawić cud jaki,</w>
    <w>I uważają z trwogą wracające ptaki.</w>
    <w>Bo już bocian przyleciał do rodzinnej sosny</w>
    <w>I rozpiął skrzydła białe, wczesny sztandar wiosny;</w>
    <w>A za nim, krzykliwymi nadciągnąwszy pułki,</w>
    <w>Gromadziły się ponad wodami jaskółki</w>
    <w>I z ziemi zmarzłej brały błoto na swe domki.</w>
    <w>W wieczór słychać w zaroślach szept ciągnącej słomki,</w>
    <w>I stada dzikich gęsi szumią ponad lasem,</w>
    <w>I znużone na popas spadają z hałasem,</w>
    <w>A w głębi ciemnej nieba wciąż jęczą żurawie.</w>
    <w>Słysząc to nocni stróże pytają w obawie,</w>
    <w>Skąd w królestwie skrzydlatym tyle zamieszania,</w>
    <w>Jaka burza te ptaki tak wcześnie wygania.</w>
  <str/>
  
    <w>Aż oto nowe stada, jakby gilów, siewek</w>
    <w>I szpaków, stada jasnych kit i chorągiewek</w>
    <w>Zajaśniały na wzgórkach, spadają na błonie.</w>
    <w>Konnica! dziwne stroje, nie widziane bronie,</w>
    <w>Pułk za pułkiem, a środkiem, jak stopione śniegi,</w>
    <w>Płyną drogami kute żelazem szeregi;</w>
    <w>Z lasów czernią się czapki, rzęd bagnetów błyska,</w>
    <w>Roją się niezliczone piechoty mrowiska.</w>
  <str/>
  
    <w>Wszyscy na północ: rzekłbyś, iż wonczas z <emph>wyraju</emph></w>
    <w>Za ptastwem i lud ruszył do naszego kraju,</w>
    <w>Pędzony niepojętą, instynktową mocą.</w>
  <str/>
  
    <w>Konie, ludzie, armaty, orły dniem i nocą</w>
    <w>Płyną; na niebie górą tu i ówdzie łuny,</w>
    <w>Ziemia drży, słychać, biją stronami pioruny. &mdash;</w>
  <str/>
  
    <w>Wojna! wojna! Nie było w Litwie kąta ziemi,</w>
    <w>Gdzie by jej huk nie doszedł; pomiędzy ciemnemi</w>
    <w>Puszczami chłop, którego dziady i rodzice</w>
    <w>Pomarli nie wyjrzawszy za lasu granice,</w>
    <w>Który innych na niebie nie rozumiał krzyków</w>
    <w>Prócz wichrów, a na ziemi prócz bestyi ryków,</w>
    <w>Gości innych nie widział oprócz spółleśników, &mdash;</w>
    <w>Teraz widzi: na niebie dziwna łuna pała,</w>
    <w>W puszczy łoskot, to kula od jakiegoś działa,</w>
    <w>Zbłądziwszy z pola bitwy, dróg w lesie szukała</w>
    <w>Rwąc pnie, siekąc gałęzie. Żubr, brodacz sędziwy,</w>
    <w>Zadrżał we mchu, najeżył długie włosie grzywy,</w>
    <w>Wstaje na wpół, na przednich nogach się opiera</w>
    <w>I potrząsając brodą zdziwiony spoziera</w>
    <w>Na błyskające nagle między łomem zgliszcze:</w>
    <w>Był to zbłąkany granat, kręci się, wre, świszcze,</w>
    <w>Pękł z hukiem jakby piorun; żubr pierwszy raz w życiu</w>
    <w>Zląkł się i uciekł w głębszym schować się ukryciu.</w>
  <str/>
  
    <w>Bitwa! gdzie? w której stronie? pytają młodzieńce,</w>
    <w>Chwytają broń, kobiety wznoszą w niebo ręce,</w>
    <w>Wszyscy pewni zwycięstwa, wołają ze łzami:</w>
    <w>&lguillemet;Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju</w>
    <w>Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!</w>
    <w>O wiosno, kto cię widział, jak byłaś kwitnąca</w>
    <w>Zbożami i trawami, a ludźmi błyszcząca,</w>
    <w>Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!</w>
    <w>Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!</w>
    <w>Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,</w>
    <w>Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.</w>
  <str/>
  
    <w>Soplicowo leżało tuż przy wielkiej drodze,</w>
    <w>Którą od strony Niemna ciągnęli dwaj wodze:</w>
    <w>Nasz Książę Józef i król westfalski Hieronim.</w>
    <w>Już zajęli część Litwy od Grodna po Słonim,</w>
    <w>Gdy król rozkazał wojsku dać trzy dni wytchnienia</w>
    <w>Ale polscy żołnierze mimo utrudzenia</w>
    <w>Skarżyli się, że król im marszu nie dozwala,</w>
    <w>Tak radzi by co prędzej doścignąć Moskala.</w>
  <str/>
  
    <w>W mieście pobliskim stanął główny sztab książęcy,</w>
    <w>A w Soplicowie obóz czterdziestu tysięcy</w>
    <w>I ze sztabami swymi jenerał Dąbrowski,</w>
    <w>Kniaziewicz, Małachowski, Giedrojć i Grabowski.</w>
  <str/>
  
    <w>Późno było, gdy weszli; więc każdy, gdzie może,</w>
    <w>Zabierają kwatery w zamczysku, we dworze;</w>
    <w>Skoro dano rozkazy, rozstawiono czaty,</w>
    <w>Każdy strudzony poszedł spać do swej komnaty.</w>
    <w>Z nocą wszystko ucichło: obóz, dwór i pole;</w>
    <w>Widać tylko, jak cienie, błądzące patrole</w>
    <w>I gdzieniegdzie błyskania ognisk obozowych,</w>
    <w>Słychać kolejne hasła stanowisk wojskowych.</w>
  <str/>
  
    <w>Spali: gospodarz domu, wodze i żołnierze;</w>
    <w>Oczu tylko Wojskiego sen słodki nie bierze ;</w>
    <w>Bo Wojski ma na jutro biesiadę wyprawić,</w>
    <w>Którą chce dom Sopliców na wiek wieków wsławić:</w>
  <str/>
  
    <w>Biesiadę, godną miłych sercom polskim gości</w>
    <w>I odpowiedną wielkiej dnia uroczystości,</w>
    <w>Co jest świętem kościelnym i świętem rodziny:</w>
    <w>Jutro odbyć się mają trzech par zaręczyny,</w>
    <w>Zaś jenerał Dąbrowski oświadczył z wieczora,</w>
    <w>Że chce mieć obiad polski.<str/>Choć spóźniona pora,</w>
    <w>Wojski zebrał co prędzej z sąsiedztwa kucharzy;</w>
    <w>Pięciu ich było, służą, on sam gospodarzy.</w>
    <w>Jako kuchmistrz białym się fartuchem opasał,</w>
    <w>Wdział szlafmycę, a ręce do łokciów zakasał;</w>
    <w>W ręku ma plackę muszą, owad lada jaki</w>
    <w>Odpędza, wpadający chciwie na przysmaki;</w>
    <w>Drugą ręką przetarte okulary włożył,</w>
    <w>Dobył z zanadrza księgę, odwinął, otworzył.</w>
  <str/>
  
    <w>Księga ta miała tytuł: <i>Kucharz doskonały</i>.</w>
    <w>W niej spisane dokładnie wszystkie specyjały</w>
    <w>Stołów polskich; podług niej Hrabia na Tęczynie</w>
    <w>Dawał owe biesiady we włoskiej krainie,</w>
    <w>Którym się Ojciec Święty Urban Ósmy dziwił;</w>
    <w>Podług niej później Karol-Kochanku-Radziwiłł,</w>
    <w>Gdy przyjmował w Nieświżu króla Stanisława,</w>
    <w>Sprawił pamiętną ową ucztę, której sława</w>
    <w>Dotąd żyje na Litwie we gminnej powieści.</w>
  <str/>
  
    <w>Co Wojski wyczytawszy pojmie i obwieści,</w>
    <w>To natychmiast kucharze robią umiejętni.</w>
    <w>Wre robota, pięćdziesiąt nożów w stoły tętni,</w>
    <w>Zwijają się kuchciki czarne jak szatany:</w>
    <w>Ci niosą drwa, ci z mlekiem i z winem sagany,</w>
    <w>Leją w kotły, skowrody, w rondle, dym wybucha;</w>
    <w>Dwóch kuchcików przy piecu siedzi, w mieszki dmucha,</w>
    <w>Wojski, ażeby ogień tym łacniej rozpalać,</w>
    <w>Rozkazał stopionego masła na drwa nalać</w>
    <w>(Zbytek ten dozwolony jest w dostatnim domu).</w>
    <w>Kuchciki sypią w ogień suche pęki łomu.</w>
    <w>Inni na rożny sadzą ogromne pieczenie</w>
    <w>Wołowe, sarnie, combry dzicze i jelenie;</w>
    <w>Ci skubią stosy ptastwa, lecą puchów chmury,</w>
    <w>Obnażają się głuszce, cietrzewie i kury.</w>
    <w>Lecz kur niewiele było; od owej wyprawy,</w>
    <w>Którą w czasie zajazdu Dobrzyński Sak krwawy</w>
    <w>Zrobił na kurnik, kędy Zosi gospodarstwo</w>
    <w>Zniszczył nie zostawiwszy sztuki na lekarstwo:</w>
    <w>Jeszcze nie mogło ptastwem zakwitnąć na nowo</w>
    <w>Sławne niegdyś ze drobiu swego Soplicowo.</w>
    <w>Zresztą zaś mięs wszelkich był wielki dostatek,</w>
    <w>Co się zgromadzić dało i z domu, i z jatek,</w>
    <w>I z lasów, i z sąsiedztwa, z bliska i z daleka:</w>
    <w>Rzekłbyś, ptasiego tylko niedostaje mleka.</w>
    <w>Dwie rzeczy, których hojny pan uczty szuka,</w>
    <w>Łączą się w Soplicowie: dostatek i sztuka.</w>
  <str/>
  
    <w>Już wschodził uroczysty dzień <emph>Najświętszej Panny</emph></w>
    <w><emph>Kwietnej</emph>; pogoda była prześliczna, czas ranny,</w>
    <w>Niebo czyste, wokoło ziemi obciągnięte,</w>
    <w>Jako morze wiszące, ciche, wklęsło-wgięte;</w>
    <w>Kilka gwiazd świeci z głębi, jako perły ze dna</w>
    <w>Przez fale; z boku chmurka biała, sama jedna</w>
    <w>Podlatuje i skrzydła w błękicie zanurza,</w>
    <w>Podobne do niknących piór Anioła Stróża,</w>
    <w>Który nocną modlitwą ludzi przytrzymany</w>
    <w>Spóźnił się, śpieszy wracać między spółniebiany.</w>
  <str/>
  
    <w>Już ostatnie perły gwiazd zamierzchły i na dnie</w>
    <w>Niebios zgasły, i niebo środkiem czoła blednie,</w>
    <w>Prawą skronią złożone na wezgłowiu cieni</w>
    <w>Jeszcze smagławe, lewą coraz się rumieni;</w>
    <w>A dalej okrąg jakby powieka szeroka</w>
    <w>Rozsuwa się i w środku widać białek oka,</w>
    <w>Widać tęczę, źrenicę &mdash; już promień wytrysnął,</w>
    <w>Po okrągłych niebiosach wygięty przebłysnął</w>
    <w>I w białej chmurce jako złoty grot zawisnął.</w>
    <w>Na ten strzał, na dnia hasło, pęk ogniów wylata,</w>
    <w>Tysiąc rac krzyżuje się po okręgu świata,</w>
    <w>A oko słońca weszło. &mdash; Jeszcze nieco senne,</w>
    <w>Przymruża się, drżąc wstrząsa swe rzęsy promienne,</w>
    <w>Siedmią barw błyszczy razem: szafirowe razem,</w>
    <w>Razem krwawi się w rubin i żółknie topazem,</w>
    <w>Aż rozlśniło się jako kryształ przezroczyste,</w>
    <w>Potem jak brylant światłe, na koniec ogniste,</w>
    <w>Jak księżyc wielkie, jako gwiazda migające:</w>
    <w>Tak po nieźmiernym niebie szło samotne słońce.</w>
  <str/>
  
    <w>Dziś pospólstwo litewskie z całej okolicy</w>
    <w>Zebrało się przed wschodem wokoło kaplicy,</w>
    <w>Jak gdyby na nowego ogłoszenie cudu.</w>
    <w>Zbiór ten pochodził w części z pobożności ludu,</w>
    <w>A w części z ciekawości: bo dziś w Soplicowie</w>
    <w>Na nabożeństwie mają być jenerałowie,</w>
    <w>Sławni dowódcy owi naszych legijonów,</w>
    <w>Których lud znał imiona i czcił jak patronów,</w>
    <w>Których wszystkie tułactwa, wyprawy i bitwy</w>
    <w>Były ewangeliją narodową Litwy.</w>
  <str/>
  
    <w>Już przyszło oficerów kilku, tłum żołnierzy;</w>
    <w>Lud ich otacza, patrzy, ledwie oczom wierzy</w>
    <w>Oglądając rodaków mundury noszących,</w>
    <w>Zbrojnych, wolnych i polskim językiem mówiących.</w>
  <str/>
  
    <w>Wyszła msza &mdash; nie obejmie świątynia maleńka</w>
    <w>Całego zgromadzenia; lud na trawie klęka,</w>
    <w>Patrząc we drzwi kaplicy, odkrywają głowy:</w>
    <w>Włos litewskiego ludu, biały albo płowy,</w>
    <w>Pozłacał się jako łan dojrzałego żyta;</w>
    <w>Gdzieniegdzie kraśna główka dziewicza wykwita,</w>
    <w>Ubrana w świeże kwiaty albo w pawie oczy</w>
    <w>I wstęgi rozplecione, ozdoby warkoczy,</w>
    <w>Śród głów męskich, jak w zbożu bławat i kąkole.</w>
    <w>Klęczący różnobarwny tłum okrywa pole,</w>
    <w>A na głos dzwonka, niby na wiatru powianie,</w>
    <w>Chylą się wszystkie głowy jak kłosy na łanie.</w>
  <str/>
  
    <w>Wieśniaczki dziś na ołtarz Matki Zbawiciela</w>
    <w>Niosą pierwszy dar wiosny, świeże snopki ziela;</w>
    <w>Wszystko wkoło ubrane w bukiety i w wianki,</w>
    <w>Ołtarz, obraz, a nawet dzwonnica i ganki.</w>
    <w>Czasem poranny wietrzyk, gdy ze wschodu wionie,</w>
    <w>Zrywa wianki i rzuca na klęczących skronie,</w>
    <w>I rozlewa jak z mszalnej kadzielnicy wonie.</w>
  <str/>
  
    <w>A gdy w kościele było po mszy i kazaniu,</w>
    <w>Wyszedł przewodniczący całemu zebraniu</w>
    <w>Podkomorzy, niedawno przez powiatu stany</w>
    <w>Zgodnie konfederackim marszałkiem obrany.</w>
    <w>Miał mundur województwa: żupan złotem szyty,</w>
    <w>Kontusz gredyturowy z frędzlą i pas lity,</w>
    <w>Przy którym karabela z głownią jaszczurową;</w>
    <w>Na szyi świecił wielką szpinką brylantową;</w>
    <w>Konfederatka biała, a na niej pęk gruby</w>
    <w>Drogich piórek, były to białych czapel czuby</w>
    <w>(Na fest kładnie się tylko kitka tak bogata,</w>
    <w>Której każde pióreczko kosztuje dukata).</w>
    <w>Tak ubrany, na wzgórek wstąpił przed kościołem,</w>
    <w>Wieśniacy i żołnierstwo ścisnęło się kołem,</w>
    <w>On rzekł:<str/>Bracia! ogłosił wam ksiądz na ambonie</w>
    <w>Wolność, którą Cesarz-Król przywrócił Koronie,</w>
    <w>A teraz Litewskiemu Księstwu, Polszcze całej</w>
    <w>Przywraca; słyszeliście rządowe uchwały</w>
    <w>I zwołujące walny sejm uniwersały.</w>
    <w>Ja tylko mam słów parę przemówić do gminy,</w>
    <w>W rzeczy, która się tycze Sopliców rodziny,</w>
    <w>Tutejszych panów.<str/>&lguillemet;Cała pomni okolica,</w>
    <w>Co tu zbroił nieboszczyk &mdash; pan Jacek Soplica;</w>
    <w>Ale kiedy o grzechach jego wszyscy wiecie,</w>
    <w>Czas i zasługi jego ogłosić na świecie.</w>
    <w>Obecni tu są naszych wojsk jenerałowie,</w>
    <w>Od których usłyszałem wszystko, co wam mówię</w>
    <w>Ten Jacek nie był umarł (jak głoszono) w Rzymie,</w>
    <w>Tylko odmienił życie dawne, stan i imię;</w>
    <w>A wszystkie przeciw Bogu i Ojczyźnie winy</w>
    <w>Zgładził, przez żywot święty i przez wielkie czyny.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;On to pod Hohenlinden, gdy Ryszpans jenerał</w>
    <w>Na pół pobity już się do odwrotu zbierał</w>
    <w>Nie wiedząc, że Kniaziewicz ciągnie ku odsieczy,</w>
    <w>On to Jacek, zwan Robak, śród grotów i mieczy</w>
    <w>Przeniósł od Kniaziewicza listy Ryszpansowi,</w>
    <w>Donoszące, że nasi biorą tył wrogowi.</w>
    <w>On potem w Hiszpaniji, gdy nasze ułany</w>
    <w>Zdobyły Samosiery grzbiet oszańcowany,</w>
    <w>Obok Kozietulskiego był ranny dwa razy!</w>
    <w>Następnie, jak wysłaniec, z tajnymi rozkazy</w>
    <w>Biegał po różnych stronach ducha ludzi badać,</w>
    <w>Towarzystwa tajemne wiązać i zakładać;</w>
    <w>Na koniec w Soplicowie, w swym ojczystym gnieździe,</w>
    <w>Gdy gotował powstanie, zginął na zajeździe.</w>
    <w>Właśnie o jego śmierci nadeszła wiadomość</w>
    <w>Do Warszawy w tę chwilę, gdy Cesarz Jegomość</w>
    <w>Raczył mu dać za dawne czyny bohaterskie</w>
    <w>Legiji honorowej znaki kawalerskie.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Owoż te wszystkie rzeczy mając na uwadze,</w>
    <w>Ja, reprezentujący województwa władzę,</w>
    <w>Moją konfederacką ogłaszam wam laską:</w>
    <w>Że Jacek wierną służbą i cesarską łaską</w>
    <w>Zniósł infamiji plamę, powraca do cześci</w>
    <w>I znowu się w rzęd prawych patryjotów mieści;</w>
    <w>Więc kto będzie śmiał Jacka zmarłego rodzinie</w>
    <w>Wspomnieć kiedy o dawnej, zagładzonej winie,</w>
    <w>Ten podpadnie za karę takiego wyrzutu</w>
    <w><i>Gravis notae maculae</i>, wedle słów Statutu</w>
    <w>Karzących tak <i>militem</i> jak i skartabella,</w>
    <w>Co by siał infamiją na obywatela;</w>
    <w>A że teraz jest równość, więc artykuł trzeci</w>
    <w>Obowiązuje równie i mieszczan, i kmieci.</w>
    <w>Ten wyrok marszałkowski pan Pisarz umieści</w>
    <w>W aktach Jeneralności, a Woźny obwieści.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Co się tycze legiji honorowej krzyża,</w>
    <w>Że późno przyszedł, nic to sławie nie ubliża;</w>
    <w>Jeśli Jackowi nie mógł służyć ku ozdobie,</w>
    <w>Niech służy ku pamiątce, wieszam go na grobie</w>
    <w>Trzy dni tu będzie wisiał, potem do kaplicy</w>
    <w>Złoży się, jako wotum dla Boga Rodzicy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>To powiedziawszy, order wydobył z pokrowca</w>
    <w>I zawiesił na skromnym krzyżyku grobowca</w>
    <w>Uwiązaną w kokardę wstążeczkę czerwoną,</w>
    <w>I krzyż biały gwiaździsty ze złotą koroną;</w>
    <w>Przeciw słońcu promienie gwiazdy zajaśniały</w>
    <w>Jako ostatni odbłysk ziemskiej Jacka chwały.</w>
    <w>Tymczasem lud na klęczkach Anioł Pański mowi</w>
    <w>Upraszając o wieczny pokój grzesznikowi;</w>
    <w>Sędzia obchodzi gości i wiejską gromadę,</w>
    <w>Wszystkich do Soplicowa wzywa na biesiadę.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale na przyzbie domu usiedli dwaj starce,</w>
    <w>Mając u kolan pełne miodu dwa półgarce;</w>
    <w>Patrzą w sad, gdzie śród pączków barwistego maku</w>
    <w>Stał ułan jak słonecznik, w błyszczącym kołpaku,</w>
    <w>Strojnym blachą złocistą i piórem koguta;</w>
    <w>Przy nim dziewczę w zielonej sukience jak ruta</w>
    <w>Pozioma, wznosi oczki błękitne jak bratki</w>
    <w>Ku oczom chłopca; dalej panny rwały kwiatki</w>
    <w>Po ogrodzie, umyślnie odwracając głowy</w>
    <w>Od kochanków, żeby im nie mieszać rozmowy.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale starce miód piją, tabakierką z kory</w>
    <w>Częstując się nawzajem, toczą rozhowory.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Tak, tak, mój Protazeńku&rguillemet; rzekł klucznik Gerwazy.</w>
    <w>&lguillemet;Tak, tak, mój Gerwazeńku&rguillemet; rzekł woźny Protazy.</w>
    <w>&lguillemet;Tak to, tak!&rguillemet; powtórzyli zgodnie kilka razy</w>
    <w>Kiwając w takt głowami; wreszcie Woźny rzecze:</w>
    <w>&lguillemet;Iż proces nasz kończy się dziwnie, ja nie przeczę;</w>
    <w>Wszakże były przykłady; pamiętam procesy,</w>
    <w>W których się działy gorsze niż u nas ekscesy,</w>
    <w>A intercyza cały zakończyła kłopot:</w>
    <w>Tak z Borzdobohatymi pogodził się Łopot,</w>
    <w>Krepsztulowie z Kupściami, Putrament z Pikturną,</w>
    <w>Z Odyńcami Mackiewicz, z Kwileckimi Turno.</w>
    <w>Co mówię! wszak Polacy miewali zamieszki</w>
    <w>Z Litwą, gorsze niżeli z Soplicą Horeszki,</w>
    <w>A gdy na rozum wzięła królowa Jadwiga,</w>
    <w>To się bez sądów owa skończyła intryga.</w>
    <w>Dobrze, gdy strony mają panny albo wdowy</w>
    <w>Na wydaniu: to zawsze kompromis gotowy.</w>
    <w>Najdłuższy proces zwykle bywa z duchowieństwem</w>
    <w>Katolickim albo też z bliskim pokrewieństwem,</w>
    <w>Bo wtenczas sprawy skończyć nie można małżeństwem.</w>
    <w>Stąd to Lachy z Rusami w sporach nieskończonych,</w>
    <w>Idąc z Lecha i Rusa, dwu braci rodzonych;</w>
    <w>Stąd się tyle procesów litewskich ciągnęło</w>
    <w>Długo z księżmi Krzyżaki, aż wygrał Jagiełło.</w>
    <w>Stąd na koniec <i>pendebat</i> długo przed aktami</w>
    <w>Sławny ów proces Rymszów z dominikanami,</w>
    <w>Aż wygrał wreszcie syndyk klasztorny ksiądz Dymsza,</w>
    <w>Skąd jest przysłowie: większy Pan Bóg niż pan Rymsza;</w>
    <w>Ja zaś dołożę: lepszy miód od Scyzoryka&rguillemet;.</w>
    <w>To mówiąc, półgarcówką przepił do Klucznika.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Prawda! prawda! rzekł na to Gerwazy wzruszony</w>
    <w>Dziwneć to były losy tej naszej Korony</w>
    <w>I naszej Litwy! wszak to jak małżonków dwoje!</w>
    <w>Bóg złączył, a czart dzieli, Bóg swoje, czart swoje!</w>
    <w>Ach, bracie Protazeńku! że to oczy nasze</w>
    <w>Widzą! że znowu do nas ci Koronijasze</w>
    <w>Zawitali! Służyłem ja z nimi przed laty,</w>
    <w>Pamiętam, dzielne były z nich konfederaty!</w>
    <w>Gdyby nieboszczyk pan mój Stolnik dożył chwili!</w>
    <w>O Jacku! Jacku! &mdash; lecz cóż będziemy kwilili?</w>
    <w>Skoro dziś znowu Litwa łączy się z Koroną,</w>
    <w>Toć tym samym już wszystko zgodzono, zgładzono&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;I to dziw, rzekł Protazy, że o tej to Zosi,</w>
    <w>O której rękę teraz nasz Tadeusz prosi,</w>
    <w>Było przed rokiem omen, jakoby znak z nieba!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Panną Zofiją, przerwał Klucznik, zwać ją trzeba,</w>
    <w>Bo już dorosła, nie jest dziewczyną maluczką,</w>
    <w>Przy tym z krwi dygnitarskiej, jest Stolnika wnuczką&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Owoż, kończył Protazy, był to znak proroczy</w>
    <w>O jej losie, widziałem znak na własne oczy.</w>
    <w>Przed rokiem tu siedziała w święto czeladź nasza</w>
    <w>Pijąc miód, alić patrzym: pęc, pada z poddasza</w>
    <w>Dwóch wróblów bijących się, oba samcy stare,</w>
    <w>Jeden młodszy cokolwiek, miał podgarle szare,</w>
    <w>Drugi czarne; dalejże tłuc się po podwórzu,</w>
    <w>Przewracać kulki, że aż zaryli się w kurzu;</w>
    <w>My patrzym, a tymczasem szepcą sobie sługi;</w>
    <w>Że ten czarny niech będzie Horeszko, a drugi</w>
    <w>Soplica; więc ilekroć szary był na górze,</w>
    <w>Krzyczą: &lquote;Wiwat Soplica! pfe, Horeszki tchórze!&rquote;</w>
    <w>A gdy spadał, wołali: &lquote;Popraw się, Soplica!</w>
    <w>Nie daj się magnatowi, to wstyd na szlachcica!&rquote;</w>
    <w>Tak śmiejąc się czekamy, kto kogo pokona;</w>
    <w>Wtem Zosieńka, nad ptastwem litością wzruszona,</w>
    <w>Podbiegła i nakryła rączką te rycerze,</w>
    <w>Jeszcze się w ręku bili, aż leciało pierze,</w>
    <w>Taka była zawziętość w tym maleńkim lichu.</w>
    <w>Baby patrząc na Zosię gadały po cichu,</w>
    <w>Że pewnie przeznaczeniem będzie tej dziewczyny</w>
    <w>Pogodzić dwie od dawna zwaśnione rodziny.</w>
    <w>A widzę, że się dzisiaj ziścił omen babi.</w>
    <w>Prawdać to, że naonczas myślano o Hrabi,</w>
    <w>Nie zaś o Tadeuszu&rguillemet;. Na to Klucznik rzecze:</w>
    <w>&lguillemet;Dziwne są sprawy w świecie, kto wszystko dociecze!</w>
    <w>Ja też powiem Waszeci rzecz, choć nie tak cudną</w>
    <w>Jak ów omen, a przecież do pojęcia trudną.</w>
    <w>Wiesz, iż dawniej rad bym był Sopliców rodzinę</w>
    <w>W łyżce wody utopić; a tego chłopczynę,</w>
    <w>Tadeusza, od dziecka nieźmierniem polubił.</w>
    <w>Uważałem, że gdy się z chłopiętami czubił,</w>
    <w>Zawsze ich zbił; więc ilekroć do zamku biegał,</w>
    <w>Jam go zawsze do trudnych imprezów podżegał.</w>
    <w>Wszystko mu się udało; czy wydrzeć gołębie</w>
    <w>Na wieży, czy jemiołę oberwać na dębie,</w>
    <w>Czyli z najwyższej sosny złupić wronie gniazdo,</w>
    <w>Wszystko umiał; myśliłem: pod szczęśliwą gwiazdą</w>
    <w>Urodził się ten chłopiec, szkoda, że Soplica!</w>
    <w>Któż by zgadł, że w nim zamku powitam dziedzica,</w>
    <w>Męża panny Zofiji, mej Wielmożnej Pani!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Tu skończyli rozmowę, piją zadumani,</w>
    <w>Słychać tylko niekiedy te krótkie wyrazy:</w>
    <w>&lguillemet;Tak, tak, Panie Gerwazy&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Tak, Panie Protazy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Przyzba tykała kuchni, której okna stały</w>
    <w>Otworem i dym jako z pożaru buchały,</w>
    <w>Aż z kłębów dymu, niby biała gołębica,</w>
    <w>Mignęła świecąca się kuchmistrza szlafmyca.</w>
    <w>Wojski przez okno kuchni, ponad starców głowy</w>
    <w>Wytknąwszy głowę, milczkiem słuchał ich rozmowy</w>
    <w>I podał im nareszcie filiżanki spodek</w>
    <w>Pełen biszkoktów, mówiąc: &lguillemet;Zakąście wasz miodek.</w>
    <w>A ja wam też opowiem historią ciekawą</w>
    <w>Sporu, który miał bitwą zakończyć się krwawą,</w>
    <w>Gdy polujący w głębi Nalibockich lasów</w>
    <w>Rejtan wypłatał sztukę książęciu Denassów.</w>
    <w>Tej sztuki omal własnym nie przypłacił zdrowiem;</w>
    <w>Jam kłótnię panów zgodził, jak to wam opowiem&rguillemet;.</w>
    <w>Ale Wojskiego powieść przerwali kucharze</w>
    <w>Pytając, komu serwis ustawiać rozkaże.</w>
  <str/>
  
    <w>Wojski odszedł, a starcy, zaczerpnąwszy miodu,</w>
    <w>Zadumani zwrócili oczy w głąb ogrodu,</w>
    <w>Gdzie ów dorodny ułan rozmawiał z panienką.</w>
    <w>Właśnie ułan ująwszy jej dłoń lewą ręką</w>
    <w>(Prawą miał na temlaku, widać, że był ranny),</w>
    <w>Z takimi odezwał się słowami do panny:</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Zofijo, musisz to mnie koniecznie powiedzieć,</w>
    <w>Nim zamienim pierścionki, muszę o tym wiedzieć.</w>
    <w>I cóż, że przeszłej zimy byłaś już gotowa</w>
    <w>Dać słowo mnie? Ja wtenczas nie przyjąłem słowa:</w>
    <w>Bo i cóż mi po takim wymuszonym słowie.</w>
    <w>Wtenczas bawiłem bardzo krótko w Soplicowie,</w>
    <w>Nie byłem taki próżny, ażebym się łudził,</w>
    <w>Żem jednym mem spojrzeniem miłość w tobie wzbudził;</w>
    <w>Ja nie fanfaron, chciałem mą własną zasługą</w>
    <w>Zyskać twe względy, choćby przyszło czekać długo.</w>
    <w>Teraz jesteś łaskawa twe słowo powtórzyć:</w>
    <w>Czymże na tyle łaski umiałem zasłużyć?</w>
    <w>Może mnie bierzesz, Zosiu, nie tak z przywiązania,</w>
    <w>Tylko że stryj i ciotka do tego cię skłania;</w>
    <w>Ale małżeństwo, Zosiu, jest rzecz wielkiej wagi,</w>
    <w>Radź się serca własnego, niczyjej powagi</w>
    <w>Tu nie słuchaj, ni stryja próśb, ni namów cioci;</w>
    <w>Jeśli nie czujesz dla mnie nic oprócz dobroci,</w>
    <w>Możem te zaręczyny czas jakiś odwlekać,</w>
    <w>Więzić twej woli nie chcę, będziem, Zosiu, czekać.</w>
    <w>Nic nas nie nagli, zwłaszcza że wczora wieczorem</w>
    <w>Dano mi rozkaz zostać w Litwie instruktorem</w>
    <w>W pułku tutejszym, nim się z mych ran nie wyleczę</w>
    <w>I cóż, kochana Zosiu?&rguillemet;<str/>Na to Zosia rzecze</w>
    <w>Wznosząc głowę i patrząc w oczy mu nieśmiało:</w>
    <w>&lguillemet;Nie pamiętam już dobrze, co się dawniej działo,</w>
    <w>Wiem, że wszyscy mówili, iż za mąż iść trzeba</w>
    <w>Za Pana; ja się zawsze zgadzam z wolą Nieba</w>
    <w>I z wolą starszych&rguillemet;. Potem spuściwszy oczęta</w>
    <w>Dodała: &lguillemet;Przed odjazdem, jeśli Pan pamięta,</w>
    <w>Kiedy umarł ksiądz Robak w ową burzę nocną,</w>
    <w>Widziałam, że Pan jadąc żałował nas mocno,</w>
    <w>Pan łzy miał w oczach; te łzy, powiem Panu szczerze,</w>
    <w>Wpadły mnie aż do serca; odtąd Panu wierzę,</w>
    <w>Że mnie lubisz; ilekroć mówiłam pacierze</w>
    <w>Za Pana powodzenie, zawsze przed oczami</w>
    <w>Stał Pan z tymi dużymi, błyszczącymi łzami.</w>
    <w>Potem Podkomorzyna do Wilna jeździła,</w>
    <w>Wzięła mię tam na zimę, alem ja tęskniła</w>
    <w>Do Soplicowa i do tego pokoiku,</w>
    <w>Gdzie mnie Pan naprzód w wieczor spotkał przy stoliku,</w>
    <w>Potem pożegnał; nie wiem, skąd pamiątka Pana,</w>
    <w>Coś niby jak rozsada w jesieni zasiana,</w>
    <w>Przez całą zimę w moim sercu się krzewiła,</w>
    <w>Że, jako mówię Panu, &mdash; ustawniem tęskniła</w>
    <w>Do tego pokoiku, i coś mi szeptało,</w>
    <w>Że tam znów Pana znajdę, i tak się też stało.</w>
    <w>Mając to w głowie, często też miałam na ustach</w>
    <w>Imię Pana &mdash; było to w Wilnie na zapustach;</w>
    <w>Panny mówiły, że ja jestem zakochana:</w>
    <w>Jużci, jeżeli kocham, to już chyba Pana&rguillemet;.</w>
    <w>Tadeusz, rad z takiego miłości dowodu,</w>
    <w>Wziął ją pod rękę, ścisnął i wyszli z ogrodu</w>
    <w>Do pokoju damskiego, do owej komnaty,</w>
    <w>Kędy Tadeusz mieszkał przed dziesięcią laty.</w>
  <str/>
  
    <w>Teraz bawił tam Rejent, cudnie wystrojony,</w>
    <w>I usługiwał damie, swojej narzeczonej,</w>
    <w>Biegając i podając sygnety, łańcuszki,</w>
    <w>Słoiki i flaszeczki, i proszki, i muszki;</w>
    <w>Wesoł, na pannę młodą patrzył tryumfalnie.</w>
    <w>Panna młoda kończyła robić gotowalnię;</w>
    <w>Siedziała przed źwierciadłem radząc się bóstw wdzięku;</w>
    <w>Pokojowe zaś, jedne z żelazkami w ręku</w>
    <w>Odświeżają nadstygłe warkoczów pierścionki,</w>
    <w>Drugie klęcząc pracują około falbonki.</w>
  <str/>
  
    <w>Gdy się tak Rejent bawi ze swą narzeczoną,</w>
    <w>Kuchcik stuknął doń w okno: kota postrzeżono.</w>
    <w>Kot wykradłszy się z łozy prześmignął po łące</w>
    <w>I wskoczył w sad pomiędzy jarzyny wschodzące;</w>
    <w>Tam siedzi, wystraszyć go łacno z rozsadniku</w>
    <w>I uszczuć, postawiwszy charty na przesmyku.</w>
    <w>Bieży Asesor ciągnąc za obróż Sokoła,</w>
    <w>Pośpiesza za nim Rejent i Kusego woła.</w>
    <w>Wojski obu z chartami przy płocie ustawił,</w>
    <w>A sam się z placką muszą do sadu wyprawił,</w>
    <w>Depcąc, świszcząc i klaszcząc, bardzo źwierza trwoży;</w>
    <w>Szczwacze, trzymając każdy charta na obroży,</w>
    <w>Ukazują palcami, skąd zając wyruszy,</w>
    <w>Cmokają z cicha; charty nadstawiły uszy,</w>
    <w>Wytknęły pyski na wiatr i drżą niecierpliwie,</w>
    <w>Jak dwie strzały złożone na jednej cięciwie.</w>
    <w>Wtem Wojski krzyknął: &lguillemet;Wycz-ha!&rguillemet; Zając smyk zza płotu</w>
    <w>Na łąkę, charty za nim, i wnet bez obrotu</w>
    <w>Sokół i Kusy razem spadli na szaraka</w>
    <w>Ze dwóch stron w jednej chwili, jak dwa skrzydła ptaka,</w>
    <w>I zęby mu jak szpony zatopili w grzbiecie.</w>
    <w>Kot jęknął raz, jak nowo narodzone dziecię.</w>
    <w>Żałośnie! biegą szczwacze: już leży bez ducha,</w>
    <w>A charty mu sierć białą targają spod brzucha.</w>
  <str/>
  
    <w>Szczwacze pogłaskali psy, a Wojski tymczasem</w>
    <w>Dobył nożyk strzelecki wiszący za pasem,</w>
    <w>Oderznął skoki i rzekł: &lguillemet;Dziś równą odprawę</w>
    <w>Wezmą pieski, bo równą pozyskali sławę,</w>
    <w>Równa ich była rączość, równa była praca;</w>
    <w>Godzien jest pałac Paca, godzien Pac pałaca,</w>
    <w>Godni są szczwacze chartów, godne szczwaczów charty;</w>
    <w>Otoż skończony spór wasz długi i zażarty;</w>
    <w>Ja, któregoście sędzią zakładu obrali,</w>
    <w>Wydaję wreszcie wyrok: obaście wygrali,</w>
    <w>Wracam fanty, niech każdy przy swoim zostanie,</w>
    <w>A wy podpiszcie zgodę&rguillemet;. &mdash; Na starca wezwanie</w>
    <w>Szczwacze zwrócili na się rozjaśnione lice</w>
    <w>I długo rozdzielone złączyli prawice.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem rzekł Rejent: &lguillemet;Stawiłem niegdyś konia z rzędem,</w>
    <w>Opisałem się także przed ziemskim urzędem,</w>
    <w>Iż pierścień mój sędziemu w salarijum złożę;</w>
    <w>Fant, postawiony w zakład, wracać się nie może.</w>
    <w>Pierścień niechaj Pan Wojski na pamiątkę przymie</w>
    <w>I każe na nim wyryć albo swoje imię,</w>
    <w>Lub gdy zechce, herbowne Hreczechów ozdoby;</w>
    <w>Krwawnik jest gładki, złoto jedenastej proby.</w>
    <w>Konia teraz ułani pod jazdę zabrali,</w>
    <w>Rzęd został przy mnie; każdy znawca ten rzęd chwali,</w>
    <w>Iż jest wygodny, trwały, a piękny jak cacko:</w>
    <w>Kulbaczka wąska, modą z turecka kozacką,</w>
    <w>Kula na przodzie, w kuli są drogie kamienie,</w>
    <w>Poduszeczka z rubrontu wyścieła siedzenie.</w>
    <w>A kiedy na łęk wskoczysz, na tym miękkim puszku</w>
    <w>Między kulami siedzisz wygodnie jak w łóżku;</w>
    <w>A gdy w galop puścisz się (tu rejent Bolesta,</w>
    <w>Który, jako wiadomo, bardzo lubił gesta,</w>
    <w>Rozstawił nogi, jakby na konia wskakiwał,</w>
    <w>Potem galop udając powoli się kiwał),</w>
    <w>A gdy w galop puścisz się, natenczas z czapraka</w>
    <w>Blask bije, jakby złoto kapało z rumaka,</w>
    <w>Bo tabenki są gęsto złotem nakrapiane</w>
    <w>I szerokie strzemiona srebrne pozłacane;</w>
    <w>Na rzemieniach musztuka i na uździenicy</w>
    <w>Połyskają guziki perłowej macicy,</w>
    <w>U napierśnika wisi księżyc w kształt Leliwy,</w>
    <w>To jest w kształt nowiu. Cały ten sprzęt osobliwy,</w>
    <w>Zdobyty (jak wieść niesie) w boju podhajeckim</w>
    <w>Na jakimś bardzo znacznym szlachcicu tureckim,</w>
    <w>Przyjm, Asesorze, w dowód mojego szacunku&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>A na to rzekł Asesor, wesoł z podarunku:</w>
    <w>&lguillemet;Ja niegdyś darowane od księcia Sanguszki</w>
    <w>Stawiłem w zakład moje prześliczne obróżki,</w>
    <w>Jaszczurem wykładane, z kolcami ze złota,</w>
    <w>I utkaną z jedwabiu smycz, której robota</w>
    <w>Równie droga jak kamień, co się na niej świeci.</w>
    <w>Chciałem sprzęt ten zostawić w dziedzictwie dla dzieci;</w>
    <w>Dzieci pewnie mieć będę, wiesz, że się dziś żenię;</w>
    <w>Ale ten sprzęt, Rejencie, proszę uniżenie,</w>
    <w>Bądź łaskaw przyjąć w zamian za twój rzęd bogaty</w>
    <w>I na pamiątkę sporu, co długimi laty</w>
    <w>Toczył się i nareszcie zakończył zaszczytnie</w>
    <w>Dla nas obu. &mdash; Niech zgoda między nami kwitnie.&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Więc wracali do domu oznajmić za stołem,</w>
    <w>Że się skończył spór między Kusym i Sokołem.</w>
  <str/>
  
    <w>Była wieść, że zająca tego Wojski w domu</w>
    <w>Wyhodował i w ogród puścił po kryjomu,</w>
    <w>Ażeby szczwaczów zgodzić zbyt łatwą zdobyczą.</w>
    <w>Staruszek tak swą sztukę zrobił tajemniczo,</w>
    <w>Że oszukał zupełnie całe Soplicowo.</w>
    <w>Kuchcik w lat kilka później szepnął o tym słowo,</w>
    <w>Chcąc Asesora skłócić z Rejentem na nowo;</w>
    <w>Ale próżno krzywdzące chartów wieści szerzył,</w>
    <w>Wojski zaprzeczył i nikt kuchcie nie uwierzył.</w>
  <str/>
  
    <w>Już goście zgromadzeni w wielkiej zamku sali,</w>
    <w>Czekając uczty wkoło stołu rozmawiali,</w>
    <w>Gdy pan Sędzia w mundurze wojewódzkim wchodzi</w>
    <w>I pana Tadeusza z Zofiją przywodzi.</w>
    <w>Tadeusz, lewą dłonią dotykając głowy,</w>
    <w>Pozdrowił swych dowódców przez ukłon wojskowy.</w>
    <w>Zofija z opuszczonym ku ziemi wejrzeniem</w>
    <w>Zapłoniwszy się, gości witała dygnieniem</w>
    <w>Od Telimeny pięknie dygać wyuczona).</w>
    <w>Miała wianek na głowie jako narzeczona,</w>
    <w>Zresztą ubior ten samy, w jakim dziś w kaplicy</w>
    <w>Składała snop wiosenny dla Boga Rodzicy.</w>
    <w>Użęła znów dla gości nowy snopek ziela;</w>
    <w>Jedną ręką zeń kwiaty i trawy roździela,</w>
    <w>Drugą swój sierp błyszczący poprawia na głowie;</w>
    <w>Brali ziółka, całując jej ręce, wodzowie;</w>
    <w>Zosia znowu dygała w kolej zapłoniona.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem jenerał Kniaziewicz wziął ją za ramiona</w>
    <w>I złożywszy ojcowski całus na jej czole,</w>
    <w>Podniosł w górę dziewczynę, postawił na stole,</w>
    <w>A wszyscy klaszcząc w dłonie zawołali: &lguillemet;Brawo!&rguillemet;</w>
    <w>Zachwyceni dziewczyny urodą, postawą,</w>
    <w>A szczególnie jej strojem litewskim, prostaczym;</w>
    <w>Bo dla tych wodzów, którzy w swym życiu tułaczym</w>
    <w>Tak długo błąkali się w obcych stronach świata,</w>
    <w>Dziwne miała powaby narodowa szata,</w>
    <w>Która im wspominała i młode ich lata,</w>
    <w>I dawne ich miłostki; więc ze łzami prawie</w>
    <w>Skupili się do stołu, patrzyli ciekawie.</w>
    <w>Ci proszą, aby Zosia wzniosła nieco czoło</w>
    <w>I oczy pokazała; ci, ażeby w koło</w>
    <w>Raczyła się obrócić &mdash; dziewczyna wstydliwa</w>
    <w>Obraca się, lecz oczy rękami zakrywa.</w>
    <w>Tadeusz patrzył wesoł i zacierał ręce.</w>
  <str/>
  
    <w>Czy ktoś Zosi poradził wyjść w takiej sukience,</w>
    <w>Czy instynktem wiedziała (bo dziewczyna zgadnie</w>
    <w>Zawsze instynktem, co jej do twarzy przypadnie),</w>
    <w>Dosyć, że Zosia pierwszy raz w życiu dziś z rana</w>
    <w>Była od Telimeny za upor łajana,</w>
    <w>Nie chcąc modnego stroju, aż wymogła płaczem,</w>
    <w>Że ją tak zostawiono, w ubraniu prostaczem.</w>
  <str/>
  
    <w>Spodniczkę miała długą, białą; suknię krótką</w>
    <w>Z zielonego kamlotu z różową obwódką;</w>
    <w>Gorset także zielony, różowymi wstęgi</w>
    <w>Od łona aż do szyi sznurowany w pręgi;</w>
    <w>Pod nim pierś jako pączek pod listkiem się tuli.</w>
    <w>Od ramion świecą białe rękawy koszuli,</w>
    <w>Jako skrzydła motyle do lotu wydęte,</w>
    <w>U dłoni skarbowane i wstążką opięte;</w>
    <w>Szyja także koszulką obciśniona wąską,</w>
    <w>Kołnierzyk zadzierzgniony różową zawiązką;</w>
    <w>Zauszniczki wyrznięte sztucznie z pestek wiszni,</w>
    <w>Których się wyrobieniem Sak Dobrzyński pyszni</w>
    <w>Były tam dwa serduszka z grotem i płomykiem,</w>
    <w>Dane dla Zosi, gdy Sak był jej zalotnikiem);</w>
    <w>Na kołnierzyku wiszą dwa sznurki bursztynu,</w>
    <w>Na skroniach zielonego wianek rozmarynu,</w>
    <w>Wstążki warkoczów Zosia rzuciła na barki,</w>
    <w>A na czoło włożyła zwyczajem żniwiarki</w>
    <w>Sierp krzywy, świeżym żęciem traw oszlifowany,</w>
    <w>Jasny jak nów miesięczny nad czołem Dyjany.</w>
  <str/>
  
    <w>Wszyscy chwalą, klaskają. Jeden z oficerów</w>
    <w>Dobył z kieszeni <i>portefeuille</i> z plikami papierów,</w>
    <w>Rozłożył je, ołówek przyciął, w ustach zmoczył,</w>
    <w>Patrzy w Zosię, rysuje. Ledwie Sędzia zoczył</w>
    <w>Papiery i ołówki, poznał rysownika,</w>
    <w>Choć go bardzo odmienił mundur pułkownika,</w>
    <w>Bogate szlify, mina prawdziwie ułańska</w>
    <w>I wąsik poczerniony, i bródka hiszpańska.</w>
    <w>Sędzia poznał: &lguillemet;Jak się masz, mój Jaśnie Wielmożny</w>
    <w>Hrabio, i w ładownicy masz twój sprzęt podróżny</w>
    <w>Do malarstwa!&rguillemet; &mdash; W istocie był to Hrabia młody,</w>
    <w>Niedawny żołnierz, lecz że wielkie miał dochody</w>
    <w>I swoim kosztem cały pułk jazdy wystawił,</w>
    <w>I w pierwszej zaraz bitwie wybornie się sprawił,</w>
    <w>Cesarz go pułkownikiem dziś właśnie mianował:</w>
    <w>Więc Sędzia witał Hrabię i rangi winszował,</w>
    <w>Ale Hrabia nie słuchał, a pilnie rysował.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem weszła druga para narzeczona:</w>
    <w>Asesor, niegdyś cara, dziś Napoleona</w>
    <w>Wierny sługa; żandarmów oddział miał w komendzie,</w>
    <w>A choć ledwie dwadzieście godzin był w urzędzie,</w>
    <w>Już włożył mundur siny z polskimi wyłogi</w>
    <w>I ciągnął krzywą szablę, i dzwonił w ostrogi.</w>
    <w>Obok poważnym krokiem szła jego kochanka,</w>
    <w>Ubrana bardzo strojnie, Tekla Hreczeszanka;</w>
    <w>Bo Asesor już dawno Telimenę rzucił</w>
    <w>I aby tę kokietkę tym mocniej zasmucił,</w>
    <w>Ku Wojszczance afekty serdeczne obrócił.</w>
    <w>Panna nie nadto młoda, już pono półwieczna,</w>
    <w>Lecz gospodyni dobra, osoba stateczna</w>
    <w>I posażna, bo oprocz swej dziedzicznej wioski</w>
    <w>Sumką z daru Sędziego powiększała wnioski.</w>
  <str/>
  
    <w>Trzeciej pary daremnie czekają czas długi.</w>
    <w>Sędzia niecierpliwi się i wysyła sługi;</w>
    <w>Wracają: powiadają, że trzeci małżonek,</w>
    <w>Pan Rejent, szczując kota, zgubił swój pierścionek</w>
    <w>Ślubny, szuka na łące; a Rejenta dama</w>
    <w>Jeszcze u gotowalni, choć śpieszy się sama</w>
    <w>I choć jej pomagają służebne kobiety,</w>
    <w>Nie mogła w żaden sposób skończyć toalety:</w>
    <w>Ledwie będzie gotowa na godzinę czwartą.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Księga dwunasta</numer>
  <tytul>Kochajmy się!</tytul>
  <spis>
    <rzecz>Ostatnia uczta staropolska.</rzecz>
    <rzecz>Arcyserwis.</rzecz>
    <rzecz>Objaśnienie jego figur.</rzecz>
    <rzecz>Jego ruchy.</rzecz>
    <rzecz>Dąbrowski udarowany.</rzecz>
    <rzecz>Jeszcze o Scyzoryku.</rzecz>
    <rzecz>Kniaziewicz udarowany.</rzecz>
    <rzecz>Pierwszy akt urzędowy Tadeusza przy objęciu dziedzictwa.</rzecz>
    <rzecz>Uwagi Gerwazego.</rzecz>
    <rzecz>Koncert nad koncertami.</rzecz>
    <rzecz>Polonez.</rzecz>
    <rzecz>Kochajmy się!</rzecz>
  </spis>
  <tekst>
  
    <w>Na koniec z trzaskiem sali drzwi na wściąż otwarto.</w>
    <w>Wchodzi pan Wojski w czapce i z głową zadartą,</w>
    <w>Nie wita się i miejsca za stołem nie bierze,</w>
    <w>Bo Wojski występuje w nowym charakterze</w>
    <w>Marszałka dworu; laskę ma na znak urzędu</w>
    <w>I tą laską z kolei, jako mistrz obrzędu,</w>
    <w>Wskazuje wszystkim miejsca i gości usadza.</w>
    <w>Naprzód, jako najpierwsza województwa władza,</w>
    <w>Podkomorzy-Marszałek wziął miejsce zaszczytne,</w>
    <w>Ze słoniowym poręczem krzesło aksamitne;</w>
    <w>Obok na prawej stronie jenerał Dąbrowski,</w>
    <w>Na lewej siadł Kniaziewicz, Pac i Małachowski.</w>
    <w>Śród nich Podkomorzyna, dalej inne panie,</w>
    <w>Oficerowie, pany, szlachta i ziemianie,</w>
    <w>Mężczyźni i kobiety na przemian po parze,</w>
    <w>Usiadają porządkiem, gdzie Wojski ukaże.</w>
  <str/>
  
    <w>Pan Sędzia skłoniwszy się opuścił biesiadę;</w>
    <w>On na dziedzińcu włościan traktował gromadę,</w>
    <w>Zebrawszy ich za stołem na dwa staje długim,</w>
    <w>Sam siadł na jednym końcu, a pleban na drugim.</w>
    <w>Tadeusz i Zofija do stołu nie siedli,</w>
    <w>Zajęci częstowaniem włościan, chodząc jedli.</w>
    <w>Starożytny był zwyczaj, iż dziedzice nowi</w>
    <w>Na pierwszej uczcie sami służyli ludowi.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem goście, potraw czekający w sali,</w>
    <w>Z zadziwieniem na wielki serwis poglądali,</w>
    <w>Którego równie drogi kruszec jak robota.</w>
    <w>Jest podanie, że książę Radziwiłł-Sierota</w>
    <w>Kazał ten sprzęt na urząd w Wenecyi zrobić</w>
    <w>I wedle własnych planów po polsku ozdobić.</w>
  <str/>
  
    <w>Serwis, potem zabrany czasu wojny szwedzki&eacute;j,</w>
    <w>Przeszedł, nie wiedzieć jaką drogą, w dom szlachecki;</w>
    <w>Dziś ze skarbca dobyty zajął środek stoła</w>
    <w>Ogromnym kręgiem na kształt karetnego koła.</w>
    <w>Serwis ten był nalany ode dna po brzegi</w>
    <w>Piankami i cukrami białymi jak śniegi,</w>
    <w>Udawał przewybornie krajobraz zimowy;</w>
    <w>W środku czerniał ogromny bór konfiturowy,</w>
    <w>Stronami domy, niby wioski i zaścianki,</w>
    <w>Okryte zamiast śronu cukrowymi pianki;</w>
    <w>Na krawędziach naczynia, stoją dla ozdoby</w>
    <w>Niewielkie z porcelany wydęte osoby</w>
    <w>W polskich strojach; jakoby aktory na scenie,</w>
    <w>Zdawały się przedstawiać jakoweś zdarzenie;</w>
    <w>Gest ich sztucznie wydany, farby osobliwe,</w>
    <w>Tylko głosu im braknie, zresztą gdyby żywe.</w>
  <str/>
  
    <w>Cóż przedstawiają? goście pytali ciekawi,</w>
    <w>Za czym Wojski podnosi laskę i tak prawi</w>
    <w>(Tymczasem podawano wódkę przed jedzeniem):</w>
    <w>&lguillemet;Za mych Wielce Mościwych Panów pozwoleniem</w>
    <w>Te persony, których tu widzicie bez liku,</w>
    <w>Przedstawiają polskiego historią sejmiku,</w>
    <w>Narady, wotowanie, tryumfy i waśnie;</w>
    <w>Sam tę scenę odgadłem i Państwu objaśnię.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Oto na prawo widać liczne szlachty grono:</w>
    <w>Pewnie ich przed sejmikiem na ucztę sproszono,</w>
    <w>Czeka nakryty stolik; nikt gości nie sadza,</w>
    <w>Stoją kupkami, każda kupka się naradza.</w>
    <w>Patrzcie, iż w każdej kupce stoi w środku człowiek,</w>
    <w>Z którego ust otwartych, z podniesionych powiek,</w>
    <w>Rąk niespokojnych, widać &mdash; mówca, coś tłumaczy,</w>
    <w>I palcem eksplikuje, i na dłoni znaczy.</w>
    <w>Ci mówcy zalecają swoich kandydatów</w>
    <w>Z różnym skutkiem, jak widać z miny szlachty bratów.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Wprawdzie tam w drugiej kupie szlachta pilnie słucha,</w>
    <w>Ten ręce za pas zatknął i przyłożył ucha,</w>
    <w>Ów dłoń przy uchu trzyma i milczkiem wąs kręci,</w>
    <w>Zapewne słowa zbiera i niże w pamięci;</w>
    <w>Cieszy się mówca widząc, że są nawróceni,</w>
    <w>Gładzi kieszeń, bo kreski ich już ma w kieszeni.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Lecz za to w trzecim gronie dzieje się inacz&eacute;j:</w>
    <w>Tu mówca musi łowić za pasy słuchaczy,</w>
    <w>Patrzcie, wyrywają się i cofają uszy;</w>
    <w>Patrzcie, jako ten słuchacz od gniewu się puszy,</w>
    <w>Wzniosł ręce, grozi mówcy, usta mu zatyka,</w>
    <w>Pewnie słyszał pochwały swego przeciwnika;</w>
    <w>Ten drugi, pochyliwszy czoło na kształt byka,</w>
    <w>Powiedziałbyś, że mówcę pochwyci na rogi;</w>
    <w>Ci biorą się do szabel, tamci poszli w nogi.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Jeden między kupkami szlachcic cichy stoi,</w>
    <w>Widać, że człek bezstronny, waha się i boi,</w>
    <w>Za kim dać kreskę? nie wie i sam z sobą w walce,</w>
    <w>Pyta losu, wzniosł ręce, wytknął wielkie palce,</w>
    <w>Zmrużył oczy, paznokciem do paznokcia mierzy,</w>
    <w>Widać, że kreskę swoję kabale powierzy:</w>
    <w>Jeśli palce trafią się, da afirmatywę,</w>
    <w>A jeżeli się chybią, rzuci negatywę.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Na lewej druga scena: refektarz klasztoru</w>
    <w>Obrócony na salę szlacheckiego zboru.</w>
    <w>Starsi rzędem na ławach siedzą, młodsi stają</w>
    <w>I ciekawi przez głowy w środek zaglądają;</w>
    <w>W środku marszałek stoi, wazon w ręku trzyma,</w>
    <w>Liczy gałki, szlachta je pożera oczyma,</w>
    <w>Właśnie wytrząsł ostatnią; woźni ręce wznoszą</w>
    <w>I imię obranego urzędnika głoszą.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Jeden szlachcic na zgodę powszechną nie zważa,</w>
    <w>Patrz, wytknął głowę oknem z kuchni refektarza,</w>
    <w>Patrz, jak oczy wytrzeszczył, jak pogląda śmiało,</w>
    <w>Usta otworzył, jakby chciał zjeść izbę całą;</w>
    <w>Łatwo zgadnąć, że szlachcic ten zawołał: &lguillemet;<i>Veto!</i>&rguillemet;</w>
    <w>Patrzcie, jak za tą nagłą do kłótni podnietą</w>
    <w>Tłoczy się do drzwi ciżba, pewnie idą w kuchnię;</w>
    <w>Dostali szable, pewnie krwawy bój wybuchnie.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Lecz tam na korytarzu, Państwo uważacie</w>
    <w>Tego starego księdza, co idzie w ornacie,</w>
    <w>To przeor, Sanktissimum z ołtarza wynosi,</w>
    <w>A chłopiec w komży dzwoni i na ustęp prosi;</w>
    <w>Szlachta wnet szable chowa, żegna się i klęka,</w>
    <w>A ksiądz tam się obraca, gdzie jeszcze broń szczęka;</w>
    <w>Skoro przyjdzie, wnet wszystkich uciszy i zgodzi.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Ach! wy nie pamiętacie tego, Państwo młodzi!</w>
    <w>Jak śród naszej burzliwej szlachty samowładnej,</w>
    <w>Zbrojnej, nie trzeba było policyi żadnej;</w>
    <w>Dopóki wiara kwitła, szanowano prawa,</w>
    <w>Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława!</w>
    <w>W innych krajach, jak słyszę, trzyma urząd drabów,</w>
    <w>Policyjantów różnych, żandarmów, konstabów;</w>
    <w>Ale jeśli miecz tylko bezpieczeństwa strzeże,</w>
    <w>Żeby w tych krajach była wolność &mdash; nie uwierzę&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem dzwoniąc w tabakierę rzekł pan Podkomorzy:</w>
    <w>&lguillemet;Panie Wojski, niech Wasze na potem odłoży</w>
    <w>Te historyje; prawda, że sejmik ciekawy,</w>
    <w>Ale my głodni, każ Wać przynosić potrawy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Na to Wojski skłaniając aż do ziemi laskę:</w>
    <w>&lguillemet;Jaśnie Wielmożny Panie, zróbże mi tę łaskę,</w>
    <w>Zaraz dokończę scenę ostatnią sejmików;</w>
    <w>Oto nowy marszałek na ręku stronników</w>
    <w>Wyniesion z refektarza, patrz, jak szlachta braty</w>
    <w>Rzucają czapki, usta otwarli, &mdash; wiwaty!</w>
    <w>A tam po drugiej stronie pan przekreskowany,</w>
    <w>Sam jeden, czapkę wcisnął na łeb zadumany,</w>
    <w>Żona przed domem czeka, zgadła, co się dzieje,</w>
    <w>Biedna! oto na ręku pokojowej mdleje,</w>
    <w>Biedna! Jaśnie Wielmożnej tytuł przybrać miała,</w>
    <w>A znów tylko Wielmożną na lat trzy została!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Tu Wojski skończył opis i laską znak daje,</w>
    <w>I wnet zaczęli wchodzić parami lokaje</w>
    <w>Roznoszący potrawy: barszcz królewskim zwany</w>
    <w>I rosoł staropolski sztucznie gotowany,</w>
    <w>Do którego pan Wojski z dziwnymi sekrety</w>
    <w>Wrzucił kilka perełek i sztukę monety,</w>
    <w>Taki rosoł krew czyści i pokrzepia zdrowie.</w>
    <w>Dalej inne potrawy, a któż je wypowie!</w>
    <w>Kto zrozumie nie znane już za naszych czasów</w>
    <w>Te półmiski kontuzów, arkasów, blemasów,</w>
    <w>Z ingredyjencyjami pomuchl, figatelów,</w>
    <w>Cybetów, piżm, dragantów, pinelów, brunelów;</w>
    <w>Owe ryby! łososie suche, dunajeckie,</w>
    <w>Wyżyny, kawijary weneckie, tureckie,</w>
    <w>Szczuki główne i szczuki podgłówne, łokietne,</w>
    <w>Flądry i karpie ćwiki, i karpie szlachetne!</w>
    <w>W końcu sekret kucharski: ryba nie krojona,</w>
    <w>U głowy przysmażona, we środku pieczona,</w>
    <w>A mająca potrawkę z sosem u ogona.</w>
  <str/>
  
    <w>Goście ani pytali nazwiska potrawy,</w>
    <w>Ani ich zastanowił ów sekret ciekawy,</w>
    <w>Wszystko prędko z żołnierskim jedli apetytem,</w>
    <w>Kieliszki napełniając węgrzynem obfitym.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale tymczasem wielki serwis barwę zmienił</w>
    <w>I odarty ze śniegu już się zazielenił,</w>
    <w>Bo lekka, ciepłem letnim powoli rozgrzana</w>
    <w>Roztopiła się lodu cukrowego piana</w>
    <w>I dno odkryła, dotąd zatajone oku;</w>
    <w>Więc krajobraz przedstawił nową porę roku,</w>
    <w>Zabłysnąwszy zieloną, różnofarbną wiosną.</w>
    <w>Wychodzą różne zboża, jak na drożdżach rosną,</w>
  <str/>
  
    <w>Pszenicy szafranowej buja kłos złocisty,</w>
    <w>Żyto ubrane w srebra malarskiego listy</w>
    <w>I gryka wyrabiana sztucznie z czokolady,</w>
    <w>I kwitnące gruszkami i jabłkami sady.</w>
  <str/>
  
    <w>Ledwie mają czas goście darów lata użyć,</w>
    <w>Darmo proszą Wojskiego, żeby je przedłużyć,</w>
    <w>Już serwis, jak planeta koniecznym obrotem,</w>
    <w>Zmienia porę, już zboża malowane złotem,</w>
    <w>Nabrawszy ciepła w izbie powoli topnieją,</w>
    <w>Już trawy pożółkniały, liścia czerwienieją,</w>
    <w>Sypią się, rzekłbyś, iż wiatr jesienny powiewa;</w>
    <w>Na koniec owe chwilę przedtem strojne drzewa,</w>
    <w>Teraz, jakby odarte od wichrów i śronu,</w>
    <w>Stoją nagie; były to laski cynamonu</w>
    <w>Lub udające sosnę gałązki wawrzynu,</w>
    <w>Odziane zamiast kolców ziarenkami kminu.</w>
  <str/>
  
    <w>Goście pijący wino zaczęli gałązki,</w>
    <w>Pnie i korzenie zrywać i gryźć dla zakąski.</w>
    <w>Wojski obchodził serwis i, pełen radości,</w>
    <w>Tryumfujące oczy obracał na gości.</w>
  <str/>
  
    <w>Henryk Dąbrowski udał wielkie zadziwienie</w>
    <w>I rzekł: &lguillemet;Mój Panie Wojski, czy to chińskie cienie?</w>
    <w>Czy to Pinety Panu dał w służbę swe bisy?</w>
    <w>Czy dotąd u was w Litwie są takie serwisy</w>
    <w>I wszyscy takim starym ucztują zwyczajem?</w>
    <w>Powiedz mi, bo ja życie strawiłem za krajem&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Wojski rzekł kłaniając się: &lguillemet;Nie, Jaśnie Wielmożny</w>
    <w>Jenerale, nie jest to żaden kunszt bezbożny!</w>
    <w>Jest to pamiątka tylko owych biesiad sławnych,</w>
    <w>Które dawano w domach panów starodawnych,</w>
    <w>Gdy Polska używała szczęścia i potęgi!</w>
    <w>Com zrobił, tom wyczytał z tej tu oto księgi.</w>
    <w>Pytasz, czy wszędzie w Litwie ten się zwyczaj chowa?</w>
    <w>Niestety! już i do nas włazi moda nowa.</w>
    <w>Niejeden panicz krzyczy, że nie cierpi zbytków,</w>
    <w>Je jak Żyd, skąpi gościom potraw i napitków,</w>
    <w>Węgrzyna pożałuje, a pije szatańskie</w>
    <w>Fałszywe wino modne, moskiewskie, szampańskie;</w>
    <w>Potem w wieczor na karty tyle złota straci,</w>
    <w>Że za nie dałbyś ucztę na stu szlachty braci.</w>
    <w>Nawet (bo co na sercu mam, dziś powiem szczerze,</w>
    <w>Niech tego Podkomorzy za złe mi nie bierze),</w>
    <w>Kiedym ten serwis cudny ze skarbca dobywał,</w>
    <w>To nawet Podkomorzy, i on mnie przedrwiwał!</w>
    <w>Mówiąc, że to machina zmudna, staroświecka,</w>
    <w>Że to ma pozor niby zabawki dla dziecka,</w>
    <w>Nieprzyzwoitej dla tak znakomitych ludzi!</w>
    <w>Sędzio! i Sędzia mówił, że to gości znudzi!</w>
    <w>A przecież, ile wnoszę z Panów zadziwienia,</w>
    <w>Widzę, iż ten kunszt piękny godzien był widzenia!</w>
    <w>Nie wiem, czy się podobna okazyja zdarzy</w>
    <w>Częstować w Soplicowie takich dygnitarzy.</w>
    <w>Widzę, że Pan Jenerał na biesiadach zna się,</w>
    <w>Niechaj przyjmie tę książkę, ona Panu zda się,</w>
    <w>Gdy będziesz dla monarchów zagranicznych grona</w>
    <w>Dawał ucztę, ba, nawet dla Napoleona.</w>
    <w>Ale pozwól, nim księgę tę Panu poświęcę,</w>
    <w>Niech powiem, jakim trafem wpadła w moje ręce&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Wtem szmer powstał za drzwiami, razem głosów wiele</w>
    <w>Zawołało: &lguillemet;Niech żyje Kurek na kościele!&rguillemet;</w>
    <w>Ciżba tłoczy się w salę, a Maciej na czele.</w>
    <w>Sędzia gościa za rękę do stołu prowadził</w>
    <w>I wysoko pomiędzy wodzami posadził</w>
    <w>Mówiąc: &lguillemet;Panie Macieju, niedobry sąsiedzie,</w>
    <w>Przyjeżdżasz bardzo poźno, prawie po obiedzie&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Jem wcześnie, rzekł Dobrzyński, ja tu nie dla jadła</w>
    <w>Przybyłem, tylko że mnie ciekawość napadła</w>
    <w>Obejrzeć z bliska naszą armię narodową.</w>
    <w>Wiele by gadać &mdash; jest to ani to, ni owo!</w>
    <w>Szlachta mnie obaczyła i gwałtem tu wiedzie,</w>
    <w>A Waszeć za stół sadzasz &mdash; dziękuję, sąsiedzie&rguillemet;.</w>
    <w>To wyrzekłszy przewrócił talerz dnem do góry</w>
    <w>Na znak, że jeść nie będzie, i milczał ponury.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Panie Dobrzyński, rzekł mu jenerał Dąbrowski,</w>
    <w>Tyż to jesteś ów sławny rębacz Kościuszkowski,</w>
    <w>Ów Maciej, zwany Rózga! znam ciebie ze sławy.</w>
    <w>I proszę, takiś dotąd czerstwy, taki żwawy!</w>
    <w>Ileż to lat minęło! Patrz, jam się podstarzał,</w>
    <w>Patrz, i Kniaziewiczowi już się włos poszarzał,</w>
    <w>A ty jeszcze z młodszymi mógłbyś pójść w zapasy.</w>
    <w>I Rózga twoja kwitnie pono jak przed czasy;</w>
    <w>Słyszałem, żeś niedawno Moskalów oćwiczył.</w>
    <w>Lecz gdzie są bracia twoi? Nieźmiernie bym życzył</w>
    <w>Widzieć te Scyzoryki i te wasze Brzytwy,</w>
    <w>Ostatnie egzemplarze starodawnej Litwy&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Jenerale, rzekł Sędzia, po owym zwycięstwie</w>
    <w>Prawie wszyscy Dobrzyńscy schronili się w Księstwie;</w>
    <w>Zapewne do którego weszli legijonu&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;W istocie, odpowiedział młody szef szwadronu,</w>
    <w>Mam w drugiej kompaniji wąsate straszydło,</w>
    <w>Wachmistrza Dobrzyńskiego, co się zwie Kropidło,</w>
    <w>A Mazury zowią go litewskim niedźwiedziem.</w>
    <w>Jeśli Jenerał każe, to go tu przywiedziem&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Jest, rzekł porucznik, kilku innych rodem z Litwy,</w>
    <w>Jeden żołnierz znajomy pod imieniem Brzytwy</w>
    <w>I drugi, co z tromblonem jeździ na flankiery;</w>
    <w>Są także w pułku strzelców dwa grenadyjery</w>
    <w>Dobrzyńscy&rguillemet;.<str/>&lguillemet;Ale, ale, o ich naczelniku,</w>
    <w>Rzekł Jenerał, chcę wiedzieć o tym Scyzoryku,</w>
    <w>O którym mnie Pan Wojski tyle prawił cudów,</w>
    <w>Jakby o jednym z owych dawnych wielkoludów&rguillemet;.</w>
    <w>&lguillemet;Scyzoryk, rzecze Wojski, choć nie egzulował,</w>
    <w>Ale bojąc się śledztwa, przed Moskwą się schował,</w>
    <w>Całą zimę nieborak tułał się po lasach,</w>
    <w>Teraz dopiero wyszedł; w tych wojennych czasach</w>
    <w>Mógłby się na co przydać, jest rycerskim człekiem,</w>
    <w>Szkoda tylko, że trochę przyciśniony wiekiem.</w>
    <w>Lecz owoż on!&ellipsis;&rguillemet; Tu Wojski palcem wskazał w sieni,</w>
    <w>Gdzie czeladź i wieśniacy stali natłoczeni,</w>
    <w>A nad wszystkich głowami łysina błyszcząca</w>
    <w>Ukazała się nagle jak pełnia miesiąca,</w>
    <w>Trzykroć weszła i trzykroć znikła w głów obłoku;</w>
    <w>Klucznik idąc kłaniał się, aż dobył się z tłoku,</w>
    <w>I rzekł:<str/>&lguillemet;Jaśnie Wielmożny Koronny Hetmanie</w>
    <w>Czy Jenerale, mniejsza o tytułowanie,</w>
    <w>Jam jest Rębajło, staję na twe zawołanie</w>
    <w>Z tym moim Scyzorykiem, który nie z oprawy</w>
    <w>Ani z napisów, ale z hartu nabył sławy,</w>
    <w>Że nawet o nim Jaśnie Wielmożny Pan wiedział</w>
    <w>Gdyby on gadać umiał, może by powiedział</w>
    <w>Cokolwiek na pochwałę i tej starej ręki,</w>
    <w>Która służyła długo, wiernie, Bogu dzięki,</w>
    <w>Ojczyźnie tudzież panów Horeszków rodzinie,</w>
    <w>Czego pamięć dotychczas między ludźmi słynie.</w>
    <w>Mopanku! rzadko który pisarz prowentowy</w>
    <w>Tak zręcznie temperuje pióra, jak on głowy;</w>
    <w>Długo liczyć! A nosów i uszu bez liku!</w>
    <w>A nie ma żadnej szczerby na tym Scyzoryku</w>
    <w>I żaden go nie splamił zbojecki uczynek;</w>
    <w>Tylko otwarta wojna albo pojedynek.</w>
    <w>Raz tylko! Panie, daj mu wieczny odpoczynek,</w>
    <w>Bezbronnego człowieka, niestety, sprzątniono!</w>
    <w>A i to, Bóg mi świadkiem, <i>pro publico bono</i>&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Pokaż no, rzekł śmiejąc się jenerał Dąbrowski,</w>
    <w>A to piękny scyzoryk, istny miecz katowski!&rguillemet;</w>
    <w>I z zadziwieniem wielki rapier opatrywał,</w>
    <w>I innym oficerom w kolej pokazywał;</w>
    <w>Probowali go wszyscy, ale ledwie który</w>
    <w>Z oficerów mógł podnieść ten rapier do góry.</w>
    <w>Mówiono, że Dembiński, sławny ręki siłą,</w>
    <w>Podźwignąłby szablicę, lecz go tam nie było.</w>
    <w>Z obecnych zaś tylko szef szwadronu Dwernicki</w>
    <w>I dowódca plutonu, porucznik Różycki,</w>
    <w>Potrafili obracać tym żelaznym drągiem;</w>
    <w>I tak rapier na probę szedł z rąk do rąk ciągiem.</w>
  <str/>
  
    <w>Lecz jenerał Kniaziewicz, wzrostem najsłuszniejszy,</w>
    <w>Pokazało się, iż był w ręku najsilniejszy;</w>
    <w>Ująwszy rapier, lekko jakby szpadę dźwignął</w>
    <w>I nad głowami gości błyskawicą mignął,</w>
    <w>Przypominając polskie fechtarskie wykręty:</w>
    <w><emph>Krzyżową sztukę, młyńca, cios krzywy, raz cięty,</emph></w>
    <w><emph>Cios kradziony i tempy kontrpunktów, tercetów,</emph></w>
    <w>Które też umiał, bo był ze Szkoły Kadetów.</w>
  <str/>
  
    <w>Gdy śmiejąc się fechtował, Rębajło już klęczał,</w>
    <w>Objął go za kolana i ze łzami jęczał</w>
    <w>Za każdym zwrotem miecza: &lguillemet;Pięknie! Jenerale,</w>
    <w>Czyś był konfederatem? pięknie, doskonale!</w>
    <w>To sztych Pułaskich! tak się Dzierżanowski składał,</w>
    <w>To sztych Sawy! Któż Panu tak rękę układał,</w>
    <w>Chyba Maciej Dobrzyński! A to? Jenerale,</w>
    <w>Mój wynalazek, dalbóg mój, ja się nie chwalę,</w>
    <w>To cięcie znane tylko w Rębajłów zaścianku,</w>
    <w>Od mojego imienia zwane <emph>cios mopanku</emph>;</w>
    <w>Któż to Pana nauczył? to jest moje cięcie,</w>
    <w>Moje!&rguillemet; &mdash; Wstał, Jenerała porwawszy w objęcie.</w>
    <w>&lguillemet;Teraz umrę spokojny! jest przecie na świecie</w>
    <w>Człowiek, który przytuli moje drogie dziecię;</w>
    <w>Bo wszak nad tym od dawna dzień i noc boleję,</w>
    <w>Czy po śmierci ten rapier mój nie zerdzewieje!</w>
    <w>Otoż nie zerdzewieje! Mój Jaśnie Wielmożny</w>
    <w>Jenerale, wybacz mi, porzućcie te rożny,</w>
    <w>Niemieckie szpadki, to wstyd szlacheckiemu dziecku</w>
    <w>Nosić ten kijek; weźmij szablę po szlachecku!</w>
    <w>Oto ten mój Scyzoryk u nóg Twoich składam,</w>
    <w>To jest, co najdroższego na świecie posiadam,</w>
    <w>Nie miałem nigdy żony, nie miałem dziecięcia,</w>
    <w>On był żoną i dzieckiem; z mojego objęcia</w>
    <w>Nigdy on nie wychodził; od rana do mroku</w>
    <w>Pieściłem go, on w nocy sypiał przy mym boku!</w>
    <w>A kiedym się zestarzał, nad łóżkiem na ścianie</w>
    <w>Wisiał, jako nad Żydem Boże przykazanie!</w>
    <w>Myśliłem zakopać go razem z ręką w grobie,</w>
    <w>Lecz znalazłem dziedzica. &mdash; Niechaj służy Tobie!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Jenerał wpół śmiejąc się, a na wpół wzruszony:</w>
    <w>&lguillemet;Kolego, rzekł, jeżeli ustąpisz mnie żony</w>
    <w>I dziecka, to zostaniesz przez resztę żywota</w>
    <w>Bardzo samotny, stary, wdowiec i sierota!</w>
    <w>Powiedz, czym ci ten drogi dar mam wynagrodzić</w>
    <w>I czym twoje sieroctwo i wdowstwo osłodzić?&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Czy ja Cybulski? rzecze na to Klucznik z żalem,</w>
    <w>Co żonę przegrał, grając w mariasza z Moskalem,</w>
    <w>Jak o tym pieśń powiada. &mdash; Ja mam dosyć na tem,</w>
    <w>Że mój Scyzoryk jeszcze zabłyśnie przed światem</w>
    <w>W takim ręku! &mdash; Niech tylko Jenerał pamięta,</w>
    <w>Aby tasiemka była długa, rozciągnięta,</w>
    <w>Bo to długie; a zawsze od lewego ucha</w>
    <w>Ciąć oburącz, to przetniesz od głowy do brzucha&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Jenerał wziął Scyzoryk, lecz że bardzo długi,</w>
    <w>Nie mógł nosić, w furgonie schowały go sługi.</w>
    <w>Co się z nim stało, różnie powiadają o tem,</w>
    <w>Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.</w>
  <str/>
  
    <w>Dąbrowski rzekł do Maćka: &lguillemet;A ty co, Kolego?</w>
    <w>Zdaje się, żeś ty nierad z przybycia naszego?</w>
    <w>Milczysz kwaśny? i jakże, serce ci nie skacze,</w>
    <w>Gdy widzisz orły złote, srebrne? gdy trębacze</w>
    <w>Pobudkę Kościuszkowską trąbią ci nad uchem?</w>
    <w>Maćku! myśliłem, że ty większym jesteś zuchem;</w>
    <w>Jeśli szabli nie weźmiesz i na koń nie siędziesz,</w>
    <w>Przynajmniej z kolegami wesoło pić będziesz</w>
    <w>Zdrowie Napoleona i Polski nadzieje!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Ha! rzekł Maciej, słyszałem, widzę, co się dzieje!</w>
    <w>Ale, Panie, dwóch orłów razem się nie gnieździ!</w>
    <w>Łaska pańska, Hetmanie, na pstrym koniu jeździ!</w>
    <w>Cesarz wielki bohater! gadać o tym wiele!</w>
    <w>Pamiętam, że Pułascy, moi przyjaciele,</w>
    <w>Mawiali poglądając na Dymuryjera,</w>
    <w>Że dla Polski polskiego trzeba bohatera,</w>
    <w>Nie Francuza ani też Włocha, ale Piasta.</w>
    <w>Jana albo Józefa, lub Maćka &mdash; i basta.</w>
    <w>Wojsko! mówią, że polskie! lecz te fizyliery,</w>
    <w>Sapery, grenadiery i kanonijery!</w>
    <w>Więcej słychać niemieckich tytułów w tym tłumie</w>
    <w>Niżeli narodowych! Kto to już zrozumie!</w>
    <w>A muszą też być z wami Turki czy Tartary,</w>
    <w>Czy syzmatyki, co ni Boga, ani wiary:</w>
    <w>Sam widziałem, kobiety w wioskach napastują,</w>
    <w>Przechodniów odzierają, kościoły rabują!</w>
    <w>Cesarz idzie do Moskwy! daleka to droga,</w>
    <w>Jeśli Cesarz Jegomość wybrał się bez Boga!</w>
    <w>Słyszałem, że już podpadł pod klątwy biskupie;</w>
    <w>Wszystko to jest&ellipsis;&rguillemet; Tu Maciej chleb umoczył w supie</w>
    <w>I jedząc nie dokończył ostatniego słowa.</w>
  <str/>
  
    <w>Nie w smak Podkomorzemu poszła Maćka mowa,</w>
    <w>Młodzież zaczęła szemrać; Sędzia przerwał swary</w>
    <w>Głosząc przybycie trzeciej narzeczonej pary.</w>
  <str/>
  
    <w>Był to Rejent, sam siebie Rejentem ogłosił,</w>
    <w>Nikt go nie poznał; dotąd polskie suknie nosił,</w>
    <w>Lecz teraz Telimena, przyszła żona, zmusza</w>
    <w>Warunkiem intercyzy wyrzec się kontusza;</w>
    <w>Więc się Rejent rad nierad po francusku przebrał.</w>
    <w>Widno, że mu frak duszy połowę odebrał,</w>
    <w>Stąpa, jakby kij połknął, prosto, nieruchawo,</w>
    <w>Jak żuraw; nie śmie spójrzeć ni w lewo, ni w prawo;</w>
    <w>Mina gęsta, lecz z miny widać, że jest w męce,</w>
    <w>Nie wie, jak się pokłonić, gdzie ma podziać ręce,</w>
    <w>On, co tak gesty lubił! ręce za pas sadził &mdash;</w>
    <w>Nie masz pasa &mdash; tylko się po żołądku gładził;</w>
    <w>Postrzegł omyłkę; bardzo zmięszał się, spiekł raka</w>
    <w>I ręce obie schował w jedną kieszeń fraka.</w>
    <w>Idzie jakby przez rózgi śród szeptów i drwinek,</w>
    <w>Wstydząc się za frak, jakby za niecny uczynek;</w>
    <w>Aż spotkał oczy Maćka i zadrżał z bojaźni.</w>
  <str/>
  
    <w>Maciej dotąd z Rejentem żył w wielkiej przyjaźni,</w>
    <w>Teraz wzrok nań obrócił tak ostry i dziki,</w>
    <w>Że Rejent zbladnął, zaczął zapinać guziki,</w>
    <w>Myśląc, że Maciej wzrokiem suknie z niego złupi;</w>
    <w>Dobrzyński tylko dwakroć wyrzekł głośno: &lguillemet;Głupi!&rguillemet;</w>
    <w>I tak strasznie zgorszył się z Rejenta przebrania,</w>
    <w>Że zaraz wstał od stołu i bez pożegnania</w>
    <w>Wymknąwszy się, wsiadł na koń, wrócił do zaścianka.</w>
  <str/>
  
    <w>A tymczasem Rejenta nadobna kochanka,</w>
    <w>Telimena, roztacza blaski swej urody</w>
    <w>I ubior od stóp do głów co najświeższej mody.</w>
    <w>Jaką miała sukienkę, jaki strój na głowie,</w>
    <w>Daremnie pisać, pióro tego nie wypowie,</w>
    <w>Chyba pędzel by skreślił te tiule, ptyfenie,</w>
    <w>Blondyny, kaszemiry, perły i kamienie,</w>
    <w>I oblicze różane, i żywe wejrzenie.</w>
  <str/>
  
    <w>Poznał ją zaraz Hrabia, z zadziwienia blady</w>
    <w>Wstał od stołu i szukał koło siebie szpady:</w>
    <w>&lguillemet;I tyżeś to! zawołał, czy mnie oczy łudzą?</w>
    <w>Ty? w obecności mojej? ściskasz rękę cudzą?</w>
    <w>O niewierna istoto, o duszo zmiennicza!</w>
    <w>I nie skryjesz ze wstydu pod ziemię oblicza?</w>
    <w>Takeś twojej tak świeżej niepomna przysięgi?</w>
    <w>O łatwowierny! po cóż nosiłem te wstęgi!</w>
    <w>Lecz biada rywalowi, co mię tak znieważa!</w>
    <w>Po moim chyba trupie pójdzie do ołtarza!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Goście powstali, Rejent okropnie się zmieszał,</w>
    <w>Podkomorzy rywalów zagodzić pośpieszał;</w>
    <w>Lecz Telimena wziąwszy Hrabiego na stronę:</w>
    <w>&lguillemet;Jeszcze, szepnęła, Rejent nie wziął mię za żonę,</w>
    <w>Jeżeli Pan przeszkadzasz, odpowiedzże na to,</w>
    <w>A odpowiedz mi zaraz, krótko, węzłowato:</w>
    <w>Czy mnie kochasz, czyś dotąd serca nie odmienił,</w>
    <w>Czyś gotów, żebyś ze mną zaraz się ożenił,</w>
    <w>Zaraz, dziś? &mdash; jeśli zechcesz, odstąpię Rejenta&rguillemet;.</w>
    <w>Hrabia rzekł: &lguillemet;O kobieto dla mnie niepojęta!</w>
    <w>Dawniej w uczuciach twoich byłaś poetyczną,</w>
    <w>A teraz mi się zdajesz całkiem prozaiczną;</w>
    <w>Cóż są wasze małżeństwa, jeśli nie łańcuchy,</w>
    <w>Które związują tylko ręce, a nie duchy?</w>
    <w>Wierzaj, są oświadczenia, nawet bez wyznania,</w>
    <w>Są obowiązki nawet bez obowiązania!</w>
    <w>Dwa serca, pałające na dwóch końcach ziemi,</w>
    <w>Rozmawiają jak gwiazdy promieńmi drżącemi;</w>
    <w>Kto wie! może dlatego ziemia tak do słońca</w>
    <w>Dąży i tak jest zawsze miłą dla miesiąca,</w>
    <w>Że wiecznie patrzą na się i najkrótszą drogą</w>
    <w>Biegą do siebie! ale zbliżyć się nie mogą!&rguillemet;</w>
    <w>&lguillemet;Dość już tego, przerwała, nie jestem planetą</w>
    <w>Z łaski Bożej, dość, Hrabio, ja jestem kobietą,</w>
    <w>Już wiem resztę, przestań mi pleść ni to, ni owo.</w>
    <w>Teraz ostrzegam, jeśli piśniesz jedno słowo,</w>
    <w>Ażeby ślub mój zerwać, to jak Bóg na niebie,</w>
    <w>Że z tymi paznokciami przyskoczę do ciebie</w>
    <w>I&ellipsis;&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Nie będę, rzekł Hrabia, szczęścia Pani kłócił!&rguillemet;</w>
    <w>I oczy pełne smutku i wzgardy odwrócił,</w>
    <w>I ażeby ukarać niewierną kochankę,</w>
    <w>Za przedmiot stałych ogniów wziął Podkomorzankę.</w>
  <str/>
  
    <w>Wojski pragnął młodzieńców poróżnionych zgodzić</w>
    <w>Przykładami mądrymi, więc zaczął wywodzić</w>
    <w>Historyję o dziku Nalibockich lasów</w>
    <w>I o kłótni Rejtana z książęciem Denassów,</w>
    <w>Ale goście tymczasem skończyli jeść lody</w>
    <w>I z zamku na dziedziniec wyszli dla ochłody.</w>
  <str/>
  
    <w>Tam włość już kończy ucztę, krążą miodu dzbany,</w>
    <w>Muzyka już się stroi i wzywa na tany;</w>
    <w>Szukają Tadeusza, który stał na stronie</w>
    <w>I coś pilnego szeptał swojej przyszłej żonie.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;Zofijo! muszę ciebie w bardzo ważnej rzeczy</w>
    <w>Radzić się; już pytałem stryja, on nie przeczy.</w>
    <w>Wiesz, iż znaczna część wiosek, które mam posiadać,</w>
    <w>Wedle prawa na ciebie powinna by spadać.</w>
    <w>A chłopi nie są moi, lecz twoi poddani,</w>
    <w>Nie śmiałbym ich urządzić bez woli ich pani.</w>
    <w>Teraz, kiedy już mamy Ojczyznę kochaną,</w>
    <w>Czyliż wieśniacy zyszczą z tą szczęśliwą zmianą</w>
    <w>Tyle tylko, że pana innego dostaną?</w>
    <w>Prawda, że byli dotąd rządzeni łaskawie,</w>
    <w>Lecz po mej śmierci Bóg wie komu ich zostawię;</w>
    <w>Jestem żołnierz, jesteśmy śmiertelni oboje,</w>
    <w>Jestem człowiek, sam własnych kaprysów się boję,</w>
    <w>Bezpieczniej zrobię, kiedy władzy się wyrzekę</w>
    <w>I oddam los włościanów pod prawa opiekę.</w>
    <w>Sami wolni, uczyńmy i włościan wolnemi,</w>
    <w>Oddajmy im w dziedzictwo posiadanie ziemi,</w>
    <w>Na której się zrodzili, którą krwawą pracą</w>
    <w>Zdobyli, z której wszystkich żywią i bogacą.</w>
    <w>Lecz muszę ciebie ostrzec, że tych ziem nadanie</w>
    <w>Zmniejszy nasz dochod, w miernym musimy żyć stanie.</w>
    <w>Ja przywykłem do życia oszczędnego z młodu,</w>
    <w>Lecz ty, Zofijo, jesteś z wysokiego rodu,</w>
    <w>W stolicy przepędziłaś twoje młode lata,</w>
    <w>Czyż zgodzisz się żyć na wsi? z daleka od świata!</w>
    <w>Jak ziemianka!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>A na to Zosia rzekła skromnie:</w>
    <w>&lguillemet;Jestem kobietą, rządy nie należą do mnie,</w>
    <w>Wszakże Pan będziesz mężem; ja do rady młoda,</w>
    <w>Co Pan urządzisz, na to całym sercem zgoda!</w>
    <w>Jeśli włość uwalniając zostaniesz uboższy,</w>
    <w>To, Tadeuszu, będziesz sercu memu droższy.</w>
    <w>O moim rodzie mało wiem i nie dbam o to;</w>
    <w>Tyle pomnę, że byłam ubogą, sierotą,</w>
    <w>Że od Sopliców byłam za córkę przybrana,</w>
    <w>W ich domu hodowana i za mąż wydana.</w>
    <w>Wsi nie lękam się; jeśli w wielkim mieście żyłam,</w>
    <w>To dawno; zapomniałam, wieś zawsze lubiłam;</w>
    <w>I wierz mi, że mnie moje kogutki i kurki</w>
    <w>Więcej bawiły niżli owe Peterburki;</w>
    <w>Jeśli czasem tęskniłam do zabaw, do ludzi,</w>
    <w>To z dzieciństwa; wiem teraz, że mnie miasto nudzi;</w>
    <w>Przekonałam się zimą po krótkim pobycie</w>
    <w>W Wilnie, że ja na wiejskie urodzona życie;</w>
    <w>Pośród zabaw tęskniłam znów do Soplicowa.</w>
    <w>Pracy też nie lękam się, bom młoda i zdrowa,</w>
    <w>Umiem chodzić około domu, nosić klucze;</w>
    <w>Gospodarstwa, obaczysz, jak ja się wyuczę!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Gdy Zosia domawiała ostatnie wyrazy,</w>
    <w>Podszedł ku niej zdziwiony i kwaśny Gerwazy:</w>
    <w>&lguillemet;Już wiem! rzekł, Sędzia mówił już o tej wolności!</w>
    <w>Lecz nie pojmuję, co to ściąga się do włości!</w>
    <w>Boję się, żeby to coś nie było z niemiecka!</w>
    <w>Wszak wolność nie jest chłopska rzecz, ale szlachecka!</w>
    <w>Prawda, że się wywodzim wszyscy od Adama,</w>
    <w>Alem słyszał, że chłopi pochodzą od Chama,</w>
    <w>Żydowie od Jafeta, my szlachta od Sema,</w>
    <w>A więc panujem jako starsi nad obiema.</w>
    <w>Jużci pleban inaczej uczy na ambonie&ellipsis;</w>
    <w>Powiada, że to było tak w Starym Zakonie,</w>
    <w>Ale skoro Chrystus Pan, choć z królów pochodził,</w>
    <w>Między Żydami w chłopskiej stajni się urodził,</w>
    <w>Odtąd więc wszystkie stany porównał i zgodził;</w>
    <w>Niech i tak będzie, kiedy inaczej nie można!</w>
    <w>Zwłaszcza że, jako słyszę, i Jaśnie Wielmożna</w>
    <w>Pani moja Zofija na wszystko się zgadza;</w>
    <w>Jej rozkazać, mnie słuchać, jużci przy niej władza.</w>
    <w>Tylko ostrzegam, byśmy wolności nie dali</w>
    <w>Pustej i słownej tylko, jako za Moskali,</w>
    <w>Kiedy pan Karp nieboszczyk włościan wyswobodził,</w>
    <w>A Moskal ich podatkiem potrójnym ogłodził.</w>
    <w>Radzę więc, aby chłopów starym obyczajem</w>
    <w>Uszlachcić i ogłosić, że im herb nasz dajem.</w>
    <w>Pani udzieli jednym wioskom Półkozica,</w>
    <w>Drugim niech swą Leliwę nada Pan Soplica.</w>
    <w>Natenczas i Rębajło uzna chłopa rownym,</w>
    <w>Gdy go ujrzy szlachcicem wielmożnym, herbownym.</w>
    <w>Sejm potwierdzi.</w>
  <str/>
  
    <w>&lguillemet;A niech się mąż Pani nie trwoży,</w>
    <w>Iż oddanie ziem Państwo tak bardzo zuboży;</w>
    <w>Nie da Bóg, abym rączki córy dygnitarskiej</w>
    <w>Widział umozolone w pracy gospodarskiej.</w>
    <w>Jest na to sposób; &mdash; w zamku wiem ja pewną skrzynię,</w>
    <w>W której jest Horeszkowskie stołowe naczynie,</w>
    <w>Przy tym różne sygnety, kanaki, manele,</w>
    <w>Kity bogate, rzędy, cudne karabele,</w>
    <w>Skarbczyk Stolnika, w ziemi skryty od grabieży;</w>
    <w>Pani Zofiji jako dziedziczce należy;</w>
    <w>Pilnowałem go w zamku jako oka w głowie,</w>
    <w>Od Moskalów i od was, Państwo Soplicowie.</w>
    <w>Mam także spory worek mych własnych talarów,</w>
    <w>Uzbieranych z wysługi tudzież z pańskich darów,</w>
    <w>Myśliłem, gdy nam zamek wróconym zostanie,</w>
    <w>Obrócić grosz na murów wyreperowanie;</w>
    <w>Nowemu gospodarstwu dziś zda się w potrzebie; &mdash;</w>
    <w>A więc, Panie Soplico, wnoszę się do ciebie,</w>
    <w>Będę żył u mej Pani na łaskawym chlebie</w>
    <w>I kołysząc Horeszków pokolenie trzecie,</w>
    <w>Wprawiać do Scyzoryka Pani mojej dziecię,</w>
    <w>Jeśli syn, a syn będzie, bo wojny nadchodzą,</w>
    <w>A w czasie wojny zawżdy synowie się rodzą&rguillemet;.</w>
  <str/>
  
    <w>Ledwie ostatnie słowa domówił Gerwazy,</w>
    <w>Gdy poważnymi kroki przystąpił Protazy,</w>
    <w>Skłonił się i wydobył z zanadrza kontusza</w>
    <w>Panegiryk ogromny, w półtrzecia arkusza.</w>
    <w>Skomponował go rymem podoficer młody,</w>
    <w>Który niegdyś w stolicy sławne pisał ody,</w>
    <w>Potem wdział mundur, lecz i w wojsku beletrysta,</w>
    <w>Wiersze rabiał &mdash; już Woźny przeczytał ich trzysta,</w>
    <w>Aż gdy przyszedł do miejsca: &lguillemet;O ty, której wdzięki</w>
    <w>Budzą bolesną radość i rozkoszne męki!</w>
    <w>Która na szyk Bellony, gdy zwrócisz twarz piękną,</w>
    <w>Złamią się wnet oszczepy i tarcze rozpękną,</w>
    <w>Zwalcz dziś Marsa Hymenem; srogiej niezgód hydrze</w>
    <w>Niech dłoń twoja syczące z czoła zmije wydrze!&rguillemet; &mdash;</w>
    <w>Tadeusz i Zofija ustawnie klaskali</w>
    <w>Niby chwaląc, w istocie nie chcąc słuchać dal&eacute;j;</w>
    <w>Już z rozkazu Sędziego pleban stał na stole</w>
    <w>I ogłaszał włościanom Tadeusza wolę.</w>
  <str/>
  
    <w>Zaledwie usłyszeli nowinę poddani,</w>
    <w>Skoczyli do panicza, padli do nóg pani,</w>
    <w>&lguillemet;Zdrowie Państwu naszemu!&rguillemet; ze łzami krzyknęli;</w>
    <w>Tadeusz krzyknął: &lguillemet;Zdrowie Spółobywateli,</w>
    <w>Wolnych, równych, Polaków!&rguillemet; &mdash; &lguillemet;Wnoszę Ludu zdrowie!&rguillemet;</w>
    <w>Rzekł Dąbrowski, lud krzyknął: &lguillemet;Niech żyją Wodzowie,</w>
    <w>Wiwat Wojsko, wiwat Lud, wiwat wszystkie Stany!&rguillemet;</w>
    <w>Tysiącem głosów zdrowia grzmiały na przemiany.</w>
  <str/>
  
    <w>Tylko Buchman radości podzielać nie raczył,</w>
    <w>Pochwalał projekt, lecz go rad by przeinaczył,</w>
    <w>A naprzód komisyją legalną wyznaczył,</w>
    <w>Która by &mdash; krótkość czasu była na zawadzie,</w>
    <w>Że nie stało się zadość Buchmanowej radzie.</w>
  <str/>
  
    <w>Bo na dziedzińcu zamku już stali parami</w>
    <w>Oficery z damami, wiara z wieśniaczkami:</w>
    <w>&lguillemet;Poloneza!&rguillemet; krzyknęli wszyscy w jedno słowo.</w>
    <w>Oficerowie wiodą muzykę wojskową;</w>
    <w>Ale pan Sędzia w ucho rzekł do Jenerała:</w>
    <w>&lguillemet;Każ Pan, żeby się jeszcze kapela wstrzymała,</w>
    <w>Wiesz, że dzisiaj synowca mego zaręczyny,</w>
    <w>A dawnym obyczajem jest naszej rodziny</w>
    <w>Zaręczać się i żenić przy wiejskiej muzyce.</w>
    <w>Patrz, stoi cymbalista, skrzypak i kozice;</w>
    <w>Poczciwi muzykanci &mdash; już się skrzypak zżyma,</w>
    <w>A kobeźnik kłania się i żebrze oczyma;</w>
    <w>Jeżeli ich odprawię, biedni będą płakać;</w>
    <w>Lud przy innej muzyce nie potrafi skakać,</w>
    <w>Niechaj ci zaczną, niech się i lud podweseli,</w>
    <w>Potem będziem wybornej twej słuchać kapeli&rguillemet;.</w>
    <w>Dał znak.</w>
  <str/>
  
    <w>Skrzypak u sukni zakasał rękawek,</w>
    <w>Ścisnął gryf krzepko, oparł brodę o podstawek</w>
    <w>I smyk jak konia w zawód puścił po skrzypicy.</w>
    <w>Na to hasło stojący obok kobeźnicy,</w>
    <w>Jak gdyby w skrzydła bijąc, częstym ramion ruchem</w>
    <w>Dmą w miechy i oblicza wypełniają duchem;</w>
    <w>Myśliłbyś, że ta para w powietrze uleci,</w>
    <w>Podobna do pyzatych Boreasza dzieci.</w>
    <w>Brakło cymbałów.</w>
  <str/>
  
    <w>Było cymbalistów wielu,</w>
    <w>Ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu</w>
    <w>(Jankiel przez całą zimę nie wiedzieć gdzie bawił,</w>
    <w>Teraz się nagle z głównym sztabem wojska zjawił).</w>
    <w>Wiedzą wszyscy, że mu nikt na tym instrumencie</w>
    <w>Nie wyrówna w biegłości, w guście i w talencie.</w>
    <w>Proszą, ażeby zagrał, podają cymbały,</w>
    <w>Żyd wzbrania się, powiada, że ręce zgrubiały,</w>
    <w>Odwykł od grania, nie śmie i panów się wstydzi;</w>
    <w>Kłaniając się umyka; gdy to Zosia widzi,</w>
    <w>Podbiega i na białej podaje mu dłoni</w>
    <w>Drążki, którymi zwykle mistrz we struny dzwoni;</w>
    <w>Drugą rączką po siwej brodzie starca głaska</w>
    <w>I dygając: &lguillemet;Jankielu, mówi, jeśli łaska,</w>
    <w>Wszak to me zaręczyny, zagrajże Jankielu,</w>
    <w>Wszak nieraz przyrzekałeś grać na mym weselu?&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Jankiel nieźmiernie Zosię lubił, kiwnął brodą</w>
    <w>Na znak, że nie odmawia; więc go w środek wiodą,</w>
    <w>Podają krzesło, usiadł, cymbały przynoszą,</w>
    <w>Kładą mu na kolanach, on patrzy z rozkoszą</w>
    <w>I z dumą; jak weteran w służbę powołany,</w>
    <w>Gdy wnuki ciężki jego miecz ciągną ze ściany,</w>
    <w>Dziad śmieje się, choć miecza dawno nie miał w dłoni,</w>
    <w>Lecz uczuł, że dłoń jeszcze nie zawiedzie broni.</w>
  <str/>
  
    <w>Tymczasem dwaj uczniowie przy cymbałach klęczą,</w>
    <w>Stroją na nowo struny i probując brzęczą;</w>
    <w>Jankiel z przymrużonymi na poły oczyma</w>
    <w>Milczy i nieruchome drążki w palcach trzyma.</w>
  <str/>
  
    <w>Spuścił je, zrazu bijąc taktem tryumfalnym,</w>
    <w>Potem gęściej siekł struny jak deszczem nawalnym;</w>
    <w>Dziwią się wszyscy &mdash; lecz to była tylko proba,</w>
    <w>Bo wnet przerwał i w górę podniosł drążki oba.</w>
  <str/>
  
    <w>Znowu gra: już drżą drążki tak lekkimi ruchy,</w>
    <w>Jak gdyby zadzwoniło w strunę skrzydło muchy,</w>
    <w>Wydając ciche, ledwie słyszalne brzęczenia.</w>
    <w>Mistrz zawsze patrzył w niebo czekając natchnienia.</w>
    <w>Spójrzał z góry, instrument dumnym okiem zmierzył,</w>
    <w>Wzniosł ręce, spuścił razem, w dwa drążki uderzył,</w>
    <w>Zdumieli się słuchacze&ellipsis;<str/>Razem ze strun wiela</w>
    <w>Buchnął dźwięk, jakby cała janczarska kapela</w>
    <w>Ozwała się z dzwonkami, z zelami, z bębenki.</w>
    <w>Brzmi <emph>Polonez Trzeciego Maja!</emph> &mdash; Skoczne dźwięki</w>
    <w>Radością oddychają, radością słuch poją,</w>
    <w>Dziewki chcą tańczyć, chłopcy w miejscu nie dostoją &mdash;</w>
    <w>Lecz starców myśli z dźwiękiem w przeszłość się uniosły,</w>
    <w>W owe lata szczęśliwe, gdy senat i posły</w>
    <w>Po dniu Trzeciego Maja, w ratuszowej sali</w>
    <w>Zgodzonego z narodem króla fetowali;</w>
    <w>Gdy przy tańcu śpiewano: &lguillemet;Wiwat Król kochany!</w>
    <w>Wiwat Sejm, wiwat Naród, wiwat wszystkie Stany!&rguillemet;</w>
  <str/>
  
    <w>Mistrz coraz takty nagli i tony natęża,</w>
    <w>A wtem puścił fałszywy akord jak syk węża,</w>
    <w>Jak zgrzyt żelaza po szkle &mdash; przejął wszystkich dreszczem</w>
    <w>I wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem.</w>
    <w>Zasmuceni, strwożeni, słuchacze zwątpili,</w>
    <w>Czy instrument niestrojny? czy się muzyk myli?</w>
    <w>Nie zmylił się mistrz taki! on umyślnie trąca</w>
    <w>Wciąż tę zdradziecką strunę, melodyję zmąca,</w>
    <w>Coraz głośniej targając akord rozdąsany,</w>
    <w>Przeciwko zgodzie tonów skonfederowany;</w>
    <w>Aż Klucznik pojął mistrza, zakrył ręką lica</w>
    <w>I krzyknął: &lguillemet;Znam! znam głos ten! to jest <i>Targowica!</i>&rguillemet;</w>
    <w>I wnet pękła ze świstem struna złowróżąca;</w>
    <w>Muzyk bieży do prymów, urywa takt, zmąca,</w>
    <w>Porzuca prymy, bieży z drążkami do basów.</w>
  <str/>
  
    <w>Słychać tysiące coraz głośniejszych hałasów,</w>
    <w>Takt marszu, wojna, atak, szturm, słychać wystrzały,</w>
    <w>Jęk dzieci, płacze matek. &mdash; Tak mistrz doskonały</w>
    <w>Wydał okropność szturmu, że wieśniaczki drżały,</w>
    <w>Przypominając sobie ze łzami boleści</w>
    <w>Rzeź Pragi, którą znały z pieśni i z powieści,</w>
    <w>Rade, że mistrz na koniec strunami wszystkiemi</w>
    <w>Zagrzmiał, i głosy zdusił, jakby wbił do ziemi.</w>
  <str/>
  
    <w>Ledwie słuchacze mieli czas wyjść z zadziwienia,</w>
    <w>Znowu muzyka inna &mdash; znów zrazu brzęczenia</w>
    <w>Lekkie i ciche, kilka cienkich strunek jęczy,</w>
    <w>Jak kilka much, gdy z siatki wyrwą się pajęcz&eacute;j.</w>
    <w>Lecz strun coraz przybywa, już rozpierzchłe tony</w>
    <w>Łączą się i akordów wiążą legijony,</w>
    <w>I już w takt postępują zgodzonymi dźwięki,</w>
    <w>Tworząc nutę żałosną tej sławnej piosenki:</w>
    <w>O żołnierzu tułaczu, który borem, lasem</w>
    <w>Idzie, z biedy i z głodu przymierając czasem,</w>
    <w>Na koniec pada u nóg konika wiernego,</w>
    <w>A konik nogą grzebie mogiłę dla niego.</w>
    <w>Piosenka stara, wojsku polskiemu tak miła!</w>
    <w>Poznali ją żołnierze, wiara się skupiła</w>
    <w>Wkoło mistrza; słuchają, wspominają sobie</w>
    <w>Ów czas okropny, kiedy na Ojczyzny grobie</w>
    <w>Zanucili tę piosnkę i poszli w kraj świata;</w>
    <w>Przywodzą na myśl długie swej wędrówki lata,</w>
    <w>Po lądach, morzach, piaskach gorących i mrozie,</w>
    <w>Pośrodku obcych ludów, gdzie często w obozie</w>
    <w>Cieszył ich i rozrzewniał ten śpiew narodowy.</w>
    <w>Tak rozmyślając, smutnie pochylili głowy.</w>
  <str/>
  
    <w>Ale je wnet podnieśli, bo mistrz tony wznosi,</w>
    <w>Natęża, takty zmienia, coś innego głosi.</w>
    <w>I znowu spójrzał z góry, okiem struny zmierzył,</w>
    <w>Złączył ręce, oburącz w dwa drążki uderzył:</w>
    <w>Uderzenie tak sztuczne, tak było potężne,</w>
    <w>Że struny zadzwoniły jak trąby mosiężne</w>
    <w>I z trąb znana piosenka ku niebu wionęła,</w>
    <w>Marsz tryumfalny: Jeszcze Polska nie zginęła!&ellipsis;</w>
    <w>Marsz Dąbrowski do Polski! &mdash; I wszyscy klasnęli,</w>
    <w>I wszyscy: &lguillemet;Marsz Dąbrowski!&rguillemet; chorem okrzyknęli!</w>
    <w>Muzyk, jakby sam swojej dziwił się piosence,</w>
    <w>Upuścił drążki z palców, podniosł w górę ręce,</w>
    <w>Czapka lisia spadła mu z głowy na ramiona,</w>
    <w>Powiewała poważnie broda podniesiona,</w>
    <w>Na jagodach miał kręgi dziwnego rumieńca,</w>
    <w>We wzroku, ducha pełnym, błyszczał żar młodzieńca,</w>
    <w>Aż gdy na Dąbrowskiego starzec oczy zwrócił,</w>
    <w>Zakrył rękami, spod rąk łez potok się rzucił:</w>
    <w>&lguillemet;Jenerale, rzekł, Ciebie długo Litwa nasza</w>
    <w>Czekała &mdash; długo, jak my Żydzi Mesyjasza,</w>
    <w>Ciebie prorokowali dawno między ludem</w>
    <w>Śpiewaki, Ciebie niebo obwieściło cudem,</w>
    <w>Żyj i wojuj, o, Ty nasz!&ellipsis;&rguillemet; Mówiąc ciągle szlochał,</w>
    <w>Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał!</w>
    <w>Dąbrowski mu podawał rękę i dziękował,</w>
    <w>On, czapkę zdjąwszy, wodza rękę ucałował.</w>
  <str/>
  
    <w>Poloneza czas zacząć. &mdash; Podkomorzy rusza</w>
    <w>I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza,</w>
    <w>I wąsa podkręcając, podał rękę Zosi</w>
    <w>I skłoniwszy się grzecznie, w pierwszą parę prosi.</w>
    <w>Za Podkomorzym szereg w pary się gromadzi,</w>
    <w>Dano hasło, zaczęto taniec &mdash; on prowadzi.</w>
  <str/>
  
    <w>Nad murawą czerwone połyskają buty,</w>
    <w>Bije blask z karabeli, świeci się pas suty,</w>
    <w>A on stąpa powoli, niby od niechcenia;</w>
    <w>Ale z każdego kroku, z każdego ruszenia</w>
    <w>Można tancerza czucia i myśli wyczytać: &mdash;</w>
    <w>Oto stanął, jak gdyby chciał swą damę pytać,</w>
    <w>Pochyla ku niej głowę, chce szepnąć do ucha;</w>
    <w>Dama głowę odwraca, wstydzi się, nie słucha,</w>
    <w>On zdjął konfederatkę, kłania się pokornie,</w>
    <w>Dama raczyła spójrzeć, lecz milczy upornie;</w>
    <w>On krok zwalnia, oczyma jej spójrzenie śledzi</w>
    <w>I zaśmiał się na koniec, &mdash; rad z jej odpowiedzi</w>
    <w>Stąpa prędzej, pogląda na rywalów z góry</w>
    <w>I swą konfederatkę z czaplinymi pióry</w>
    <w>To na czole zawiesza, to nad czołem wstrząsa,</w>
    <w>Aż włożył ją na bakier i podkręcił wąsa.</w>
    <w>Idzie, wszyscy zazdroszczą, biegą w jego ślady,</w>
    <w>On by rad ze swą damą wymknąć się z gromady;</w>
    <w>Czasem staje na miejscu, rękę grzecznie wznosi</w>
    <w>I żeby mimo przeszli, pokornie ich prosi;</w>
    <w>Czasem zamyśla zręcznie na bok się uchylić,</w>
    <w>Odmienia drogę, rad by towarzyszów zmylić,</w>
    <w>Lecz go szybkimi kroki ścigają natręty</w>
    <w>I zewsząd obwijają tanecznymi skręty;</w>
    <w>Więc gniewa się, prawicę na rękojeść składa,</w>
    <w>Jakby rzekł: &lguillemet;Nie dbam o was, zazdrośnikom biada!&rguillemet;</w>
    <w>Zwraca się z dumą w czole i z wyzwaniem w oku</w>
    <w>Prosto w tłum; tłum tancerzy nie śmie dostać w kroku,</w>
    <w>Ustępują mu z drogi, &mdash; i zmieniwszy szyki,</w>
    <w>Puszczają się znów za nim. &mdash;<str/>Brzmią zewsząd okrzyki:</w>
    <w>&lguillemet;Ach, to może ostatni! patrzcie, patrzcie, młodzi,</w>
    <w>Może ostatni, co tak poloneza wodzi!&rguillemet; &mdash;</w>
    <w>I szły pary po parach hucznie i wesoło,</w>
    <w>Rozkręcało się, znowu skręcało się koło,</w>
    <w>Jak wąż olbrzymi, w tysiąc łamiący się zwojów;</w>
    <w>Mieni się cętkowata, różna barwa strojów</w>
    <w>Damskich, pańskich, żołnierskich, jak łuska błyszcząca,</w>
    <w>Wyzłocona promieńmi zachodniego słońca</w>
    <w>I odbita o ciemne murawy węzgłowia.</w>
    <w>Wre taniec, brzmi muzyka, oklaski i zdrowia!</w>
  <str/>
  
    <w>Tylko kapral Dobrzyński Sak ani kapeli</w>
    <w>Nie słucha, ani tańczy, ani się weseli,</w>
    <w>Ręce w tył założywszy stoi zły, ponury,</w>
    <w>Wspomina swe dawniejsze do Zosi konkury:</w>
    <w>Jak lubił dla niej nosić kwiaty, pleść koszyczki,</w>
    <w>Wybierać gniazda ptasie, robić zauszniczki.</w>
    <w>Niewdzięczna! chociaż tyle pięknych darów strwonił,</w>
    <w>Choć przed nim uciekała, choć mu ojciec bronił!</w>
    <w>On jeszcze! ileż razy na parkanie siadał,</w>
    <w>By ją dójrzeć przez okna; w konopie się wkradał,</w>
    <w>Żeby patrzeć, jak ona pleła swe ogródki,</w>
    <w>Rwała ogórki albo karmiła kogutki.</w>
    <w>Niewdzięczna! Spuścił głowę i na koniec świsnął</w>
    <w>Mazurka; potem kaszkiet na uszy nacisnął</w>
    <w>I szedł w obóz, gdzie stała przy armatach warta;</w>
    <w>Tam dla rozerwania się zaczął grać w drużbarta</w>
    <w>Z wiarusami, kielichem osładzając żałość.</w>
    <w>Taka była dla Zosi Dobrzyńskiego stałość.</w>
  <str/>
  
    <w>Zosia tańczy wesoło: lecz choć w pierwszej parze,</w>
    <w>Ledwie widna z daleka; na wielkim obszarze</w>
    <w>Zarosłego dziedzińca, w zielonej sukience,</w>
    <w>Ustrojona w równianki i w kwieciste wieńce,</w>
    <w>Śród traw i kwiatów krąży niewidzialnym lotem,</w>
    <w>Rządząc tańcem, jak anioł nocnych gwiazd obrotem</w>
    <w>Zgadniesz, gdzie jest, bo ku niej obrócone oczy,</w>
    <w>Wyciągnięte ramiona, ku niej zgiełk się tłoczy.</w>
    <w>Darmo się Podkomorzy zostać przy niej sili,</w>
    <w>Zazdrośnicy już z pierwszej pary go odbili;</w>
    <w>I szczęśliwy Dąbrowski niedługo się cieszył,</w>
    <w>Ustąpił ją drugiemu, a już trzeci śpieszył,</w>
    <w>I ten, zaraz odbity, odszedł bez nadziei.</w>
    <w>Aż Zosia, już strudzona, spotkała z kolei</w>
    <w>Tadeusza, i dalszej lękając się zmiany</w>
    <w>I chcąc przy nim pozostać, zakończyła tany.</w>
    <w>Idzie do stołu gościom nalewać kielichy.</w>
  <str/>
  
    <w>Słońce już gasło, wieczor był ciepły i cichy,</w>
    <w>Okrąg niebios gdzieniegdzie chmurkami zasłany,</w>
    <w>U góry błękitnawy, na zachód różany;</w>
    <w>Chmurki wróżą pogodę, lekkie i świecące,</w>
    <w>Tam jako trzody owiec na murawie śpiące,</w>
    <w>Ówdzie nieco drobniejsze, jak stada cyranek.</w>
    <w>Na zachód obłok na kształt rąbkowych firanek,</w>
    <w>Przejrzysty, sfałdowany, po wierzchu perłowy,</w>
    <w>Po brzegach pozłacany, w głębi purpurowy,</w>
    <w>Jeszcze blaskiem zachodu tlił się i rozżarzał,</w>
    <w>Aż powoli pożółkniał, zbladnął i poszarzał:</w>
    <w>Słońce spuściło głowę, obłok zasunęło</w>
    <w>I raz ciepłym powiewem westchnąwszy &mdash; usnęło.</w>
  <str/>
  
    <w>A szlachta ciągle pije i wiwaty wznosi:</w>
    <w>Napoleona, Wodzów, Tadeusza, Zosi,</w>
    <w>Wreszcie z kolei wszystkich trzech par zaręczonych,</w>
    <w>Wszystkich gości obecnych, wszystkich zaproszonych,</w>
    <w>Wszystkich przyjaciół, których kto żywych spamięta,</w>
    <w>I których zmarłych pamięć pozostała święta!</w>
  <str/>
  
    <w>I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem,</w>
    <w>A com widział i słyszał, w księgi umieściłem.</w>
  <str/>
 </tekst>
</ksiega>

<ksiega>
  <numer>Epilog</numer>
  <tekst>  
    <w>O tym-że dumać na paryskim bruku,</w>
    <w>Przynosząc z miasta uszy pełne stuku</w>
    <w>Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,</w>
    <w>Za późnych żalów, potępieńczych swarów!</w>
  <str/>
  
    <w>Biada nam zbiegi, żeśmy w czas morowy</w>
    <w>Lękliwe nieśli za granicę głowy!</w>
    <w>Bo gdzie stąpili, szła przed nimi trwoga,</w>
    <w>W każdym sąsiedzi znajdowali wroga,</w>
    <w>Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha</w>
    <w>I każą oddać co najprędzej ducha.</w>
  <str/>
  
    <w>A gdy na żale ten świat nie ma ucha!</w>
    <w>Gdy ich co chwila nowina przeraża,</w>
    <w>Bijąca z Polski jak dzwon ze smętarza,</w>
    <w>Gdy im prędkiego zgonu życzą straże,</w>
    <w>Wrogi ich wabią z dala jak grabarze!</w>
    <w>Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą!</w>
    <w>Nie dziw, że ludzi, świat, siebie ohydzą,</w>
    <w>Że utraciwszy rozum w mękach długich,</w>
    <w>Plwają na siebie i żrą jedni drugich!</w>
    <w>* * *</w>
    <w>Chciałem pominąć, ptak małego lotu,</w>
    <w>Pominąć strefy ulewy i grzmotu</w>
    <w>I szukać tylko cienia i pogody,</w>
    <w>Wieki dzieciństwa, domowe zagrody&ellipsis;</w>
  <str/>
  
    <w>Jedyne szczęście, kto w szarej godzinie</w>
    <w>Z kilku przyjaciół usiadł przy kominie,</w>
    <w>Drzwi od Europy zamykał hałasów,</w>
    <w>Wyrwał się z myślą ku szczęśliwym czasóm</w>
    <w>I dumał, myślił o swojej krainie&ellipsis;</w>
  <str/>
  
    <w>Ale o krwi tej, co się świeżo lała,</w>
    <w>O łzach, którymi płynie Polska cała,</w>
    <w>O sławie, która jeszcze nie przebrzmiała!</w>
    <w>O nich pomyślić &mdash; nie mieliśmy duszy!&ellipsis;</w>
    <w>Bo naród bywa na takiej katuszy,</w>
    <w>Że kiedy zwróci wzrok ku jego męce,</w>
    <w>Nawet Odwaga załamuje ręce.</w>
  <str/>
  
    <w>Te pokolenia żałobami czarne,</w>
    <w>Powietrze tylu klątwami ciężarne,</w>
    <w>Tam myśl nie śmiała zwrócić [swoich] lotów,</w>
    <w>W sferę okropną nawet ptakom grzmotów.</w>
  <str/>
  
    <w>O Matko Polsko! Ty tak świeżo w grobie</w>
    <w>Złożona &mdash; nie ma sił mówić o tobie!</w>
  <str/>
  
    <w>Ach! czyjeż usta śmią pochlebiać sobie,</w>
    <w>Że dzisiaj znajdą to serdeczne słowo,</w>
    <w>Które rozczula rozpacz marmorową,</w>
    <w>Które z serc wieko podejmie kamienne,</w>
    <w>Rozwiąże oczy tylą łez brzemienne</w>
    <w>I sprawia, że łza przystygła wypłynie?</w>
    <w>Nim się te usta znajdą, wiek przeminie.</w>
  <str/>
  
    <w>Kiedyś &mdash; gdy zemsty lwie przehuczą ryki,</w>
    <w>Przebrzmi głos trąby, przełamią się szyki,</w>
    <w>Gry wróg ostatni wyda krzyk boleści,</w>
    <w>Umilknie, światu swobodę obwieści,</w>
    <w>Gdy orły nasze lotem błyskawicy</w>
    <w>Spadną u dawnej Chrobrego granicy,</w>
    <w>Gdy ciał podjedzą i krwią całe spłyną,</w>
    <w>I skrzydła wreszcie na spoczynek zwiną! &mdash;</w>
    <w>Wtenczas, dębowym liściem uwieńczeni,</w>
    <w>Rzuciwszy miecze, siądą rozbrojeni!</w>
    <w>Rycerze nasi zechcą słuchać pieni!</w>
    <w>Gdy świat obecnej doli pozazdrości,</w>
    <w>Będą czas mieli słuchać o przeszłości!</w>
    <w>Wtenczas zapłaczą, nad ojców losami,</w>
    <w>I wtenczas łza ta ich lica nie splami.</w>
  <str/>
  
    <w>Dziś dla nas, w świecie nieproszonych gości,</w>
    <w>W całej przeszłości i w całej przyszłości</w>
    <w>Jedna już tylko jest kraina taka,</w>
    <w>W której jest trochę szczęścia dla Polaka:</w>
    <w>Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie</w>
    <w>Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,</w>
    <w>Nie zaburzony błędów przypomnieniem,</w>
    <w>Nie podkopany nadziei złudzeniem</w>
    <w>Ani zmieniony wypadków strumieniem.</w>
    <w>Gdziem rzadko płakał, a nigdy nie zgrzytał,</w>
    <w>Te kraje rad bym myślami powitał,</w>
    <w>Kraje dzieciństwa &mdash; gdzie człowiek po świecie</w>
    <w>Biegł jak po łące, a znał tylko kwiecie</w>
    <w>Miłe i piękne, jadowite rzucił,</w>
    <w>Ku pożytecznym oka nie odwrócił.</w>
  <str/>
  
    <w>Ten kraj szczęśliwy ubogi, i ciasny!</w>
    <w>Jak świat jest boży, tak on był nasz własny!</w>
    <w>Jakże tam wszystko do nas należało,</w>
    <w>Jak pomnim wszystko, co nas otaczało:</w>
    <w>Od lipy, która koroną wspaniałą</w>
    <w>Całej wsi dzieciom użyczała cienia,</w>
    <w>Aż do każdego strumienia, kamienia,</w>
    <w>Jak każdy kątek ziemi był znajomy</w>
    <w>Aż po granicę, po sąsiadów domy!</w>
  <str/>

    <w>I tylko krajów tych obywatele</w>
    <w>Jedni zostali wierni przyjaciele,</w>
    <w>Jedni dotychczas sprzymierzeńcy pewni!</w>
    <w>Bo któż tam mieszkał &mdash; matka, bracia, krewni,</w>
    <w>Sąsiedzi dobrzy. Kogo z nich ubyło,</w>
    <w>Jakże tam o nim często się mówiło,</w>
    <w>Ile pamiątek, jaka żałość długa!</w>
    <w>Tam, gdzie do pana przywiązańszy sługa</w>
    <w>Niż w innych krajach małżonka do męża,</w>
    <w>Gdzie żołnierz dłużej żałuje oręża</w>
    <w>Niż tu syn ojca; po psie płaczą szczerze</w>
    <w>I dłużej, niż tu lud po bohaterze.</w>
  <str/>

    <w>I przyjaciele wtenczas pomogli rozmowie,</w>
    <w>I do piosnki rzucali mnie słowo za słowem,</w>
    <w>Jak bajeczne żurawie nad dzikim ostrowem,</w>
    <w>Nad zaklętym pałacem przelatując wiosną</w>
    <w>I słysząc zaklętego chłopca skargę głośną,</w>
    <w>Każdy ptak chłopcu jedno pióro zrucił,</w>
    <w>On zrobił skrzydła i do swoich wrócił&ellipsis;</w>
  <str/>

    <w>O, gdybym kiedy dożył tej pociechy,</w>
    <w>Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy,</w>
    <w>Żeby wieśniaczki, kręcąc kołowrotki,</w>
    <w>Gdy odśpiewają ulubione zwrotki</w>
    <w>O tej dziewczynie, co tak grać lubiła,</w>
    <w>Że przy skrzypeczkach gąski pogubiła,</w>
    <w>O tej sierocie, co piękna jak zorze,</w>
    <w>Zaganiać gąski szła w wieczornej porze, &mdash;</w>
    <w>Gdyby też wzięły na koniec do ręki</w>
    <w>Te księgi, proste jako ich piosenki!</w>
  <str/>

    <w>Tak za dni moich, przy wiejskiej zabawie,</w> 
    <w>Czytano nieraz pod lipą na trawie</w>
    <w>Pieśń o Justynie, powieść o Wiesławie.</w>
    <w>A przy stoliku drzemiący pan włodarz</w>
    <w>Albo ekonom, lub nawet gospodarz,</w>
    <w>Nie bronił czytać i sam słuchać raczył,</w>
    <w>I młodszym rzeczy trudniejsze tłumaczył,</w>
    <w>Chwalił piękności, a błędom wybaczył.</w>
  <str/>

    <w>I zazdrościła młodzież wieszczów sławie,</w>
    <w>Która tam dotąd brzmi w lasach i w polu,</w>
    <w>I którym droższy niż laur Kapitolu</w>
    <w>Wianek, rękami wieśniaczki osnuty,</w>
    <w>Z modrych bławatków i zielonej ruty.</w>
 </tekst>
</ksiega>
</poemat>

<!--
Local Variables:
coding: iso-8859-2
mode: xml
End:
-->

